|
Datę 26 czerwca 2009 Mariusz Maks Kolonko zapamięta jako początek końca amerykańskiego stylu życiu i amerykańskiej cywilizacji. Tego dnia Izba Reprezentantów przegłosowała American Clean Energy and Security Act (ACES). Ustawa promuje źródła energii odnawialnej, wprowadza przepisy o efektywności energetycznej, wreszcie nakłada obowiązek redukcji emisji CO2. Uchwalenie ustawy klimatycznej pozwoli USA obniżyć krajowe emisje o 17 proc. do 2020 i o 83 proc. do roku 2050.
Ale – jak stwierdza Kolonko – to wszystko dobrze wygląda tylko na papierze. W rzeczywistości za prawo odpowiedzialne są „grupy interesu”, które zyskają kosztem całego narodu. No i jak tu się nie zdenerwować?
Fałszywe liczby
Zacznijmy od początku. Stany Zjednoczone produkują olbrzymie ilości CO2, odpowiadają za 29 proc. wszystkich emisji. Co prawda ostatnio zostały prawdopodobnie wyprzedzone przez Chiny, ale amerykańskie emisje na głowę mieszkańca są 4,5 razy większe niż chińskie. Bez współudziału Ameryki nie ma mowy o ograniczeniu ilości dwutlenku węgla, które trafi do ziemskiej atmosfery. Jednak do tej pory Amerykanie ociągali się z wzięciem odpowiedzialności za kulę ziemską. Ani Bill Clinton, ani George W. Bush nie ratyfikowali Protokołu z Kioto (międzynarodowe zobowiązanie do redukcji emisji), dzięki czemu emisje mogły swobodnie rosnąć (od 1990 aż 20 proc.). Zmienić ma to tegoroczny szczyt klimatyczny w Kopenhadze., na którym ma pojawić się również Barack Obama.
W tym kontekście przegłosowanie ACES ma znaczenie historyczne. To pierwsza ustawa, która reguluje emisje CO2 na poziomie całego kraju. Jej podstawą jest mechanizm cap-and-trade. Jak to działa? Rząd ustala limity emisji (cap) dla różnych sektorów gospodarki, następnie sprzedaje albo rozdaje pozwolenia na emisje przedsiębiorcom (trade). Jeżeli ktoś przekroczy swój limit, będzie mógł dokupić brakującą ilość na wolnym rynku. Jeżeli ktoś wyemituje mniej niż mu wolno, wtedy będzie mógł sprzedać swój „zapas”. Tak czy inaczej, niszczenie środowiska nie będzie już bezpłatne.
Oczywiście nałożenie cen na emisje CO2 musi doprowadzić do wzrostu cen energii, a to pociągnie za sobą zwiększenie kosztów utrzymania. Kolonko przytacza analizę związanego z Partią Republikańską neokonserwatywnego think-tanku The Heritage Foundation. Z raportu wynika, że roczny rachunek za energię dla 4-osobowej rodziny powiększy się o 1000$. Dużo? Dużo. Problem jest jeden – ma się nijak do amerykańskiej ustawy klimatycznej, bo w ACES zapisano wiele rozwiązań, które mają zapobiec gwałtownemu wzrostowi cen.
Jednym z argumentów przeciwko handlowi emisjami jest to, że jeśli trafią na wolny rynek, to ich ceny będą rosnąć niemal w nieskończoność – jeśli ktoś przekroczył dopuszczalny limit, to zapłaci dowolną cenę, żeby go dokupić. Ale w USA tylko niewielka część będzie sprzedawana na wolnym rynku. Początkowo będzie to tylko 15 proc. Ta liczba będzie rosła, a w 2030 wszystkie pozwolenia na emisje będą już sprzedawane. Ta stopniowość powinna zapewnić gospodarce możliwość przystosowania się. W dodatku dużą część darmowych pozwoleń na emisje otrzymają elektrownie i sprzedawcy energii (ci ostatni aż 30 proc.). W zamian ustawa klimatyczna zobowiązuje dystrybutorów, by wszelkie zyski ze sprzedaży pozwoleń przekazywali konsumentom.
Nagłemu wzrostowi cen ma zapobiec utworzenie specjalnej „strategicznej rezerwy” – bufora pozwalającego na hamowanie zbyt gwałtownego wzrostu cen pozwoleń. Władza co roku będzie zatrzymywała część (od 1 do 3 proc.) licencji. Gdy ceny na wolnym rynku będą rosły zbyt szybko (to jest, gdy osiągną poziom 60 proc. ponad trzyletnią średnią), wtedy rządowe zapasy zostaną „uwolnione”, by nieco obniżyć dynamikę wzrostu.
Analiza The Heritage Foundation pomija też środki, które ACES ma przeznaczyć na zwiększenie efektywności energetycznej (czyli bardziej oszczędne i efektywne korzystanie z energii), wykorzystanie źródeł energii odnawialnej czy wprowadzanie niezbyt lubianej przez ekologów i przemysłowców technologii umożliwiającej magazynowanie CO2 pod ziemią. To też spowoduje, że ceny będą niższe.
Wszystkie te mechanizmy uwzględnił w swoim raporcie niezależny Congressional Budget Office. CBO ocenia, że koszt ustawy w przeliczeniu na gospodarstwo domowe to tylko 175$ na rok. Inna analiza jest jeszcze bardziej optymistyczna. Amerykańska Environmental Protection Agency (EPA) oblicza, że za ustawę przeciętne gospodarstwo domowe zapłaci od 88 do 111$ na rok. A najubożsi wręcz zyskają na wprowadzeniu ustawy! 15 proc. przychodów ze sprzedaży emisji rząd przeznaczy na pokrycie rosnących kosztów energii w gospodarstwach o niskich i przeciętnych dochodach.
Ameryka zieleniej?
Naturalnie, z czasem ceny emisji będą rosły. EPA prognozuje, że w 2012 cena tony węgla będzie utrzymywała się na poziomie od 11 do 15$. W 2025 wzrośnie do 22-28$. Ustawodawcy stworzyli nawet próg cenowy zapewniający, że koszt tony węgla (jedna tona to około 3,67 ton CO2) nie będzie mógł spaść. W 2012 ten próg to 10$. Co roku będzie wzrastał o 5 proc. podwyższone o wartość inflacji. W 2050 pozwolenia na emisję tony węgla nie będzie można kupić taniej niż 63$. To krok w dobrą stronę. Jeśli koszty zanieczyszczania powietrza będą odpowiednio wysokie, ludzie sami zrobią wszystko by je ograniczyć.
Kolejnym krokiem w dobrą stronę jest wprowadzenie nowych standardów efektywności energetycznej. American Council for an Energy Efficient Economy (organizacja non-profit) szacuje, że rożne programy poprawiające standardy energetyczne pomogą zaoszczędzić gospodarstwom domowym 170$ na rok. W skali całego kraju są to aż 22 miliardy dolarów.
Jedną z ważniejszych regulacji to ta wprowadzająca jednorodne standardy energetyczne dla budynków. To szczególnie ważne, bo w Stanach zużywają one aż 40 proc. całej energii. Ustawa klimatyczna wymaga, by właściciele poprawili ich efektywność energetyczną o 30 proc. do 2010, a w 2016 do 50 proc. Kolonko niesłusznie jednak się boi, że mieszkańcom nie starczy pieniędzy na dostosowanie domów do nowych wymagań. Jeden z zapisów ACES stanowi, że gospodarstwa domowe mogą otrzymać na ten cel wsparcie finansowe w wysokości 3000$. Eksperci z Pew Center prognozują, że takie przystosowanie pozwoli obniżyć rachunek za energię nawet o połowę. Energooszczędne domy będą też osiągać znacznie wyższe ceny na rynku nieruchomości.
Z Kolonką muszę zgodzić się w jednym punkcie. Tak, „walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie… walką o charakter Ameryki”. Czy chcemy, by Ameryka nadal była krajem, który dotuje swój energochłonny przemysł (ponieważ USA nie podpisały protokołu z Kioto, amerykańskie spółki nie muszą płacić za szkody wyrządzane środowisku)? Czy jesteśmy w stanie zaakceptować to, że 23 miliony mieszkańców stanu Teksas emituje więcej CO2 niż 720 milionów ludzi z Afryki Subsaharyjskiej, przy czym koszty zmiany klimatu ponoszą raczej ci drudzy?
Rytualne zaprzeczanie
Kolonko pewnie zbyłby te pytania wzruszeniem ramion. Przecież nie ma żadnego globalnego ocieplenia, po co się więc tym zajmować? Pisze nawet: „do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu”. Jakie ma na to dowody? Co najmniej wątpliwej jakości.
Nie znam przytoczonego przez niego raportu EPA. Znam za to dwa inne, które potwierdzają, że zmiana klimatyczna staje się coraz poważniejszym problemem. Jeden z nich to Climate Change: Global Risks, Challenges & Decisions. Raport jest przeglądem wyników najnowszych badań, a te są niewesołe. Okazuje się, że średnie temperatury powietrza, poziomy wód, temperatury i zakwaszenia oceanu, pokrywy lodowcowa na Arktyce dawno już przekroczyły naturalne granice zmienności. Oznacza to, że dziś osiągają one wartości, których nie znaliśmy wcześniej i z którymi coraz ciężej jest nam sobie poradzić. Co więcej, zmiany te mogą przyspieszyć i doprowadzić do nieodwracalnych skutków. Tak właśnie dzieje się z topnieniem lodowców. W 2007 na Arktyce pokrywa lodowcowa zmalała o 2 miliony kilometrów kwadratowych, w 2008 zmiana była równie drastyczna.
Równie ciekawy raport opublikowany został przez U.S. Global Change Research Program i dotyczy wpływu zmiany klimatycznej na Stany Zjednoczone. Ponieważ Kolonko wykpiwa szkolną edukację na temat topnienia lodowców Alaski, może kilka faktów z tego raportu sprawi, że spojrzy on na sprawę inaczej. Przez ostatnie 50 lat Alaska ocieplała się szybciej niż reszta Stanów Zjednoczonych. Średnia temperatura zwiększyła się o 1,9°C, a w lecie jest cieplej aż o 3,5°C. Wyższe temperatury oznaczają wcześniejsze topnienie śniegu, topnienie lodowców i wiecznej zmarzliny. To ostatnie zagraża budynkom i infrastrukturze. Ekonomiści szacują, że same remonty infrastruktury wymuszone przez topnienie zmarzliny będą kosztować kilka miliardów dolarów.
Kolonko przytacza kilka przykładów mających podważyć antropogeniczne przyczyny globalnego ocieplenia. Na jego nieszczęście są one zaczerpnięte z książki Ian Plimera Heaven and Earth. Książka ta aż jeży się od błędów metodologicznych i przekłamań. Ian G. Enting z Uniwersytetu w Melbourne naliczył ich aż 127. Kolonko pisze: „Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać”. Tyle że… nie zaczęła. Plimmer zaczerpnął dane z programu telewizyjnego, którego reżyser – Martin Durkin – operował osią czasu w taki sposób, by stworzyć mylne wrażenie, że temperatura w latach 1945-1970 malała. Potem – pod wpływem apeli naukowców – musiał się wytłumaczyć z fałszerstwa i poprawić wykres. Mimo to Plimmer w swojej książce nadal trzyma się sfałszowanej wersji.
Reporter stwierdza też, że „czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte”. Jak podaje rządowy Volcano Hazards Program, wszystkie czynne wulkany są odpowiedzialne za emisje około 130-230 milionów ton CO2. Ludzie emitują około 27 miliardów ton CO2 – 130 razy więcej! To kolejny błąd, który za Plimmerem powtarza Kolonko
Nieufność i wiara w spiski może nas drogo kosztować. W przypadku zmiany klimatu cena może być wyjątkowo wysoka. Czas odpowiedzieć na pytanie czy wolimy słuchać argumentów Mariusza Maksa Kolonko i wybierzemy scenariusz „business as usual”, czy raczej zaufamy środowisku naukowemu i zaczniemy polityczny spór o to, jak ma wyglądać nowy, lepszy świat? Dla wszystkich, nie tylko dla Amerykanów.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...