|
Jacy niepartyjni fachowcy rekomendowani przez organizacje twórców i wyższe uczelnie wygrywają w Polsce jawny i otwarty konkurs do rady nadzorczej telewizji publicznej? Otóż są to dwaj fachowcy ze Stowarzyszenia Ordynacka, dwaj fachowcy z PO, dwaj fachowcy z PSL i jeden fachowiec z PiS. Mniejsza o nazwiska. Taki jest ostateczny efekt nowelizacji ustawy medialnej przeforsowanej w połowie ubiegłego roku przez koalicję rządzącą z pomocą SLD. Nowelizacji, która – jak obiecywano – miała zapewnić „odpolitycznienie” i stabilizację sytuacji w mediach publicznych. I której procedowanie stało się świetnym alibi, by nie zająć się na serio projektem obywatelskim, który utknął w Komisji Legislacyjnej Sejmu.
Pierwszy wniosek, jaki się nasuwa, to oczywiście kompletne fiasko tej ustawy. Po części przyznał to sam przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jan Dworak, składając sprawozdanie przed Sejmową Komisją Kultury i Środków Przekazu. Ta wręcz niewiarygodna karuzela zmian personalnych, zawieszeń i odwieszeń we władzach TVP ośmiesza zapewnienia Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej z PO (głównej orędowniczki nowelizacji), że mechanizm był dobry, tylko ludzie zawiedli. W szczególności Włodzimierz Czarzasty, postać – w świetle wywiadów i ostatnich komentarzy – wręcz diaboliczna. Oczywiście nieskończoną naiwnością byłoby bronić Czarzastego, jednak podobną naiwnością jest dowodzenie, że władze TVP „odpolityczni” rada nadzorcza wybrana wyłącznie przez ludzi PO i PSL.
Być może naiwnością jest w ogóle fetysz „odpolitycznienia” rozumianego jako proste wyjęcie publicznej telewizji i radia spod kurateli rządzących partii i oddanie ich w ręce jakiś mitycznych niezależnych i dobrze przygotowanych ekspertów. Ostatecznie w większości krajów, gdzie media publiczne jeszcze przetrwały i są w niezłej kondycji, zarządzają nimi ludzie z nadania politycznego, i jakoś to działa – klucz do ich jakości musi więc leżeć gdzie indziej. Jak bardzo złudne jest przekonanie, że wystarczy tylko dobrać „właściwych ludzi”, pokazała dyskusja wokół projektu ustawy medialnej przygotowanego przez twórców – nagle się okazało, że za „twórcami” mogą stać organizacje producentów o bardzo określonych interesach, a w cynicznym zarzucie Rafała Grupińskiego, że oto „lis pisze konstytucję dla kurnika”, jest coś na rzeczy. Tak tropić złe intencje można pewnie bez końca.
Być może więc zamiast dyskutować w kółko „kto”, należy się skupić w pierwszej kolejności na tym „co”, czyli ofercie programowej mediów publicznych. Dla mnie ich „odpolitycznienie” oznaczałoby na przykład mniej powierzchownych komentarzy złapanych na korytarzu w Sejmie polityków, a więcej merytorycznych dyskusji, do których uczestnicy musieliby się naprawdę przygotować (spikerzy telewizyjni udający obecnie dziennikarzy i moderatorów – też). Więcej programów uwzględniających zróżnicowanie ekonomiczne, polityczne i kulturowe polskiego społeczeństwa i dających odbiorcom narzędzia do krytycznej oceny rzeczywistości. I wreszcie - rezygnację z przekonania, że media publiczne to przedsiębiorstwo komercyjne, które ma przynosić zysk.
Takie podejście wymagałoby wpisania do medialnej konstytucji szeregu sit i bezpieczników pozwalających odrzucić na starcie wszelkie „tańce na lodzie” i tym podobne przejawy „misji” mediów publicznych. Najcenniejsze w obywatelskim projekcie medialnym było właśnie to, że próbował wprowadzić patenty na ocenę programów finansowanych z publicznych środków podpatrzone choćby w BBC. To była też jedna ze słabości nowelizacji autorstwa PO, która kompletnie zlekceważyła kwestię Rad Programowych.
Dlatego dobrze, że Jan Dworak zapowiada już powrót do propozycji Obywatelskiego Komitetu Mediów Publicznych. Mam tylko nadzieję, że dyskusja nad „odpolitycznieniem” mediów publicznych nie skończy się ich całkowitym „odpublicznieniem”, czyli prywatyzacją. Być może właśnie przed tym należy przede wszystkim ostrzegać, zamiast straszyć ludzi diabolicznym Czarzastym.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...