Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Bilewicz: Wystawa „Zbrodnie w Majestacie Prawa”, czyli unarodowianie odpowiedzialności |
|
|
Michał Bilewicz
|
|
09.03.2005 |
Historyk Hans Mommsen często podkreśla, że Niemcy weimarskie dostarczają nam doskonałych metafor do opisu dzisiejszej rzeczywistości. Spróbujmy sobie zatem przypomnieć jedną kwestię, która niepokornemu malarzowi z Linzu pomogła zawładnąć najbardziej oświeconym narodem Europy i w efekcie unicestwić sześć milionów europejskich Żydów. Kwestią tą jest odpowiedzialność, a dokładniej przenoszenie odpowiedzialności za ciemne karty narodu i jego najgłośniejsze porażki.
Liczba Żydów w Republice Weimarskiej nie przekraczała jednego procenta. Wielu z nich kształciło się na uniwersytetach, służyło w armii w czasie I wojny światowej, a w efekcie liczni Żydzi awansowali w strukturach wojskowych i rządowych. Gdy jednak Niemcom przyszło zapłacić za wywołanie wojny światowej, a targany kryzysami gospodarczymi kraj pogrążał się w ruinie, pojawiła się gwałtowna potrzeba obarczenia kogoś odpowiedzialnością za ten stan rzeczy. Bezrobocie, ubóstwo, chaos i przestępczość na ulicach miast potęgowały to, co psychologowie nazywają poczuciem utraty kontroli. Coś tą kontrolę musiało przywrócić – najlepiej prosta, przystępna teoria tłumacząca przyczyny obecnego stanu rzeczy. Taka teoria nie mogła jednak uderzać w zbiorowe Ja Niemców (takie wyjaśnienia jak: „cierpimy za wywołaną przez nas awanturniczą wojnę”, albo „utraciliśmy terytoria, które wcale nie były nasze” z góry odpadały). Musiała ona przesunąć odpowiedzialność z całego narodu lub z trudnych do wyjaśnienia procesów gospodarczych na kozła ofiarnego ukrywającego się wśród nieświadomego zagrożenia narodu.
Tak oto narodziło się chwytliwe hasło Volksfeinde – wrogowie narodu, czyli Żydzi, bolszewicy i różni zdrajcy listopadowi. Odtąd gdy tylko mówiło się o porażce Niemiec w wojnie, to musiały pojawić się nazwiska Walthera Rathenaua oraz bankierów Maxa Warburga czy Carla Melchiora. Gdy rozmawiano o „narzuconym” rządzie Republiki Weimarskiej, to odnosiło się wrażenia, że należą do niego wyłącznie Żydzi (podkreślano osoby Otto Landsbera, Hugo Preussa, Oskara Cohna, no i oczywiście Rathenaua). W zbiorowej wyobraźni wytwarzanej i konstruowanej przez narodowców żaden rdzenny Niemiec nie mógł się skalać podpisaniem porozumień pokojowych, a tym bardziej tworzeniem rządu po takiej „porażce”. „Tymi, którzy dorobili się na tej wojnie byli wyłącznie Żydzi. Zdobyli dominującą pozycję w korporacjach wojennych, która pozwalała im się wzbogacać kosztem niemieckiego narodu, i zawładnąć niemiecką gospodarką – co jest w końcu kluczowym celem żydowskiego narodu”, pisał w swoich pamiętnikach generał Erich Ludendorff.
Ten krótki obrazek historyczny miał tylko unaocznić jak bardzo funkcjonalne może być dla zbiorowego Ja odnalezienie wewnętrznych wrogów narodu, których można obarczyć winą i odpowiedzialnością za historyczne porażki. Sprowadzić złożone procesy ekonomiczne do prostego narodowego rachunku. Unarodowić odpowiedzialność.
Wszystko to wciąż nie brzmiałoby zbyt oryginalnie, gdybyśmy mieli tu opisywać zamierzchłą przeszłość, hitlerowski antysemityzm czy stalinowskie procesy lekarzy i literatów żydowskich. Zaskakujące robi się to dopiero wówczas, gdy podobny sposób myślenia odnajdziemy nie w historii bądź na peryferiach dyskursu publicznego, lecz w samym centrum polskiej Akademii – na największym polskim uniwersytecie, w jego reprezentacyjnym pałacu, na wystawie odwiedzanej codziennie przez setki studentów. Taką właśnie retorykę „unarodowionej odpowiedzialności” prezentuje otwarta niedawno wystawa „Zbrodnie w Majestacie Prawa”, którą można oglądać na parterze Pałacu Kazimierzowskiego, centralnego budynku warszawskiego kampusu uniwersyteckiego.
Na wystawę składają się zdjęcia prokuratorów i sędziów wojskowego wymiaru sprawiedliwości PRL oraz portrety ich ofiar. Fotografie opatrzone są bardzo oszczędnym komentarzem, który w zasadzie sprowadza się do wyliczania zbrodni i zaniechań stalinowskich prokuratorów i sędziów. Twarze Skulbaszewskiego czy Luny Brystygierowej spoglądają na nas ze ścian, a obok czytamy przerażające uzasadnienia wyroków. Wystawa taka mogłaby stać się ważną lekcją historii, pokazującą jak ludzie świadomi procesów moskiewskich i całego zbrodniczego charakteru stalinizmu, angażują się w budowanie marionetkowego państwa i podległego mu wymiaru sprawiedliwości. Nie o tym opowie nam jednak wystawa w Pałacu Kazimierzowskim.
Celem wystawy nie jest wnikanie w charakter systemu i losy jego aktorów, lecz odrzucenie odpowiedzialności, przeniesienie jej na określoną mniejszość, co gorsza – mniejszość w tamtych latach brutalnie prześladowaną. Dla autorów wystawy najważniejsze jest podanie „prawdziwych” nazwisk prokuratorów i sędziów; napisanie, że wśród morderców zza biurka przewodzili „Holder i jego poplecznicy, z pochodzenia żydzi” (Przez małe „ż”! Jak w prasie hitlerowskiej!), a Józef Różański w rzeczywistości nazywał się „Goldberg”. Najbardziej wymownym tego dowodem jest wymienienie trzech kategorii pracowników wymiaru sprawiedliwości: „1). 20 przedwojennych audytorów, 2). 17 oficerów Armii Czerwonej, 3) 52 oficerów Żydów lub pochodzenia żydowskiego (…) przebranych w polskie mundury”. A Polacy? Czy Polaków tam nie było? Nie. Byli tylko „przedwojenni audytorzy”.
Unarodowienie pamięci jest bardzo funkcjonalne. Pozwala oddalić ciemne karty historii, zagrażające dobremu wizerunkowi narodu. Nie ma sensu zastanawiać się, dlaczego sędziowie stalinowscy podpisywali takie wyroki, bo to przecież byli Żydzi, a ofiary to przecież byli jak zawsze Polacy. Nie ma sensu zastanawiać się, dlaczego Polacy mordowali w Jedwabnem, bo to przecież byli Polacy, a mordowali jak zawsze Żydów – odpowiedzą nam amerykańscy Żydzi. To bardzo proste spojrzenie na przeszłość, ale nie widać stąd wykluczonych głosów samych ofiar, a co jeszcze dziwniejsze – nie słychać tu nawet sprawców. Bowiem stalinowscy sędziowie pochodzenia żydowskiego w większości nie uważali się za Żydów (inna sprawa, że stanowili oni znikomy odsetek ogólnej liczby stalinowskich zbrodniarzy, z których większość to „rdzenni Polacy”, choć obecności tych drugich niemal nie zauważymy na wystawie…). To samo tyczy się jedwabieńskich Żydów, czy w ogóle prawie wszystkich Żydów z II Rzeczypospolitej, którzy w przedwojennych spisach powszechnych wpisywali „narodowość Polska”.
Unarodowiona odpowiedzialność nie pozwala pogodzić się z faktem, że w każdym z nas kryje się stalinowski zbrodniarz, a może nawet Adolf Eichmann, co przekonująco udowodnił Stanley Milgram w swoich głośnych eksperymentach nad posłuszeństwem. Unarodowiona odpowiedzialność pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość zapominając o przeszłości. Unarodowiona odpowiedzialność nie pozwala wyobrazić sobie, że ostatnią ofiarą stalinizmu był pobożny rabin, któremu w sfingowanym procesie polscy sędziowie zarzucili handel walutą, by w końcu po pokazowej rozprawie skazać go na karę śmierci.
Jeśli nie chcemy, żeby na polskich uniwersytetach zamiast namysłu nad zachowaniami człowieka w epoce totalitaryzmów krzewiono retorykę poszukiwania Volksfeinde i unarodowiania odpowiedzialności, wówczas pokażmy drzwi autorom podobnych wystaw. Wystarczy im przestrzeni wystawienniczej na Wiejskiej i w świecących pustkami muzeach narodowej martyrologii. My piszmy inną historię. Historię wolności i historię wykluczenia. Historię, która spowoduje, że podobne zbrodnie nigdy się nie powtórzą.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 06.10.2006 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...