Wszystkim, którzy uparcie twierdzą, że tylko „awanturnicy” protestujący pod Wawelem zakłócili jedność narodowej żałoby (w tym zwłaszcza dziennikarzom TVN 24), polecam dla otrzeźwienia ostatni tekst Tomasza Terlikowskiego, który w dwóch lekko się różniących wersjach został opublikowany w „Gazecie Polskiej”, a następnie na portalu Salon24. Nosi on biblijny tytuł Bojaźń i drżenie i jest napisany z apokaliptycznym zapałem polskiego świętego Jana: przynosi gotową religijną wykładnię tragedii pod Smoleńskiem, przez którą przemówił sam Bóg, dając wyraźny znak swoim wiernym.
Dziwny to Bóg, okrutny i mściwy, jak zresztą wszyscy fundamentalistyczni bogowie, te smętne i bezmyślne karykatury Jahwe ze Starego Testamentu, zdolne tylko do imitacji jego gniewu, a zupełnie nieczułe na głębsze, uniwersalistyczne aspekty żydowskiego mesjanizmu. „Jeśli Bóg dopuszcza taki dramat – pisze Terlikowski - to nie robi tegosa po nic, ale po to, by niezwykle mocno wezwać nas do działania, przemiany i zaangażowania… Odczytanie tego zadania – w perspektywie symboliki smoleńskiej tragedii – jest dla nas zadaniem. Z odrzucenia go, z odmowy zaangażowania będziemy rozliczeni na sądzie ostatecznym. I biada nam, jeśli – po takim znaku – udamy, że nic się nie stało. Wtedy pozostanie nam tylko bojaźń i drżenie”. Bóg dał Polsce kolejny znak, będący jednocześnie ostrzeżeniem: jeśli nadal Polacy, mój naród wybrany, będzie zadawać się z tą bezbożną zachodnią zgnilizną i porzuci misję ponownej ewangelizacji świata, to mnie popamięta. Tragedia pod Smoleńskiem to tylko pierwszy z sygnałów czekającej nas apokalipsy: „Trudno nie zadać sobie pytania – ciągnie prorok-Terlikowski - czy nie próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed nami Bóg, w «normalność» Zachodu. Jeśli tak było, to ta tragedia jest wyraźnym przypomnieniem, że nie będzie nam dane bycie «normalnym» narodem, który może żyć w świętym spokoju, że od nas Pan Bóg wymaga co jakiś czas daniny krwi, ofiary (czasem boleśnie absurdalnej) z najlepszych synów”.
Na poparcie swoich mesjańskich tez Terlikowski wzywa objawienia dwóch polskich wizjonerek: Marii Franciszki Kozłowskiej i siostry Faustyny Kowalskiej. Ta pierwsza, co lojalnie przypomina, stała się po odstąpieniu od kościoła założycielką heretyckiej sekty mariawitów, która w najdoskonalszy sposób zrealizowała religijne założenia polskiego mesjanizmu: zdetronizowała Żydów jako naród wybrany, na ich miejsce kładąc Polaków i czyniąc z ewangelii przesłanie ściśle narodowe (do dziś kościół mariawicki ma swoich zwolenników wśród polonii z okolic Chicago). Na miejscu polskiej hierarchii katolickiej zatroskałabym się nieco o „mariawickie odchylenie” doktora Terlikowskiego, bo – jak już wiadomo od czasów Mickiewicza – relacje między polskim mesjanizmem a powszechnym kościołem katolickim wcale nie układają się tak dobrze, jakby to wynikało z powyższego entuzjastycznego credo.
To zresztą zdumiewające, jak topos polskiego męczeństwa ustalony przez Adama Mickiewicza w Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego, utrzymuje się bez żadnych korekt i rewizji po dziś dzień, wołając nadal czystym głosem z głębi narodowej nieświadomości. Oto, co – w luźnej parafrazie – mówi nam Mickiewicz: „Polska znalazła się w niewoli, bo nastała szatańska trójca: król Prus Fryderyk II, caryca Rosji Katarzyna II i cesarzowa Austrii Maria Tereza. Oni sami to trzy bluźnierstwa, ich życia to trzy zbrodnie, a pamięć ich – trzy przekleństwa. Trójca ta wzniosła nowego bożka, i nazwała go Interesem. Jeden jedyny człowiek się jej przeciwstawił: Lafayette. I tylko naród polski nigdy nie miał bożka, nie czcił obcych bogów, zawsze był wierny Panu i nie znał słowa ‚egoizm‘. Nigdy nie napastował innych narodów, a jeśli brał udział w wojnie, to tylko w obronie chrześcijaństwa. Dlatego Pan nagrodził go Litwą, Litwa i Polska pięknie się połączyły, dając wzór powszechnego jednoczenia się narodów, które kiedyś nastąpi”.
Istotę tego religijno-politycznego przesłania streszcza utożsamienie Polski z Chrystusem: „Naród polski nie umarł, trzeciego dnia zmartwychwstanie i oswobodzi wszystkie zniewolone ludy“. Oto polska historiozofia, widomy dowód na to, że Hegel się mylił, wykluczając słowiańszczyznę, w tym Polaków, ze światowego obiegu Ducha! Trzy Epoki Joachima de Fiore, na kanwie których Hegel zbudował swój system historii, mają też swojską, ładniejszą i bardziej poetycką wersję, gdzie miejsce faryzejskiej „pracy dziejowej“ zajmują rdzenne polskie cnoty chrześcijańskiej miłości, walki i cierpienia. „Anglia i Francja są jako Izrael i Juda, parlamentaryzm nie różni się od zgromadzenia faryzeuszy i sadyceuszy, którzy nie wiedzą, co to miłość i co znaczy umrzeć za prawdę“. Polacy zaś wiedzą – i wiedza ta najwyraźniej nie opuszcza ich do dziś, kiedy z równym przekonaniem „prześladowanego wśród narodów“ wygłaszają androny pod adresem zachodniej „cywilizacji śmierci“. Terlikowski dodaje do tej mesjańskiej historiozofii swoje trzy grosze, całkowicie jednak zgodne z mickiewiczowską logiką: Polska zmartwychwstała, odzyskała wolność, lecz zamiast dać wzór chrześcijańskiej cnoty całemu światu, sprzeniewierzyła swoją misję i poddała się faryzejskiej „tyranii Interesu“. I za to też została ukarana.
Ja jednak nie całkiem o tym. Choć bowiem losy polskiej herezji pseudo-mesjańskiej bardzo są interesujące, to znacznie ważniejszy jest wpływ emocji, które myśl ta obsługuje, na bieżącą politykę. Emocję, jaką wyraża tekst Terlikowskiego, można by zinterpretować jako, zgodnie z tytułem, „bojaźń i drżenie“ wobec gniewnych wyroków bożych, ale także jako nadzieję na to, że dzięki smoleńskiej tragedii Polacy się opamiętają i odstąpią od uczestnictwa w zachodnim projekcie demokracji liberalnej. Że zamkną się w swojej polskiej swoistości i samowsobnie, tylko dzięki wsparciu tradycji i kościoła, wypracują własną „demokrację nieliberalną“ (tamże!), w istocie będącą formułą narodowo-katolickiej teokracji (co od lat chodzi już po głowie redaktorom „Teologii Politycznej“). Dlatego kluczem do „analizy“ Terlikowskiego jest zdanie, które raz jeszcze in extenso przytoczę: „Trudno nie zadać sobie pytania, czy nie próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed nami Bóg, w «normalność» Zachodu”. W ujęciu Terlikowskiego masowa żałoba, w której Polacy, dotąd raczej niechętni prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, spontanicznie wyrażają swój żal i rozpacz, jest widomym znakiem równie masowego nawrócenia. Polacy otrząsają się z fałszywych uroków „cywilizacji śmierci” i zbiorowo wracają do pieleszy, do narodowo-katolickiego źródła, którego symbolem (dość nieoczywistym zresztą) staje się Lech Kaczyński, a raczej Prezydencka Para, w której miłość i śmierć, te dwie cnoty opiewane przez Mickiewicza, znalazły swe mityczne spełnienie.
Tymczasem wydaje się, że ten masowy rytuał żałobny można zinterpretować nieco inaczej. Masowa żałoba, w której uczestniczą, na swój sposób szczerze, także ludzie prezydenturze Kaczyńskiego niegdyś niechętni, nie świadczy bynajmniej o opamiętaniu, w którym naród polski, przez chwilę uwiedziony przez mamidło zachodniej „normalności”, budzi się do swej porzuconej misji narodu wybranego. Świadczy – na pozór paradoksalnie - o tym, że Polacy tę normalność wybrali, zaakceptowali, a to, co się teraz dzieje, to jedynie przejaw wielkiego poczucia winy, które nieuchronnie wiąże się z porzuceniem przez nich martyrologicznej tradycji. „Normalność”, wybór życia, jest bowiem na gruncie polskiej tradycji tak właśnie nienormalny, że ci, którzy go dokonują, sami siebie – mniej lub bardziej nieświadomie – obwiniają o zdradę i niewierność. Wielu, zwłaszcza młodszych Polaków dokonało tego wyboru, mówiąc mimo wszystko TAK zachodniej cywilizacji liberalnej, zwykle po cichu i półgębkiem, zachowując jednocześnie związek z tradycją i kościołem. Wiedzą, że hierarchowie nazywają ją „cywilizacją śmierci”, choć dla większości z nich to istna brama do życia, droga ewakuacji ze zbiorowego polskiego sarkofagu. Dokonało tego wyboru indywidualnie, nie wzmacniając go żadnym publicznym rytuałem przejścia.
Pierwszym zbiorowym festiwalem poczucia winy, związanego z wyborem „normalnego życia”, była wielka żałoba po Janie Pawle II, która w podobny sposób podzieliła żałobników: na mniejszość, która postanowiła się „nawrócić” i do końca realizować program antyliberalnej krucjaty JP II – oraz na większość, która okazała polskiemu patriarsze rytualne maksimum miłości i szacunku, by następnie pójść własną drogą. Śmierć Lecha Kaczyńskiego, w doskonały sposób ucieleśniającego polski syndrom kultu śmierci i pogardy dla życia, stała się dla tej drugiej grupy kolejnym, jeszcze silniejszym pretekstem do tego, by rytualnie uzewnętrznić głęboko tłumione poczucie winy – nie po to jednak, by w nim trwać i dokonać regresu na pozycje „antyliberalne”, lecz by się od niego raz na zawsze oczyścić.
Dla tego drugiego typu żałobników, który wydaje się w Polsce stanowić większość, Lech Kaczyński stał się uosobieniem totemicznego Ojca, a zarazem symbolem przeszłości, którą Polacy zdecydowali się odesłać do lamusa, by wreszcie móc zacząć uczestniczyć w normalnym życiu zachodniej cywilizacji. W eseju poświęconym analizie prymitywnych form religijności, Totem i tabu, Freud mówi o zbiorowych rytuałach poczucia winy, wynikłych z aktu zabicia ojca: aktu jednocześnie strasznego i koniecznego. Ojciec reprezentuje archaiczny typ władzy suwerennej, tłumiący wszelki odruch wolności u swych dzieci. Synowie, aby wkroczyć na drogę emancypacji i cywilizacji, muszą dokonać „mordu na Ojcu”, zarazem jednak pozostaje w nich nieusuwalne poczucie winy z aktem tym związane. Rytualna remisja wyrzutów sumienia, jakiej się czasowo oddają, nie oznacza jednak żadnej woli powrotu do archaicznej sytuacji, w której Ojciec mógłby odzyskać swą autorytarną władzę; jest tylko oddaniem niezbędnego hołdu wielkiemu Cieniowi, któremu przysługuje odtąd symboliczny status totemu.
Dokładnie to samo dzieje się teraz z Polakami: pochówek na Wawelu ma znaczenie totemiczne, ale nie polityczne. Wstępne sondaże nie dają Jarosławowi Kaczyńskiemu, jako mistycznemu następcy Ojca, żadnych szans. Poczucie winy, podobnie jak w przypadku opisanych przez Freuda synów, nie odwraca kierunku, jaki przybrał ich bunt. Polacy wybrali „normalność”, choć wybór ten oznaczał dla wielu z nich zerwanie z polskim kultem śmierci i cierpiętniczym pomazaństwem, okupiony nieświadomym poczuciem winy, które teraz – być może już po raz ostatni - wydobywa się na powierzchnię. Właśnie siła tej rytualnej żałoby świadczy o tym, że nie będzie politycznego nawrotu do archaicznego polskiego modelu „rządu dusz”. Im mocniej Polacy manifestują swoje poczucie winy, tym jaśniejsze się staje, że większość z nich już dokonała zerwania – i w duchu, symbolicznie, rzeczywiście „zabiła Ojca”, który nie pozwalał im żyć. Niech umarli grzebią swoich umarłych – Polacy tymczasem wybrali życie.
Czytaj też: Polski triumf Tanatosa
*prof. Agata Bielik-Robson - filozofka, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wykłada w Collegium Civitas, Szkole Nauk Społecznych i Ośrodku Studiów Amerykańskich UW.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...