Zaczyna się mocno i obiecująco: „Przedstawiamy raport będący próbą diagnozy współcześnie żyjącego młodego pokolenia Polaków. Pierwszym i głównym powodem, dla którego idea takiego raportu się pojawiła, są polskie wyzwania. Zasadniczy okres przemian systemowych – transformację systemową, nasz kraj ma już za sobą, jednak reformy zbliżające nas do dzisiejszych wymiarów nowoczesności i dobrego (dobrze urządzonego) społeczeństwa do dopiero wyzwanie. […] Niniejszy raport powstał jako wyraz przekonania, że wśród zasobów, na których można opierać strategię budowy nowoczesnego społeczeństwa i państwa, znajduje się na pewno młode pokolenie. Formułujemy tezę o dużym potencjale innowacyjnym tkwiącym w młodzieży, ważnym zwłaszcza wtedy – jak podkreśla Karl Mannheim, nestor myślenia o pokoleniach jako czynniku społecznej zmiany – gdy przed społeczeństwem stoją wyzwania przeprowadzenia głębokich, gruntownych reform”.
To prawda z tym potencjałem młodzieży. Tylko że spóźniliśmy się o jakieś dziesięć lat. Nie przeżyliśmy na początku stulecia podobnej rewolucji, jak w Korei Południowej, gdzie w 2002 roku duży wpływ na sprawy kraju wywalczyło sobie tzw. pokolenie 386, strukturalnie bardzo podobne do polskiego pokolenia wyżu demograficznego. O tym, że Polsce grozi utrata kluczowego zasobu rozwojowego, energii pokolenia wyżu i transformacji, mówiłem w 2004 roku na Forum na rzecz Usług Szerokopasmowych – cóż, polscy młodzi, którzy mieli wtedy zrobić rewolucję, pakowali się i wyjeżdżali za granicę.
Porzucona generacja
Dlaczego pewnie już jest za późno? Warto uważnie i krytycznie wczytać się w rządową diagnozę pokolenia polskich młodych, czyli ludzi w wieku między 15 a 35 rokiem życia. Uwzględnienie kontekstu historycznego sprawia, że ta analiza jest jednocześnie rozliczeniem z polską posocjalistyczną transformacją. Rozliczeniem o wiele bardziej szczerym, niż to z raportu Polska 2030 z 2009 roku. Bez dymnej zasłony eufemizmów z tekstu wyłania się obraz kraju, w którym o młodzieży po prostu zapomniano.
Brak pomysłu zastąpić miała wolność oraz obudzona przez wolnorynkowy kapitalizm pasja konsumpcji. Siły te wyzwoliły wiele pozytywnej energii. Jednocześnie jednak wycofanie się państwa ze sprawczego zarządzania sferą publiczną i jej instytucjami miało też niekorzystne skutki. Polska nie stała się krajem równych szans, już od początku transformacji zaczęła się akumulacja i lewarowanie kapitałów odziedziczonych po okresie PRL. Dzieci z rodzin o wyższym kapitale kulturowym trafiły do lepszych szkół, pozostałe do gorszych. Szkoła zamiast uczestniczyć w aktywnym wyrównywaniu szans stała się częścią systemu, dzięki któremu w Polsce odtworzyło się społeczeństwo klasowe o stosunkowo niewielkiej mobilności społecznej.
„Tempo i skala zmian, prowadzące do wykorzeniania tradycyjnych instytucji i autorytetów, w połączeniu z niedoborami państwa «na dorobku» sprawiły, że strategia «zrób-to-sam» stała się najbardziej czytelnym sygnałem wysyłanym do młodzieży. Wycofywanie się państwa z różnych form wsparcia, wycofywanie się instytucji edukacyjnych z roli przewodnika po świecie i wycofywanie się rodziców i nauczycieli z roli mentorów powiększyły sferę wolności, jaka pozostawała do dyspozycji młodych, ale też zrzuciły ciężar odpowiedzialności za dokonywane wybory na barki młodzieży. Syndrom «porzuconej generacji», zdanej na własne rozstrzygnięcia i własne wybory, z jednej strony kształtuje samodzielność i indywidualizm młodzieży, z drugiej jednak grozi decyzjami nie do końca przemyślanymi i rozczarowaniami, frustracjami, prawdopodobnymi zwłaszcza tam, gdzie gotowość do podjęcia nowych wyzwań jest niewielka, a aspiracje duże” – czytamy w raporcie.
W rezultacie dzisiejsi młodzi cenią sobie barwne i ciekawe życie, odchodzą od tradycyjnych instytucji, jak małżeństwo, coraz pobłażliwiej traktują przykazania moralne utrwalone w społecznej tradycji, co wyraźnie widać w rzeczywistych, a nie w deklarowanych praktykach seksualnych i prokreacyjnych. To także pierwsza generacja, która nie odczuwa zapóźnienia technologicznego i kulturowego w stosunku do rówieśników z Zachodu, bo ma dostęp do tych samych technologii, wiedzy i kultury. Jednocześnie jednak jest to pokolenie klepiące biedę na śmieciowych umowach, które nie zapewniają przyszłości ani stabilizacji.
Młodzi, mimo swego hedonizmu i indywidualizmu, nie są tak aspołeczni, jak widzą to dorośli. Chętnie angażują się w różne działania społeczne i kulturowe, tylko że najczęściej poza instytucjami, na zasadzie ad hoc, z wykorzystaniem mobilizacyjnych możliwości stwarzanych przez nowe media. Są zbrzydzeni polityką i mimo chwilowego wzrostu zainteresowania wyborami w 2007 roku, ta sfera życia ich nie interesuje.
Gówniarze kontra egoiści
Tak opisane (w olbrzymim, upraszczającym skrócie) pokolenia młodych mają zastąpić zmęczone już i wypalone pokolenie „Solidarności”. Dokonało ono transformacji, zajęło pozycje w strukturze społecznej, opanowało większość społecznych, politycznych, gospodarczych i symbolicznych zasobów, a teraz musi znaleźć następców, którzy sfinansują im emerytury. Żeby to się udało, potrzebna jest głęboka modernizacja gospodarki i państwa, bo ze względów demograficznych odpowiednie środki uda się wypracować, jedynie radykalnie zwiększając produktywność. A tę z kolei można zwiększyć tylko dzięki większej innowacyjności. Bo zasoby pracy będą maleć.
„Generacja inicjująca proces transformacji systemowej, z dużym sukcesem podejmująca wyzwania nowego ustroju, dziś coraz mniej rozumie odmienność nowych czasów i problemy młodych. Zarówno wielkość narastającej luki, jak i skala problemów do rozwiązania, prowadzą do dość oczywistego wniosku, że nadszedł czas na młodych. Konieczne jest poważne potraktowanie problemów młodzieży. Niezbędna jest również wymiana pokoleniowa i oddanie pola młodym” – napisano w raporcie Młodzi 2011.
Słusznie. Dlaczego tak późno? Odpowiedź jest dosyć prosta – znajduję ją jednak nie w tekście raportu, lecz w książce Davida Willetsa The Pinch. How the baby boomers took their children’s future – and why they should give it back. Willets jest brytyjskim konserwatystą, w rządzie Davida Camerona pełni funkcję ministra ds. uniwersytetów. Swą książkę opublikował w 2010 roku i ma ona ciężar gatunkowy podobny do polskiego raportu. Ponieważ jednak firmowana jest przez aktywnego polityka, interpretacje socjologiczne są uzupełnione mocną, wręcz brutalną analizą polityczną. Willets pisze bez złudzeń, niemal jak krytyczny neomarksista – kto dysponuje zasobami, ten rządzi.
Autor The Pinch pokazuje na liczbach, jak wygląda podział brytyjskich zasobów: kontrola nad zasobami ekonomicznymi jest całkowicie skorelowana z demograficzną siłą, rządzi pokolenie wyżu demograficznego. Ono ma – ze względu na swą liczebność – siłę polityczną, a dzięki władzy nad mediami tworzy dominujący dyskurs publiczny, który odzwierciedla jego wartości i kulturę. Jeśli działa, to działa w swoim interesie. Czy to przez przypadek dyskurs neoliberalny związany jest z doktryną monetarną w zarządzaniu finansami publicznymi? Żaden przypadek a polityczna konieczność – polityka antyinflacyjna służy ochronie zasobów tych, którzy je posiadają, a nie tworzeniu miejsc pracy. Podobnie polityka fiskalna. I polityka proimigracyjna, dzięki której Zjednoczone Królestwo dostało zastrzyk taniej dobrej pracy m.in. z Polski.
Willets zastanawia się, jak uruchomić mechanizmy solidarności, które przełamałyby pokoleniowe egoizmy. Niestety, trudno być prorokiem w swoim kraju – części projektowej jego książki nikt nie potraktował poważnie. Na brytyjskie rozruchy pokolenie wyżu odpowiedziało: „trzeba skopać d… gówniarzom, bo przeszkadzają nam robić swoje”.
Byłoby wspaniale
My pozostajemy z ważnym pytaniem: czy pokolenie „Solidarności” ustąpi? Co miałoby je do tego skłonić, skoro najważniejszy wniosek z opracowania jest prosty: młodzi są całkowicie zdepolityzowani, a ponieważ nie dysponują innymi zasobami, poza kapitałem ludzkim, mogliby pojawić się na scenie historii jedynie na skutek mobilizacji politycznej. Tak jak zrobili to młodzi Koreańczycy w 2002 roku. Udało im się, bo byli odpowiednio liczni i zdecydowali się działać, mimo że socjologiczne opisy pokolenia 386 przypominały bardzo wnioski polskiego raportu: młodzi Koreańczycy byli indywidualistycznymi hedonistami nastawionymi na konsumpcję, zupełnie pozbawionymi kontaktu ze światem dorosłych.
Prof. Krystyna Szafraniec, autorka raportu, zamiast o konieczności politycznej mobilizacji pisze o ponowoczesnym liberalizmie, który „nie absolutyzuje wartości indywidualizmu, dostrzegając wartość, a nawet konieczność istnienia więzi wspólnotowych oraz postaw altruistycznych, charakteryzujących się poczuciem solidarności i odpowiedzialności za los innych”.
Willets podobnie definiuje swoją wizję ponowoczesnego konserwatyzmu. Widać, że wizja jest tak pojemna, że można jej przypisać każdą etykietę, bo „nieprawdą jest, że etos liberalizmu jest treściowo ubogi, pozbawiony racjonalnych podstaw i motywacyjne słaby, czy też, że etosem społeczeństwa liberalnego jest brak etosu. Idei jest dużo, są piękne i mają odpowiednią temperaturę. To, że nie budzą one zbiorowych namiętności, ideologicznych konfliktów i nie każą ponosić najwyższych ofiar, jest ich największą zaletą, nie wadą. Byłoby wspaniale, gdyby wyzwoliły obywatelskie zaangażowanie młodego pokolenia”.
Byłoby wspaniale, jednak nie wyzwalają. Cały bowiem dotychczasowy model polskiego transformacyjnego liberalizmu polegał na depolityzacji społeczeństwa, co udało się osiągnąć ze znakomitym skutkiem. Równocześnie nie powstało u nas apolityczne społeczeństwo obywatelskie. Już w sąsiedniej Słowacji w wyborach parlamentarnych uczestniczy blisko dwukrotnie więcej uprawnionych do głosowania niż w Polsce.
Skoro nie zanosi się na to, że młodzi sami staną się aktorem inicjującym systemowe zmiany, aktorem tym musi być państwo. Oznaczałoby to, że pokolenie „Solidarności” ma jeszcze jedną rewolucję do wykonania i to ono powinno uwierzyć w etos ponowoczesnego liberalizmu oraz zrezygnować z pokoleniowego egoizmu. Niestety – problem ten doskonale definiuje raport – państwo polskie ma niezwykle słabą sprawczość, a zdolności strategicznej nie ma praktycznie w ogóle. Jest przede wszystkim zestawem aparatów do redystrybucji zasobów pomiędzy aktorami faktycznie sterującymi państwem (mechanizm ten widać wyraźnie choćby w szkolnictwie).
Czy w tej sytuacji możliwy jest międzypokoleniowy sojusz? To byłaby optymalna opcja i z góry wykluczyć jej nie można. Raport Młodzi 2011 dostarcza znakomitych argumentów za koniecznością takiego sojuszu. Nie ujawnia jednak mechanizmów (bo nie są nimi rekomendacje ani postulaty), jakie miałyby doprowadzić do synergii sił reprezentujących sprzeczne (w krótkiej perspektywie) interesy.
Lub inaczej, imponujący dokument ciągle jest zbyt płaski i zbyt nieprecyzyjny, nie odsłania przez to rzeczywistości i gubi być może najistotniejsze detale. Raport, widać to wyraźnie, powstał na skutek świadomości nadchodzącej katastrofy demograficznej. Z tego tez względu skupia się na dużych grupach demograficznych. To zbyt mała rozdzielczość, by uchwycić procesy odbywające się na marginesie, mające charakter innowacyjny i różnicujący, a przez to nie mieszczące się w zgeneralizowanej statystyce. A przecież to one zazwyczaj inicjują proces zmian.
Stwierdzenie, że młodzi są indywidualistami wyznającymi ideologię konsumpcjonizmu, jest ogólnie słuszne. Mnie jednak interesuje, czy istnieją już silne grupy kontestacji tego modelu życia, zdolne do stworzenia antykonsumpcyjnych ideologii? Czy ich źródłem będą środowiska o wrażliwości lewicowej, czy może przeciwnie – czeka nas ożywienie świadomości religijnej i to w fundamentalistycznym wymiarze?
Wyjść z folwarku
W sumie po lekturze raportu wiem o młodych dużo, lecz ciągle nie wiem tak naprawdę nic. Tym bardziej, że w kilku miejscach raportu wnioski formułowane są na skróty. Na przykład dowiemy się, że: „Młodzież nie mająca normalnego dostępu do rzeczy, stanowiących emblematy statusu, próbowała je zdobywać przemocą lub nielegalną drogą”. Uff, to jak opis brytyjskich zamieszek w wydaniu Davida Camerona.
Niestety, podobnie jest z opisem wpływu kultury popularnej i nowych mediów na młodzież. Autorzy raportu dostrzegają fundamentalne znaczenie tych czynników, jednak analiza tego wpływu pozostawia wiele do życzenia. „Globalizacja przekazu kulturowego i eksplozja informatyczna w kolejnej dekadzie sprawiają, że luka między rzeczywistością, w jakiej swobodnie porusza się młodzież (sieć) a rzeczywistością, w której dominuje starsze pokolenie («real») staje się coraz większa. «Real» jest nieprzyjazny, niezrozumiały i nieautentyczny. Sieć – przeciwnie – choć wirtualna, jest namacalna, autentyczna i wojska. jest encyklopedią, miejscem schadzek i sceną. Jest przestrzenią kreatywności młodych i jest jej własną agorą. W sieci młodzi poruszają się pewniej, w niej również budują kanały komunikacji nieporównywalne do istniejących w «realu». Pozwalają one w dowolnym momencie dotrzeć do najbardziej odległych zakamarków świata i najbardziej odległych kultury. Zbliżają wzajemnie i niwelują różnice.”
Cóż, naprawdę dysponujemy dziś o wiele lepszymi i subtelniejszymi opisami, odnoszącymi się również do polskiej rzeczywistości. Podobne klisze dotyczą oddziaływania kultury popularnej, która to jest jednocześnie uniwersalnym środowiskiem komunikacyjnym i pofragmentowaną przestrzenią, daleką od homogenizacji, pełną niszy, często nastawionych do siebie antagonistycznie. Pop-kosmopolityzm w kulturze popularnej walczy z pop-nacjonalizmem i nie jest to walka wirtualna. Młodzi z przyjemnością oglądają „Avatara”, arcydzieło pop-kulturowego uniwersalizmu i zagłębiają się w najbardziej egzotyczne przejawy przedwojennej myśli narodowej, szukając sensu w silnych propozycjach budowy tożsamości i wspólnotowości.
Z mojej lektury wyników różnych badań krajowych i zagranicznych oraz rozważań teoretycznych dochodzę do innego opisu rzeczywistości. Skrót przedstawiłem we wstępie do tomu podsumowującego Kongres Kultury Polskiej, oto fragment:
„Wyzwaniem kluczowym, z którym zmagają się wszystkie współczesne społeczeństwa, jest fenomen bezprecedensowego zerwania wielu elementów międzypokoleniowej transmisji kulturowej. Na skutek zmian technologicznych w obszarze komunikacji, jak to już zauważył w latach 90. XX stulecia kataloński socjolog Manuel Castells, przestrzeń antropologiczna doznała radykalnych przemian. Nowoczesne pojęcia czasu, miejsca i rzeczywistości straciły na wyrazistości […] Problem w tym, że współczesny świat podzielił się na tych, którzy już zanurzyli się w nowej przestrzeni antropologicznej przestrzeni przepływów i bezczasowego czasu i na tych którzy żyją w przestrzeni tradycyjnej, której wyznacznikiem są fizyczne miejsca i liniowy upływ czasu.
Linia podziału jest także linią podziału pokoleniowego. I choć ludzie młodzi zamieszkują tę samą przestrzeń fizyczną, co pokolenia starsze to jednak funkcjonując w różnych przestrzeniach, różnią się też od siebie. Jedna z kluczowych różnic polega na odmiennych sposobach uczestnictwa w kulturze. Różnice są na tyle głębokie, jak wynika m.in. z badań etnograficznych Młodzi i media zrealizowanych w 2009 roku, że tradycyjne formy transmisji kulturowej przestają działać, a służące tej transmisji instytucje: rodzina, szkoła, władza żyją w świecie wirtualnym, w którym wyobrażane sobie praktyki społeczne i kulturowe ludzi młodych nijak się mają do praktyk rzeczywistych.
Ponownie uruchamia się dysonans dyskursywny. Szkoła, instytucje władzy i kultury dokonują hipostazy swoich wyobrażeń o potrzebach pokolenia sieci i na tej podstawie próbują doskonalić struktury polskiego folwarku do rzeczywistości, jaka nie istnieje, bo przeniosła się do innej przestrzeni antropologicznej. Z drugiej jednak strony przedstawiciele pokolenia sieci pozbawieni są języka na opisywanie własnych doświadczeń i odkrywanych praktyk życiowych, bo instytucje tradycyjnie odpowiedzialne za tworzenie i transmisję kodów wyjaśniających tego nie robią, bo nawet nie dostrzegają tej nowej przestrzeni i nowych form życia. W rezultacie dyskurs publiczny jest zafałszowany, bo wspólne zasoby symboli i kodów komunikacyjnych pochodzą ze słownika tradycyjnego. Przedstawiciele pokolenia sieci pytani o wartości i sensy odpowiadają pojęciami, w jaki zaopatrzył ich tradycyjny schemat transmisji kulturowej, pojęcia te jednak nijak się mają do rzeczywistych praktyk społecznych i kulturowych.
Ten dysonans definiować będzie dynamikę rozwoju kultury polskiej przez dekadę – dwie, do czasu kiedy dzisiejsze pokolenie sieci zacznie wchodzić w samodzielne życie, a dzieci jego przedstawicieli żyć już będą w tej samej przestrzeni antropologicznej co ich rodzice. Zanim jednak dojdzie do naturalnej likwidacji bariery antropologicznej, czeka nas fascynujący okres kształtowania nowej kultury. Co okaże się silniejsze: czy tradycyjne kody polskiej kultury dowiodą po raz kolejny swojej siły, podporządkowując sobie nowe praktyki społeczne i kulturowe umożliwione przez nowe technologie komunikacji? Czy również w Sieci odtworzymy polski folwark, czy też może w końcu Sieć pomoże przekodować polską kulturę, uwalniając ją od przekleństwa dysonansu dyskursywnego?”.
Oczywiście, mogę się mylić w swej interpretacji – ciągle bardzo mało wiemy nie tylko o młodych, lecz o współczesnym społeczeństwie w ogóle. Alain Touraine przekonuje, że potrzebny jest nowy paradygmat jego opisu, bo stare narzędzia są ślepe i nieme. To nie jest tylko problem poznawczy – możliwość społecznego działania zależy od społecznie tworzonej wiedzy i autowiedzy. W postideologicznym i ponowoczesnym społeczeństwie, które opisuje raport Młodzi 2011, rolę ideologii przejęła epistemologia. W zależności od tego, jak opiszemy relacje między ludźmi a techniką, siły determinujące gospodarkę, przekształcenia intymności i więzi społecznych, dostrzeżemy inne sposoby oddziaływania na rzeczywistość społeczną.
Dlatego czytam raport Młodzi 2011 z optymizmem, bo zmusza do szacunku ze względu na ogrom wykonanej pracy i jednocześnie stawia wyzwanie, by odsłaniać te fragmenty rzeczywistości, które zostały w opisie pominięte lub ze względu na zastosowane narzędzia intelektualne, odsłonięte być nie mogły. Tam kryje się odpowiedź na pytanie o możliwość zmiany.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...