|
Wczorajszy „Dziennik” odkrył opublikowany niedawno przez OECD raport Education at a Glance 2011, a lektura tego opracowania prowadzi gazetę do dramatycznego tytułu: „Polscy nauczyciele pracują najkrócej na świecie!” oraz do takich oto wniosków:
„Mała liczba godzin pracy nauczycieli powoduje też, że musimy zatrudniać ich ogromną rzeszę. Jest ich – od kilkunastu już lat, mimo że w tym czasie o ponad 1 mln zmalała liczba uczniów w szkole – ponad 500 tys. Efekt? Według danych OECD w polskich szkołach podstawowych na jednego nauczyciela przypada zaledwie 10 uczniów. To najlepsza statystyka spośród wszystkich przebadanych krajów. Gorszą mają nawet tak bogate państwa jak Norwegia, USA czy Japonia. Ale tam rocznie nauczyciel spędza przy tablicy odpowiednio 741, 1097 i 707 godzin”.
Cóż, jak się ma gotową tezę, to i o wnioski z dowolnej statystyki łatwo. Moja żona jest nauczycielką i na podstawie prywatnej statystyki mógłbym napisać „polska nauczycielka pracuje najwięcej na świecie!” (ok. 30 godz. tygodniowo przy tablicy, zajęcia pozalekcyjne i drugie tyle czasu na przygotowanie lekcji – przedmiot eksperymentalny wymaga naszykowania doświadczeń, klasówki etc.). Gdyby reporter „Dziennika” się wczytał, toby zauważył, że ów najkrótszy czas pracy odnotowuje się w szkołach podstawowych, w gimnazjach i szkołach średnich już jest inaczej.
Sprawa dość prosta – Polska ma wyjątkową w OECD strukturę społeczną, bardzo duży odsetek ludności mieszkającej na wsi i w małych miasteczkach. To wyzwanie dla szkolnictwa, z którym już próbował sobie radzić PRL, komasując szkoły w większe jednostki, by optymalizować zatrudnienie. Od początku budziło to opór społeczny, każda wieś, choć ma kilkoro dzieci, chce mieć dla nich szkołę. W rezultacie ciągle utrzymywane są szkoły kilkuoddziałowe, uczące po kilkanaścioro czasem tylko dzieci. Pod względem ekonomicznym jedynym sensownym rozwiązaniem jest zapakować maluchy do autobusu i dowozić do szkoły zbiorczej. Czy to rozwiązanie optymalne społecznie? Moim zdaniem nie, tak czy inaczej odpowiedź nie ma nic wspólnego z lenistwem nauczycieli.
Mamy dziś sytuacje, gdy na obszarach zurbanizowanych, na tzw. młodych osiedlach, nauka idzie na trzy zmiany i nauczyciele mają obsadę na dwa etaty. Nieopodal zaś są stare dzielnice, gdzie trudno wypełnić pensum dla nauczyciela biologii w liceum, musi więc pracować w dwóch szkołach, żeby uzbierać, co się należy do pełnego etatu. Nie mylmy tego, co jest wynikiem struktury, z tym, co jest zapisane w Karcie Nauczyciela, którą z lubością starszy się w Polsce społeczeństwo. Wynikające z Karty obciążenia (liczba godzin przed tablicą i liczba godzin do przepracowania łącznie) nie różnią się od europejskich standardów, a wynagrodzenie nauczyciela uzależnione jest od wypracowanego pensum. Z kolei wynagrodzenia te, choć się poprawiły w ostatnich latach, bardzo odbiegają od pensji w Belgii, Francji czy Finlandii.
Przy okazji, skoro już „Dziennik” powołuje się na OECD w ocenie polskich nauczycieli, to powinien także dla równowagi sięgnąć po pochwały dla polskiej edukacji związane z wynikami ostatnich badań PISA. Jako jeden z nielicznych krajów osiągnęliśmy istotny postęp, plasując się w czołówce (oczywiście znowu warto badania PISA rozebrać na kawałki, żeby stwierdzić, że wnioski uogólnione komplikują się, gdy grzebie się w szczegółach).
Polskiej edukacji można wiele zarzucić; podobnie jak wielu polskich nauczycieli niepotrzebnie męczy siebie i dzieci. Najważniejsze problemy mają jednak charakter systemowy: szkoły publiczne uczestniczą w systemie selekcji, a nie wyrównywania szans (co jasno potwierdza choćby raport Młodzi 2011 Michała Boniego), system edukacyjny otoczony jest zdegenerowanym systemem produkcji podręczników i pomocy naukowych, nauczyciele pozbawieni są dobrego wsparcia metodycznego.
Najgorsze jednak, że ciągle po prostu nie wiemy, jakie funkcje powinna spełniać szkoła, w konsekwencji nie do końca wiemy, jak i czego powinna uczyć. System egzaminów na każdym etapie szkoły doszedł już do granicy obłędu: od tego roku uczniowie na koniec gimnazjum będą katowani przez trzy dni, przeżywając egzamin de facto ważniejszy i trudniejszy niż matura (od niego zależy bowiem wybór liceum, klucz do dalszej życiowej kariery).
Jeśli ktoś liczy, że likwidując Kartę Nauczyciela i wystawiając nauczycieli na samowolę gminnych urzędników, którzy mieliby decydować o pensjach w podległych im szkołach wyleczy wady całego systemu, to się głęboki myli.
Jak zauważają autorzy francuskiego opracowania Les Sociétés et leur école porównującego systemy edukacyjne kilkudziesięciu krajów, szkoły są odbiciem, często paradoksalnym, swoich społeczeństw. Narzekamy, że polska szkoła uniformizuje i nie rozwija indywidualnej ekspresji uczniów. Jednak z badań World Values Survey wynika, że połowa Polaków oczekuje, by dzieci były posłuszne – podobne oczekiwania ma tylko 16 proc. Niemców; 40 proc. Polaków chciałoby dzieci niezależnych, w Niemczech blisko 80 proc. Wyobraźni od dzieci oczekuje tylko 20 proc. Polaków i 40 proc. Niemców. Patrząc z tej perspektywy, polska szkoła doskonale realizuje oczekiwania polskiego społeczeństwa.
Tekst ukazał się na blogu Edwina Bendyka Antymatrix.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...