Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Bem: Andersen i sprawa polska |
|
|
Kazimierz Bem
|
|
04.04.2007 |
W lipcu zeszłego roku większością jednego głosu Sąd
Najwyższy stanu Waszyngton w USA uznał w sprawie Andersen
kontra King County, że państwo ma uzasadniony prawnie interes do „ograniczenia
małżeństwa do par różnych płciowo, co sprzyja prokreacji, niezbędnej do
istnienia rodzaju ludzkiego oraz dobru dziecka poprzez rodziny, w których
dzieci są wychowywane przez biologicznych rodziców”. Ów werdykt działacze
konserwatywni świętowali jako zwycięstwo tradycyjnej rodziny. Miny im nieco
zrzedły, gdy na początku tego roku grupa działaczy gejowskich, zrzeszona w
Washington Defense of Marriage Alliance (WDOMA) postanowiła poważnie
potraktować orzeczenie sądu i złożyła inicjatywę ustawodawczą nr 957.
By w pełni zastosować się do orzeczenia sądu, projektodawcy
proponują cztery następujące regulacje prawne.
Po pierwsze, by od chcących wstąpić w związek małżeński
żądać dowodów, że są w stanie mieć dzieci. Jednocześnie prawo wymagałoby, by w
ciągu trzech lat od zawarcia małżeństwa małżonkowie przedstawili władzom
stosowny dowód posiadania potomstwa. W przypadku braku potomstwa małżeństwo
ulegałoby automatycznemu unieważnieniu. Po drugie, by małżeństwa, w których
pojawią się dzieci, nie mogły się rozwodzić. Po trzecie, by nieformalne związki
z chwilą urodzenia potomka stawały się z mocy ustawy małżeństwami. Wreszcie po
czwarte, by uniknąć obejścia prawa, do małżeństw zawartych poza granicami stanu
stosowałyby się wszystkie powyższe klauzule.
Inicjatorzy propozycji ustawodawczej nie ukrywają, że już
pierwsza propozycja jest żądaniem absurdalnym z punktu widzenia praktyki i
realiów XXI w., ale zupełnie logiczna z punktu widzenia orzeczenia i argumentów
tradycjonalistów. Ci bowiem podkreślali, że małżeństwo jest związkiem, który
otrzymuje przywileje od państwa w zamian za prokreację. Skoro zaś pary nie mogą
mieć dzieci, to nie powinny mieć prawa zawierania małżeństw. Jeśli zaś
małżeństwo zawarto, a dzieci i tak nie ma, to tym samym oszukują państwo i
trzeba temu położyć kres.
To, że uderzy to w osoby starsze i takie, które nie mogą lub
nie chcą mieć dzieci, jest absolutnie zgodne z orzeczeniem sądu i
konstytucyjnie dopuszczalne. Dotychczasowi obrońcy heteroseksualnego małżeństwa
musieliby zacząć dowodzić, że płodność partnerów nie powinna decydować o
możliwości zawarcia małżeństwa, czyli dokładnie zaprzeczać sobie i przejąć
argumenty zwolenników małżeństw jednopłciowych, które przecież uważali za
absurdalne. I tak źle, i tak niedobrze.
Również druga
propozycja jest przewrotna. Zarówno protestanccy ewangelikałowie, jak i
katolicy podkreślali trwałość małżeństwa heteroseksualnego, kontrastując to z
domniemaną „przelotnością związków” homoseksualnych, co miało znowu
uzasadniać przywilej (a nie prawo!), jakim jest możliwość zawarcia małżeństwa.
Inicjatorzy zmian w prawie poszli o krok dalej. Skoro tak,
to stan Waszyngton powinien zakazać rozwodów w ogóle, bo najważniejsze jest
dobro potencjalnego dziecka. Kościołowi rzymskokatolickiemu oczywiście trudno
się sprzeciwiać zakazowi rozwodów.
Ewangelikałowie wiedzą zaś dobrze, że ich owieczki według
badań statystycznych rozwodzą się szybciej i częściej niż niewierzący i
liberalni chrześcijanie. Z jednej strony powinni się więc sprzeciwić propozycji
rozwodów w imię literalnej interpretacji Biblii. Z drugiej strony podpadliby
swoim owieczkom, które może i nie cierpią gejów i lesbijek, ale nie zamierzają
same brać serio nierozerwalności małżeństwa, którą głoszą innym. I tak źle, i
tak niedobrze.
Również trzecia propozycja jest diaboliczna. Skoro dziecko,
jak podkreślił sąd, winno rodzić się w małżeństwie, to konsekwencją powinno
być, że z chwilą urodzenia dziecka państwo stwierdza powstanie małżeństwa. To,
że rodzice niekoniecznie marzą o związku (i to bez możliwości rozwodu!), to
sprawa drugorzędna. Wola zawarcia związku małżeńskiego, czy to przez
homoseksualistów, czy przez heteroseksualistów, będzie więc sprawiedliwie
równie drugorzędna wobec doniosłości aktu prokreacji, która, jak podkreślają
katoliccy i protestanccy fundamentaliści, jest podstawową cechą małżeństwa.
Dopóki dotyczyło to abstrakcyjnego geja, było to OK, ale gdy dotyczy
heteroseksualnych zwolenników i parafian, uroda wywodu szybko więdnie.
Wreszcie ostatnia propozycja jest nie mniej logicznym
następstwem orzeczenia Andersen niż poprzednie. Obecnie
geje mogą zawrzeć związek małżeński np. w Bostonie, ale stan Waszyngton takiego
małżeństwa nie uzna, zasłaniając się „Ustawą o ochronie małżeństwa”.
Jeśli pierwsze trzy postulaty zostaną spełnione, zapewne część mieszkańców
stanu, wyjedzie do innego stanu, by tam powiedzieć sobie „tak”. Tutaj
znowu projektodawcy mówią: albo zawsze bronicie małżeństwa jako związku w celu
prokreacji, albo wcale. Więc jeśli nawet zawrzecie np. małżeństwo w Nevadzie, a
po trzech latach nie macie potomstwa, to wasze „małżeństwo” jest
równie pożyteczne, co związek dwóch panów, i państwo ma prawo go nie uznać.
Oczywiście, inicjatorzy zmian w prawie nie ukrywają, że ich
przewrotna, acz prawnie trudna do obalenia argumentacja, ma zmusić ludzi do
przemyślenia raz jeszcze tego, czy przypadkiem argumenty religijnej prawicy nie
są ogromnym uproszczeniem zagadnienia, czym jest (albo czym powinno być)
świeckie małżeństwo. Zanegowanie któregokolwiek z punktów propozycji jest de
facto przyznaniem, że - oprócz argumentów religijnych albo uprzedzeń i braku
wyobraźni - nie ma prawnie przekonujących powodów do zakazania cywilnych
małżeństw jednopłciowych.
Co to ma wspólnego z Polską? Wbrew pozorom, całkiem sporo.
Można to odnieść do dwóch kwestii: prawnej i kościelnej.
Jeśli chodzi o prawo, to polska Konstytucja z 1997 jest
jedną z pierwszych, która definiuje małżeństwo jako związek mężczyzny i
kobiety. Tym samym wyprzedziliśmy tak znane stany jak Alabama, Georgia,
Mississippi i Teksas. Zarówno tam, jak i u nas podkreślano, że jest to
„odwieczna” definicja małżeństwa. I tam, i u nas, przedstawiano jednak tylko
część prawdy.
Otóż jeszcze do 1964 roku w niektórych stanach USA
małżeństwo to był związek kobiety i mężczyzny, ale z ważnym zastrzeżeniem, że
obydwoje byli tej samej rasy. Małżeństwa międzyrasowe były surowo zabronione,
gdyż miały prowadzić do niechybnej katastrofy społecznej, upadku obyczajów i
ruiny państwa.
W Polsce wiele osób nie wie, albo stara się nie pamiętać, że
do 1945 roku małżeństwo cywilne w dawnej Kongresówce w ogóle nie istniało, co
oznaczało, że małżeństwo był to związek mężczyzny i kobiety tej samej religii.
Związek chrześcijanina i np. Żydówki był wykluczony, chyba że strona
niechrześcijańska zmieniła religię. Prawo Małżeńskie Królestwa Polskiego z 1836
roku zawierało dalsze dodatkowe obostrzenia, częściowo obowiązujące do 1945
roku. Mówienie zatem w polskim kontekście o definicji małżeństwa cywilnego jako
„odwiecznej” jest co najmniej świadectwem ignorancji prawnej i
historycznej, a czasami wręcz świadomym wprowadzaniem w błąd.
Ale jeśli nawet pominiemy tę kwestię, to polska definicja
małżeństwa w konstytucji jest bardzo bliska argumentom użytym w orzeczeniu Andersen kontra King County. W naszej ustawie zasadniczej
małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny jest wrzucone do tego samego
artykułu, co macierzyństwo, rodzina i rodzicielstwo, tak jakby wszystkie trzy
były ze sobą nierozłącznie związane (art.18 Konstytucji).
Jeszcze dalej idzie polski prawicowy dyskurs, którego wierną
kopią jest przytoczone powyżej zdanie z orzeczenia większości w sprawie
Andersen. Małżeństwo jest prawną nagrodą realizowania płodności i jedynym
(zdaniem prawicowych publicystów) właściwym miejscem, gdzie płodność się winna
realizować. Wykluczenie par jednopłciowych jest ich zdaniem prawnie
dopuszczalne, bo są to związki bezpłodne, a zatem z punktu widzenia społecznego
„bezpożyteczne”.
Skoro tak, i upieramy się, że małżeństwo to nagroda państwa
za prokreację i za wychowanie dzieci, to czy i my nie powinniśmy wysunąć
podobnych postulatów jak WDOMA? Czy i Polska nie powinna wymagać zaświadczeń o
płodności osób chcących wstąpić w związek małżeński? I czy małżeństwa
bezdzietne nie powinny ulegać automatycznemu unieważnieniu? W końcu, jako
bezdzietne są zupełnie bezużyteczne i, tutaj pozwolę sobie powołać się na
najwyższe osoby w państwie, „nie są one normalne, bo ludzkość by
umarła”. Wreszcie, czyż w imię przywilejów podatkowo-socjalnych nie należy
znieść rozwodów, bo przecież stabilne i płodne związki heteroseksualne są, jak twierdzą
prawicowi publicyści, lepsze od bezdzietnych?
I kwestia druga: dyskurs kościelny w Polsce. W 2005 roku
kościoły zrzeszone w Polskiej Radzie Ekumenicznej wspólnie z Kościołem
Rzymskokatolickim opowiedziały się przeciw projektowi ustawy o związkach
partnerskich, nazywając je „niebezpiecznymi dla społeczeństwa”. Dodały, że
wystarczy regulacja podobnych spraw w drodze umów notarialnych. Oświadczenie to
jest ciekawe z kilku powodów.
Bardzo interesujący jest zwrot kościołów ewangelickich w
podejściu do spraw prawa małżeńskiego. Za II Rzeczpospolitej zarówno Kościół
Ewangelicko-Reformowany, jak i Ewangelicko-Augsburski zdecydowanie opowiadały
się za świeckim małżeństwem cywilnym dostępnym dla każdego, oraz za autonomią
dla kościołów i związków wyznaniowych w decydowaniu o tym, komu udzielać ślubów
religijnych. Publicyści ewangeliccy podkreślali potrzebę rozdziału kościoła od
państwa, zupełnie słusznie przewidując, że w innym przypadku, to nie oni będą
spijać korzyści ze związku ołtarza z tronem. Ówcześni liderzy kościelni byli
zatem w stanie odróżnić małżeństwo cywilne od religijnego. Po 50 latach
sytuacja zmieniła się, jak widać, diametralnie.
Cywilne małżeństwa wprowadzono w Polsce w 1945 roku, by
powrócić do idei Kodeksu Napoleona, a także prawa rzymskiego, które małżeństwo
traktowały jako sprawę świecką, bez jakiejkolwiek otoczki religijnej. Niestety
obecnie, w dużej mierze w wyniku działań prawicowych publicystów i
przedstawicieli duchowieństwa, dla wielu osób w Polsce małżeństwo cywilne jest
trudne do rozróżnienia od małżeństwa religijnego. Fakt, że większość z Polaków
przynajmniej za pierwszym razem wstępuje w związek małżeński w kościele (tzw.
śluby konkordatowe), sprawia mylne wrażenie, że religijne uzasadnienie zawarcia
małżeństwa („idźcie i rozmnażajcie się nie grzesząc”) uzyskuje sankcje
państwową. Zamazywanie tej różnicy w dyskursie jest powrotem do sytuacji sprzed
1945 roku w Kongresówce, czyli do Prawa Małżeńskiego Królestwa Polskiego z 1836
roku i ówczesnego myślenia o małżeństwie. A przecież, dzięki Bogu,
ustawodawstwo się zmieniło. W przeciwnym razie niektórzy nie mogliby tworzyć
drugiej lub trzeciej „podstawowej komórki społecznej”, często bez zamiarów
prokreacji.
Pytanie, czy aby na pewno polscy liderzy ewangeliccy zdają
sobie sprawę z konsekwencji popierania upaństwowienia nauczania Kościoła
Rzymskokatolickiego? Czy chcą podpisać się pod obowiązującą obecnie w Polsce
zasadą, że polskie państwo ma wspierać kościoły w egzekwowaniu ich nauczania?
Czy naprawdę chcą uczestniczyć w dyskusji na ten temat, ograniczając się do
powielania banałów, intelektualnych „skrótów myślowych”, kiepskiej
argumentacji teologicznej i jeszcze gorszej argumentacji prawniczej? Wreszcie,
czy polskie kościoły ewangelickie, a w szczególności mój - Kościół Ewangelicko-Reformowany
w RP - naprawdę chcą odrzucić swoją starą tradycję bycia postępowymi, otwartymi
na dialog i świat wyznaniami, w imię zaistnienia na pięć minut w mediach oraz
krótkiego i złudnego poczucia bycia szanowanym przez prawicowych
intelektualistów i publicystów?
W istocie orzeczenie Andersen kontra King
County i propozycja nr 957 stawiają te same pytania mieszkańcom stanu
Waszyngton i Polakom, choć my na razie nie spieszymy się, by zmierzyć się z
nimi z odwagą intelektualną, na jaką nas stać: Czym jest małżeństwo cywilne w
XXI wieku i co odróżnia je od małżeństwa kościelnego? Jeśli nic, to po co
fikcja tego pierwszego? Na czym polega autonomia czy bezstronność państwa na
styku z religią i od którego momentu państwo nie może wyręczać kościołów w
egzekwowaniu ich nauczania? Jeśli zaś wyręcza, to po co fikcja rozdziału?
Wreszcie, na ile nasz sprzeciw wobec cywilnych małżeństw jednopłciowych wynika
z lenistwa umysłowego, siły przyzwyczajeń, uprzedzeń, lub powtarzania banałów,
a na ile z autentycznej refleksji nad tym problemem? Jeśli zaś z tych
pierwszych czynników, to po co jest właściwie kościół czy wiara?
Dopóki sobie nie odpowiemy szczerze na te pytania, będziemy
żyli w świecie, gdzie Andersen kontra King County jest
normą, zarówno w życiu świeckim, jak i duchowym. A to bardzo nieciekawy świat.
Autor jest doktorantem na Wolnym Uniwersytecie w Amsterdamie, redaktorem
Ekumenicznej Agencji Informacyjnej Ekumenizm.pl i kandydatem na pastora w
Kościele Szkocji (reformowanym).
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...