|
Jedna z powiastek filozoficznych Jorge Luisa Borgesa zwie się Loteria w Babilonie. Powtórzę tu nauki w niej zawarte, tyle że po swojemu i własnymi słowami…
Pewien babilończyk zwierza się w opowieści Borgesa z kłopotu swoich współziomków: rozsądnym jak oni ludziom bałaganiarstwo ludzkiego losu doskwiera okrutnie i sen im z oczu spędza. Mierzi ich, ale i upokarza, że nie dostrzegają sensu, racji czy przyczyny w przypadłościach życia. Raz szczęście dopisze, innym razem paskudna rzecz się człowiekowi przydarzy, ale jedno i drugie nie wiadomo, skąd przyszło i z jakiego powodu przywędrowało do mnie, a nie np. do sąsiada z naprzeciwka. Ten człek z pewnością cnotliwy, a niedole jedna za drugą na głowę mu się walą. Inny znów niechybnie niecnota, a opływa w dostatki. Jednego sąsiada piorun dopadł, a drugiego ominął. Jeden statek wrócił do portu wyładowany skarbami, a drugi potonął po drodze – choć jeden i drugi szyprów mieli na schwał i majtków bez zarzutu. Jednemu cegła na głowę spadła, a ten drugi dalej, jakby cegieł na świecie nie było, ot tak sobie spaceruje. Ode mnie żona uciekła, a u tamtego, nie mniej wszak ode mnie szpetnego, a nie bardziej cnotliwego, nadal grzecznie od rana do nocy w kuchni. Mnie z warsztatu majster na bruk wywalił, a z koleżką, wcale wszak ode mnie nie sprawniejszym ani pracowitszym, dalej w komitywie. No i gdzie tu logika?!
Ale najbardziej oburzała babilończyków arogancja i pogarda z takich psót losu i kaprysów wyzierająca. Choćbyś stanął na głowie, powiada papyrusowy SMS każdej z odwiedzin Fortuny towarzyszący, a i tak nie znajdziesz na moje dokonania rady. Nigdy ich nie przewidzisz, zawsze dopadać cię będą znienacka; jakbyś się nie wysilał, i tak ich nie postrzymasz ani nie odmienisz. Co byś nie robił albo przed czego zrobieniem byś się nie zawahał, stanie się to, co się stanie i się nie odstanie. A wspinaj się na palce jak potrafisz, a i tak nie sięgniesz wzrokiem tam, gdzie ja, Fortuna, przebywam i skąd nadciągam, gdy taka będzie moja wola. Za wysokie to progi na twoje, nędzniku, nogi. Więc siedź cicho i znoś, co jest i co będzie z pokorą. Miast się bez sensu i składu szamotać jak ryba w sieci, już raczej bierz przykład z owiec, co to równiutko, rządkiem, becząc, ale nie wierzgając bez potrzeby, spokojnie za baranem drepcą. A że ku rzeźni drepcą? Taka już owiec dola…
Biedni, ale obrotni babilończycy mieli dwie tylko odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie mogą się dopatrzeć logiki w wybrykach losu. Wprawdzie nie bardzo się w swej treści, a jeszcze mniej w tym, co z niej wynika, różniące.
Jedna odpowiedź: głupiśmy, i basta. Naiwniakami jesteśmy. Frajerami. Gapimy się, a nie widzimy. Z braku rady wysłuchujemy, a zdarza się że i na wiarę przejmujemy, co o grze przypadków i przypadłościach losu plotą ci tam na górze, którym ponoć lepiej – bo z góry patrzą – widać. Niewielka jednak dla nas z tego pociecha, bo szczerze mówiąc zaufać ich słowom nie możemy. Kłamią pewnie – bo wiedzą, że myślenia ujdą im na sucho, bo choćby najwierutniejsze pletli banialuki i tak nie potrafimy im tego dowieść. Albo dowieść nam nie pozwolą.
Druga odpowiedź: w tym obłędzie jest metoda, w tym bałaganie jest logika - tyle że i ta metoda i ta logika nie na nasz wątły móżdżek są skrojone. Inne, pojemniejsze od naszych mózgi je skomponowały. Tak zostały przez kogoś (ale kogo?) gdzieś tam (ale gdzie?) zmajstrowane, żeby nie oświecać nas, lecz mylić i w pole wyprowadzać. Więc gdybyśmy nawet na oczy przejrzeli, i tak z tym porządkiem rzeczy przez moce nas przerastające doglądanym za bary wziąć się nie damy rady.
Żadna z dwu odpowiedzi szczęścia jednak babilończykom nie przyniosła. Jedna gorsza od drugiej. Bo jedna człowieka upokarza, a druga straszy… Igorancja poniża; impotencja przeraża! A trudno wyobrazić istotę bardziej pożałowania godną, niż człek pohańbiony swym tchórzostwem czy strwożony swym upokorzeniem… Ale rozum przerażonego nawet i obrabowanego z godności człowieka trudno przekonać, by przestał rozumować. A jak już wzmiankowałem, czego jak czego ale rozumu babilończykom nie brakło. A więc w końcu tajemnicę rozgryźli. I przynajmniej upokorzenia, co to z poczucia własnej ignorancji czy omamienia się bierze, babilończycy się pozbyli…
Otóż odkryli babilończycy Loterię. Nie całkiem „odkryli”, prawdę mówiąc: jakoś nie znalazł się nikt, któryby kręcenia bębna pełnego losów był osobiście świadkiem. Ale zaroiło się zato od ludzi, którzy o tym jak loteria pracuje dowiedzieli się od jej naocznych świadków; a przynajmniej od znajomych tych świadków, albo znajomych tych znajomych. A była to loteria osobliwa. Losowano tu, sprawiedliwości gwoli, nie tylko łuty szczęścia, ale i ciosy złego losu. A nadto nie trzeba było kupować losów, ani ustawiać się w kolejce po odbiór wylosowanych nagród i przegranych: nazwiska i adresy każdego z mieszkańców Babilonu odnotowane były od urodzenia w loteryjnych rejestrach. Wszyscy więc na tej loterii grali (choć co kąśliwsi wśród graczy ironizowali, że to nimi w tej loterii grano).
Radość z odkrycia była ogromna. Nareszcie wiadomo było, co i jak. Jak to się stało i z jakiej przyczyny. A przedewszystkim, kto to sprawił i kto za tym stoi. Nikt babilończyka już o głupotę, ciemnotę czy ślepotę nie pomówi. Wprawdzie ból pewnie i nie zelżeje od tego, że się jego przyczynę pozna – ale przynajmniej można go będzie jego pochodzenie sobie i innym wokół wytłumaczyć, a człek przejęty opowiadaniem może na chwilę o boleści zapomni; ba, wdzięcznym być może za nią będzie, bo wszak to dzięki niej właśnie ma on o czym słuchać, i innym to, co usłyszał, opowiadać, rumieńcami na ich twarzach się, ciesząc, i błyskami zrozumienia w ich oczach, i serdecznym przez nich swych dłoni ściskaniem…
Z tą drugą z dwu trapiących babilończyków bolączek – strachem – nie powiodło się jednak równie dobrze jak z tą pierwszą. Jeśli już, to odkrycie Loterii solą ranę niezagojoną posypało. No bo teraz już wiedzą babilończycy z pewnością niezachwianą (wiedzę wszak u znających się na rzeczy nabyli, a pewności nabrali słuchając tego mrowia, które wiedzę chciwie pochłaniało i za ziomkami biegło, by się nią z nimi podzielić), że zaprawdę było się czego bać. I że nadal jest. A będzie, co tu dużo gadać, jeszcze bardziej. No bo dowiedzieli się babilończycy o istnieniu potajemnej korporacji zarządzającej Loterią i winną nieprzejrzystości ich losu, przykrych niespodzianek co to jak groch się na ich głowy sypią, i irytującego braku związku między tym, czego by chcieli, a co mają i między tym, co robią, a tym czym im los za zrobione płaci; ale dowiedzieli się też, że owa korporacja dalej pracuje na pełnych obrotach i dalej w ich życiu zamęt sieje i zaprzestać nie zamierza.
Skąd ta ponura wiedza? Ano stąd, że owa Korporacja Loteryjna tak chytrze się po podmiejskich lochach rozpełzła, tak sprytnie się po szczelinach pochowała i tak przemyślnie swoje miejsca pobytu zataiła, że nawytrawniejsi nawet tropiciele, którym nikt wszak przenikliwego węchu i inteligencji nie odmówi, musieli w końcu spasować. Mogli tylko snuć domysły, iść za węchem po śladach i dzielić się podejrzeniami – ale przygwoździć złoczyńców im się nie udało. Co jest najlepszym winy winowajców dowodem: bo gdyby nikczemnicy czynów nikczemnych się nie dopuścili, nie musieliby się gniewu babilońskiego ludu obawiać, nie uciekali by przed nami, nie chowaliby się w mysie dziury, a przyszliby z nami na plac miejski by się do prowadzenia loterii przyznać i pokazać nam, jak tymi bębnami pełnymi losów kręcili… A nadto wciąż jeszcze ze swej nory potajemnej nie wypełzają, nadal się, uparcie a złośliwie, jak to w niegodziwców zwyczaju, do swej niecnej roboty nie przyznając i ujawnienia jej świadectw odmawiając - co jest oczywiście ich łotrostwa dodatkowym, a niezbitym dowodem: nie tylko są ci podziemni zawiadowcy Loterii zdolni do czynów zdrożnych, ale jak się okazało są też mistrzami nad mistrze w zacieraniu śladów swych zbrodni. Skąd o tym wiadomo? Ano stąd, że gdyby ich nie zacierali, dawno byśmy do nich dotarli. A znów któżby ślady zacierał, gdyby haniebnych nie miał na sumieniu czynów?!
Tu się nasz babilończyk w swych zwierzeniach zatrzymał, a pewnie podrapał się w głowę (choć Borges o tym, jak i o paru innych wyłuszczonych powyżej sprawach, nie wspomina). A podrapał się, jeśli się podrapał, dlatego, że przypomniały mu się rozmaite komentarze jakimi rozmaici zawodowi i domorośli filozofowie opowieść o Korporacji Loteryjnej w Babilonie opatrywali. Jedni twierdzili, że loteria wprawdzie była, ale że ją już dawno rozwiązano i że ludzie żyją tylko jej tradycją, z nawyku tak się zachowując jakby nadal istniała. Inni znów powiadali, że korporacja nigdy nie istniała i nigdy nie zaistnieje, i że wymyślili ją ludzie w płonnej nadziei na zrozumienie tego, czego zrozumieć się nie da. A znów inni jeszcze, najbardziej z wszystkich heretyków na pogardę zasługujący, machnęli ręką na cały ów rodaków spór zagorzały – twierdząc, że czy się w Korporację wierzy czy nie wierzy żadnego znaczenia nie ma, jako że Babilon był i pozostanie grą przypadków. Przypadki chodzą po ludziach, heretycy się upierali – i nigdy chodzić nie przestaną. Chyba, że ludzi zabraknie; na co się, na szczęście, nie zanosi… *Zygmunt Bauman – socjolog, filozof, eseista, emerytowany profesor uniwersytetu w Leeds, autor licznych książek, m.in. Nowoczesność i Zagłada, Prawodawcy i tłumacze, Etyka ponowoczesna, Ponowoczesność jako źródło cierpień, Płynna nowoczesność. Wkrótce w Wydawnictwie KP ukaże się jego książka Socjalizm.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...