> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bauman: O Internecie, pomówieniach i wędrującej odpowiedzialności Drukuj
Zygmunt Bauman   
19.03.2011

Niedawna kampania blogerska przeciwko Davidowi Heldowi (wybitnemu uczonemu z London School of Economics, wybranemu na kozła ofiarnego w aferze dotyczącej finansowania badań za libijskie pieniądze) po raz kolejny unaocznia coraz groźniejszą i niecierpiącą zwłoki sprawę, która dotyczy nie tylko ataku na dobre imię Helda.

Recenzując w „New York Times” z 3 stycznia zbiór tekstów pod redakcją Marty Nussbaum i Saula Levmore’a pod tytułem The Offensive Internet, Stanley Fish podążył ścieżką wyznaczoną przez większość badaczy tej sprawy: problem anonimowych pomówień, na które pozwala Internet, oraz kwestię ich prawnego zakazu lub ograniczenia podjął w kontekście postulatu wolności słowa. Czy ktokolwiek poważyłby się wystąpić przeciwko wspaniałemu dziedzictwu pierwszej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która zakłada, że wolności słowa należy chronić zawszelką cenę – i zażądał, by wygłaszanie pewnych opinii uznać za nielegalne i podlegające karze?! Sędzia Sądu Najwyższego John Paul Stevens oddalił w 1995 roku wniosek o potencjalnie szkodliwych konsekwencjach anonimowości informacji, argumentując w tym właśnie duchu: „wartość właściwa […] wypowiedzi w sensie jej wkładu do informowania opinii publicznej nie zależy od tożsamości jej źródła – bezwzględu na to, czy jest nim korporacja, stowarzyszenie, związek czy osoba prywatna”.

Jürgen Habermas z pewnością nie zgodziłby się z tą dość naciąganą i pokrętną raczej interpretacją pierwszej poprawki, i chyba słusznie by się jej sprzeciwił. Jego teoria (idealnej, niezakłóconej) komunikacji opierała się wszak na (empirycznie potwierdzonym) założeniu, że decydujące czynniki w procesie nadawania/odbierania/przerobu/oceny komunikatu są zgoła odmienne: najczęściej, właściwie za każdym razem, odruchowo oceniamy wartość informacji wedle jakości (wiarygodności) jej źródła. Zatem, nad czym zresztą Habermas ubolewa, komunikacja jest w praktyce skrzywiona czy wypaczona (distorted): stosunek do tego, co zostało powiedziane, zależy mniej od treści wypowiedzi, a bardziej od tego, kto był wypowiedzi autorem. Wartość komunikatu rośnie lub kurczy się w oczach odbiorcy proporcjonalnie do autorytetu autora lub przakaźnika.

Wynika stąd nieubłaganie, że jeśli komunikat dotrze do odbiorcy bez podania źródła, zdezorientuje go i nie pozwoli mu na wyrobienie opinii własnej; wwarunkach „skrzywionej” komunikacji to właśnie posiadana wiedza o źródle informacji pozwala wybrać między zawierzeniem komunikatowi a jego zignorowaniem – a przecież cała lub prawie cała komunikacja publiczna w społeczeństwie naszego typu należy do tej kategorii (distorted). By się od omawianego tu skrzywienia/wypaczenia uwolnić, komunikacja wymgałaby rzeczywistej równowartości uczestników – ich równości nie tylko na forum medialnej debaty, ale też offline, w „prawdziwym” życiu; innymi słowy, zrównania wagi społecznej ich opinii. Ten wymóg potrzebowałby ni mniej, ni więcej tylko faktycznego podniesienia autorytetu uczestników debaty do jednakowego poziomu. Nie wystarczy powiedzieć ludziom, że mają oceniać komunikat wedle jego własnych walorów, lekceważąc to, co wiedzą o wadach i zaletach jego źródła. Słuchacze zadrwiliby pewnie z takiego nakazu czy porady jako wypaczenia rzeczywistości, przewrotnej karykatury brutalnych realiów życia.

Pośrednio, choć innym niż Habermas idiomem się posługując, Stanley Fish wyraża podobny pogląd: „Powiedzmy, że otrzymam anonimową notkę zapewniającą, żezostałem zdradzony przez przyjaciela. Nie będę wiedział, co o tym myśleć – czy jest to okrutny żart, pomówienie, ostrzeżenie, chęć poddania mnie próbie? Ale jeżeli uda mi się zidentyfikować autora – czy jest to przyjaciel, wróg, czy też osoba znana z plotkarstwa – potrafię wywnioskować, jaką wagę mam do notki przywiązać; będę przecież mógł się domyśleć motywów osoby, która ją napisała”.

Wszystkie te sugestie i zastrzeżenia mają wszakże w omawianym tu przypadku znaczenie drugorzędne; kwestią naprawdę istotną jest to, czy anonimowość opinii rozpowszechnianych z pomocą Internetu winno się w ogóle rozważać w kontekście wolności słowa; czy też tym, co stanowi o jej wadze społecznej i wymaga poważnego publicznego namysłu, jest jej związek z problemem odpowiedzialności autora za informację i konsekwencje jej rozpowszechnienia.

Rzeczywistą alternatywą/zaprzeczeniem internetowej anonimowości nie jest pogwałcenie wolności słowa, lecz obrona zasady odpowiedzialności. Sankcjonowanie anonimowości internetowej jest w pierwszym rzędzie, co ze społecznego punktu widzenia najistotniejsze, oficjalnym przyzwoleniem na  nieodpowiedzialność – a także nieustanną publiczną lekcją praktykowania nieodpowiedzialności, zarówno online, jak i offline. Anonimowość jest zatem potężną łyżką antyspołecznego dziegciu, zdolną spaskudzić największą nawet beczkę prospołecznego (bo zalecanego do użytku w tworzeniu więzi społecznych) miodu.

Im potencjalnie bardziej śmiercionośna broń, tym trudniejszym należałoby uczynić jej posiadanie i z nią się publiczne obnoszenie (choć żadne pozwolenia, nieważnie, czy szczodrze, czy skąpo przydzielane, nie usprawiedliwią wykorzystania tej śmiercionośnej potencji). Internet (podobnie jak dawny„Dziki Zachód” i mityczna dżungla) jest jednak całkowitym odstępstwem od tej zasady, uznanej szeroko za nieodzowną w cywilizowanym świecie. Pomówienie, inwektywa, potwarz, kalumnia, oszczerstwo i zniewaga, bezkarnie w Internecie używane, należą do najbardziej śmiercionośnych broni: morderczych nie tylko dla ludzi, ale i dla tkanki społecznej. Posługiwanie się taką bronią jest uznawane za przestępstwo w życiu offline (nagminnie zwanym „życiem prawdziwym” - choć nie jest wcale jasne, które z dwu żyć, online czy offline, wygrałoby dziś konkurs o miano „prawdziwego”); nie jest jednak uważane za przestępstwo użycie jej w sieci. Jest kwestią nadal otwartą, który z dwóch światów, ten w sieci, czy ten poza nią, powinien się upodobnić do drugiego i podporządkować własne reguły przez przyjętym przez niego standardom; który z dwu światów zmusi, a który będzie zmuszony, do kapitulacji.

Na razie jednak świat online posiada niewątpliwą przewagę nad swoim konkurentem: w sieci, w przeciwieństwie do świata poza nią, każdy może być agentem 007. Każdy może się chwalić, że w wirtualnej rzeczywistości ma licencję na zabijanie. Ba - każdy może zabijać bez wysiłku, nawet tak znikomego jak ten, którego wymaga napisanie podania o licencję. Nie sposób bagatelizować uwodzicielskiej mocy tej przewagi; a pamiętajmy, że każda pokusa dobiera sobie uwodzonych na własną miarę…


„Wędrowanie (floating) odpowiedzialności” (czyli sytuacja, w której  odpowiedzialność za czyny odczepiona jest od tych, którzy ich dokonali, a więc osoby działające są od odpowiedzialności za swe czyny uwolnione) równa się – przed czym ostrzegała już dawno temu Hannah Arendt – „odpowiedzialności niczyjej” (czyli osieroconej, od-osobowionej i pozbawionej adresu). Arendt doszła do tej konkluzji, obserwując uważnie makabryczne poczynania biurokracji, którą w tamtych czasach posądzano o najstraszniejsze dla cywilizacji i człowieczeństwa zagrożenia. Arendt nie doczekała naszych czasów, gdy ów wynalazek i przez długi czas monopolistyczny atut nowoczesnej biurokracji sięgnął miejsc, o których podboju biurokracja jej czasów, skazana na posługiwanie się prymitywnym, chałupniczego wyrobu sprzętem, nie mogła marzyć…

  

przeł. Emilia Oksentowicz, Konrad Major

Tekst ukazał się pierwotnie w „Social Europe Journal”.

  

Komentarze
Dodaj nowy
rfix   |19.03.2011 16:30:51
Bauman nie rozumie, czym jest anonimowosc w internetowym wydaniu. Mozna byc
rzetelnym, wiarygodnym i jednoczesnie zupelnie anonimowym autorem: tworzac swoja
internetowa tozsamosc przez blogi, komentarze i dyskusje ale zawsze uzywajac
TORa dzieki czemu tozsamosc z internetu nigdy nie zostanie polaczona z
tozsamoscia real-life. Istnieja techniczne mozliwosci weryfikacji
"wirtualnej" tozsamosci i wykluczenia podszywania sie bez mieszania do
tego czegokolwiek z "offline". I to jest cos, czego nie mozna dac sobie
odebrac w imie jakiejs "odpowiedzialnosci" polaczonej z nieznajomoscia
technologii, ktorej sie uzywa.
Allexamina   |19.03.2011 18:42:19
Uprzejmie (i anonimowo) donoszę, że słowa, "wartość właściwa [
lech100   |20.03.2011 18:38:28
Dla mnie tekst przekonujący.
jah  - przesada   |22.03.2011 13:17:24
Z toku rozumowania Pana Profesora przebija ton pretensji i przesady.
Zygmunt
Bauman postawiłby kropką nad "i" stwierdzając, że
anonimowość w sieci
to narzędzie linczu.

Warto jednak dostrzec inne jaśniejsze oblicze
anonimowości: czy nie jest ona poniekąd atrybutem, niemal warunkiem, aktu
wyborczego? Nie zawsze,
chcemy ujawniać nasze wybory i poglądy. Wiele zależy od
społecznego i politycznego kontekstu.
A co z whistleblowerami?
W cyfrowym
świecie akty obywatelskiej mobilizacji i zasadnego - w przypadku tyranii -

nieposłuszeństwa, (vide: anonimowe konta arabskich wolnościowców na Twitterze),
są możliwe także
dzięki anonimowości dającej bezpieczeństwo.
kravietz  - Anonimowość szkodzi polskiej debacie   |27.03.2011 12:13:21
W pełni popieram opinię Baumana. Wypowiedzi niepodpisane to skandal. Odnosząc
się do wypowiedzi anonimowej jestem zmuszony skupić się na jej treści, a nie
osobie autora. Nie wiem z jakiej kliki pochodzi, jakiej jest płci, do jakiego
nurtu politycznego należy, czy to prawica czy lewica, jak zarabia na życie itd
itp. Najgorsze jest natomiast to, że nie znając autora z góry czytelnicy
zupełnie nie będa wiedzieć, co myśleć o jego wypowiedzi i zamiast ją sobie
wygodnie zaszufladkować będą musieli ją przeczytać i - o zgrozo - samodzielnie
ocenić. Trzeba z całą stanowczością powiedzieć, że w ten sposób tracimy całą
masę niezwykle wartościowych technik erystycznych (np. argument ad personam),
bez których debata publiczna w Polsce zwiędnie, a uznane autorytety stracą na
wartości.
piotrb   |03.04.2011 00:39:48
@rfix
Odwolales sie do technicznych (niskiego poziomu) szczegolow, ktore wg
mnie sa zupelnie nieistotne w tekście Pana Profesora. Techonologia jest czymś,
co służy wyższemu celowi. Jako taką zawsze można ją więc zmienić. Dlatego też
pojawiają się idee, by wprowadzić tożsamość internautów - nadawać im karty (czy
też tokeny - to nieistotne), którymi autoryzowaliby się w sieci. Technologicznie
wszystko jest możliwe. Tekst jest nie o tym.

Mnie osobiście idea powiązania
odpowiedzialności za słowo z wolnością słowa bardzo się podoba i uważam to za
coś naturalnego w zdrowym społeczeństwie, co bardzo to jego zdrowie poprawia.
Poprawia je dlatego, że człowiekowi, który sygnuje swoją wypowiedź można
"jako tako" ale jednak wierzyć w przeciwieństwie do kogoś, kto anonimowo
pisze cokolwiek chce.

@jah
Swego czasu czytałem wypowiedzi socjologów i
innych intelektualistów (m.in. Slawoja Zizka) iż wpływ Twittera na rewolucje w
Libii czy Egipcie był marginalny a w każdym razie mocno przeceniany.

Istotna
wydaje mi się również różnica między całkowitą anonimowością (dającą wolność do
wylewania pomyj na wszystkich i wszystko dookoła) a anonimowością ukrywaną za
instytucją, korporacją lub czymś podobnym - mam tu na myśli np. anonimowego
informatora, który jest źródłem dla dziennikarza, reportera, śledczego itp. Ktoś
jednak za tę informację wówczas odpowiada. Tak jest w rzeczywistości - w sieci
jest to niemożliwe.

I tak zaś 99% informacji w sieci to śmieci (w tym
toksyczne).
jah  - ad vocem   |03.04.2011 11:41:29
@Piotrb.

powołując się na socjologów uważałbym z łatwym posługiwaniem się
terminem "zdrowy"; odsyłam do Foucaulta ;] "nie ma normalnych, są
tylko niezdiagnozowani" - mawiał pewien klasyk.
A propos twittera nie
zakładam a posteriori skuteczności tego społecznościowego narzędzia. Zakładam,
że ludzie mogą z niego korzystać, mogą się mobilizować. Pozbaw ich takiej
możliwości, pozbaw anonimowości, tak jak zastrasza sprawdzanie dokumentu przez
policyjne patrol, a będziesz miał
do czynienia z iluzją wolności.
jah  - dysktretna pochwała anonimości   |03.04.2011 11:55:42
@Piotrb,
powołując się na socjologów wstrzymałbym się tak z łatwym
sięganiem po termin "zdrowy" ;]… odsyłam do
Foucaulta… Poza tym "nie ma normalnych, są
tylko niezdiagnozowani" - jak mawiał pewien klasyk. Dość żartów ;]


A propos Twittera, nie zakładam a posteriori skuteczności tego społecznościowego narzędzia. Zakładam, że ludzie mogąc z
niego korzystać, mogą się mobilizować. Pozbaw ich takiej
możliwości, pozbaw prawa do anonimowości w wyrażaniu swoich opinii,
a
utracimy możliwość indywidualnej ekspresji i autonomii. Zwycięży

100-procentowy obywatel.

Z. Bauman wypowiada się nt. internetu, na
którym się raczej nie zna, więc ja pozwolę sobie sięgnąć po analogie z
potocznej rzeczywistości: czy miałbyś coś przeciwko temu, aby
policyjne patrole prewencyjnie sprawdzały - po godzinie 22 - wszystkim
spacerowiczom dokumenty tożsamości? Będzie bezpieczniej. Jasne. Czy
będzie normalniej?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 19.03.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.03087 Seconds