|
Niedawna kampania blogerska przeciwko Davidowi Heldowi (wybitnemu uczonemu z London School of Economics, wybranemu na kozła ofiarnego w aferze dotyczącej finansowania badań za libijskie pieniądze) po raz kolejny unaocznia coraz groźniejszą i niecierpiącą zwłoki sprawę, która dotyczy nie tylko ataku na dobre imię Helda.
Recenzując w „New York Times” z 3 stycznia zbiór tekstów pod redakcją Marty Nussbaum i Saula Levmore’a pod tytułem The Offensive Internet, Stanley Fish podążył ścieżką wyznaczoną przez większość badaczy tej sprawy: problem anonimowych pomówień, na które pozwala Internet, oraz kwestię ich prawnego zakazu lub ograniczenia podjął w kontekście postulatu wolności słowa. Czy ktokolwiek poważyłby się wystąpić przeciwko wspaniałemu dziedzictwu pierwszej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która zakłada, że wolności słowa należy chronić zawszelką cenę – i zażądał, by wygłaszanie pewnych opinii uznać za nielegalne i podlegające karze?! Sędzia Sądu Najwyższego John Paul Stevens oddalił w 1995 roku wniosek o potencjalnie szkodliwych konsekwencjach anonimowości informacji, argumentując w tym właśnie duchu: „wartość właściwa […] wypowiedzi w sensie jej wkładu do informowania opinii publicznej nie zależy od tożsamości jej źródła – bezwzględu na to, czy jest nim korporacja, stowarzyszenie, związek czy osoba prywatna”.
Jürgen Habermas z pewnością nie zgodziłby się z tą dość naciąganą i pokrętną raczej interpretacją pierwszej poprawki, i chyba słusznie by się jej sprzeciwił. Jego teoria (idealnej, niezakłóconej) komunikacji opierała się wszak na (empirycznie potwierdzonym) założeniu, że decydujące czynniki w procesie nadawania/odbierania/przerobu/oceny komunikatu są zgoła odmienne: najczęściej, właściwie za każdym razem, odruchowo oceniamy wartość informacji wedle jakości (wiarygodności) jej źródła. Zatem, nad czym zresztą Habermas ubolewa, komunikacja jest w praktyce skrzywiona czy wypaczona (distorted): stosunek do tego, co zostało powiedziane, zależy mniej od treści wypowiedzi, a bardziej od tego, kto był wypowiedzi autorem. Wartość komunikatu rośnie lub kurczy się w oczach odbiorcy proporcjonalnie do autorytetu autora lub przakaźnika.
Wynika stąd nieubłaganie, że jeśli komunikat dotrze do odbiorcy bez podania źródła, zdezorientuje go i nie pozwoli mu na wyrobienie opinii własnej; wwarunkach „skrzywionej” komunikacji to właśnie posiadana wiedza o źródle informacji pozwala wybrać między zawierzeniem komunikatowi a jego zignorowaniem – a przecież cała lub prawie cała komunikacja publiczna w społeczeństwie naszego typu należy do tej kategorii (distorted). By się od omawianego tu skrzywienia/wypaczenia uwolnić, komunikacja wymgałaby rzeczywistej równowartości uczestników – ich równości nie tylko na forum medialnej debaty, ale też offline, w „prawdziwym” życiu; innymi słowy, zrównania wagi społecznej ich opinii. Ten wymóg potrzebowałby ni mniej, ni więcej tylko faktycznego podniesienia autorytetu uczestników debaty do jednakowego poziomu. Nie wystarczy powiedzieć ludziom, że mają oceniać komunikat wedle jego własnych walorów, lekceważąc to, co wiedzą o wadach i zaletach jego źródła. Słuchacze zadrwiliby pewnie z takiego nakazu czy porady jako wypaczenia rzeczywistości, przewrotnej karykatury brutalnych realiów życia.
Pośrednio, choć innym niż Habermas idiomem się posługując, Stanley Fish wyraża podobny pogląd: „Powiedzmy, że otrzymam anonimową notkę zapewniającą, żezostałem zdradzony przez przyjaciela. Nie będę wiedział, co o tym myśleć – czy jest to okrutny żart, pomówienie, ostrzeżenie, chęć poddania mnie próbie? Ale jeżeli uda mi się zidentyfikować autora – czy jest to przyjaciel, wróg, czy też osoba znana z plotkarstwa – potrafię wywnioskować, jaką wagę mam do notki przywiązać; będę przecież mógł się domyśleć motywów osoby, która ją napisała”.
Wszystkie te sugestie i zastrzeżenia mają wszakże w omawianym tu przypadku znaczenie drugorzędne; kwestią naprawdę istotną jest to, czy anonimowość opinii rozpowszechnianych z pomocą Internetu winno się w ogóle rozważać w kontekście wolności słowa; czy też tym, co stanowi o jej wadze społecznej i wymaga poważnego publicznego namysłu, jest jej związek z problemem odpowiedzialności autora za informację i konsekwencje jej rozpowszechnienia.
Rzeczywistą alternatywą/zaprzeczeniem internetowej anonimowości nie jest pogwałcenie wolności słowa, lecz obrona zasady odpowiedzialności. Sankcjonowanie anonimowości internetowej jest w pierwszym rzędzie, co ze społecznego punktu widzenia najistotniejsze, oficjalnym przyzwoleniem na nieodpowiedzialność – a także nieustanną publiczną lekcją praktykowania nieodpowiedzialności, zarówno online, jak i offline. Anonimowość jest zatem potężną łyżką antyspołecznego dziegciu, zdolną spaskudzić największą nawet beczkę prospołecznego (bo zalecanego do użytku w tworzeniu więzi społecznych) miodu.
Im potencjalnie bardziej śmiercionośna broń, tym trudniejszym należałoby uczynić jej posiadanie i z nią się publiczne obnoszenie (choć żadne pozwolenia, nieważnie, czy szczodrze, czy skąpo przydzielane, nie usprawiedliwią wykorzystania tej śmiercionośnej potencji). Internet (podobnie jak dawny„Dziki Zachód” i mityczna dżungla) jest jednak całkowitym odstępstwem od tej zasady, uznanej szeroko za nieodzowną w cywilizowanym świecie. Pomówienie, inwektywa, potwarz, kalumnia, oszczerstwo i zniewaga, bezkarnie w Internecie używane, należą do najbardziej śmiercionośnych broni: morderczych nie tylko dla ludzi, ale i dla tkanki społecznej. Posługiwanie się taką bronią jest uznawane za przestępstwo w życiu offline (nagminnie zwanym „życiem prawdziwym” - choć nie jest wcale jasne, które z dwu żyć, online czy offline, wygrałoby dziś konkurs o miano „prawdziwego”); nie jest jednak uważane za przestępstwo użycie jej w sieci. Jest kwestią nadal otwartą, który z dwóch światów, ten w sieci, czy ten poza nią, powinien się upodobnić do drugiego i podporządkować własne reguły przez przyjętym przez niego standardom; który z dwu światów zmusi, a który będzie zmuszony, do kapitulacji.
Na razie jednak świat online posiada niewątpliwą przewagę nad swoim konkurentem: w sieci, w przeciwieństwie do świata poza nią, każdy może być agentem 007. Każdy może się chwalić, że w wirtualnej rzeczywistości ma licencję na zabijanie. Ba - każdy może zabijać bez wysiłku, nawet tak znikomego jak ten, którego wymaga napisanie podania o licencję. Nie sposób bagatelizować uwodzicielskiej mocy tej przewagi; a pamiętajmy, że każda pokusa dobiera sobie uwodzonych na własną miarę…
„Wędrowanie (floating) odpowiedzialności” (czyli sytuacja, w której odpowiedzialność za czyny odczepiona jest od tych, którzy ich dokonali, a więc osoby działające są od odpowiedzialności za swe czyny uwolnione) równa się – przed czym ostrzegała już dawno temu Hannah Arendt – „odpowiedzialności niczyjej” (czyli osieroconej, od-osobowionej i pozbawionej adresu). Arendt doszła do tej konkluzji, obserwując uważnie makabryczne poczynania biurokracji, którą w tamtych czasach posądzano o najstraszniejsze dla cywilizacji i człowieczeństwa zagrożenia. Arendt nie doczekała naszych czasów, gdy ów wynalazek i przez długi czas monopolistyczny atut nowoczesnej biurokracji sięgnął miejsc, o których podboju biurokracja jej czasów, skazana na posługiwanie się prymitywnym, chałupniczego wyrobu sprzętem, nie mogła marzyć…
przeł. Emilia Oksentowicz, Konrad Major
Tekst ukazał się pierwotnie w „Social Europe Journal”.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...