|
Stara chińska mądrość ludowa traktuje życzenie „obyś żył w ciekawych czasach” jako przekleństwo. Mądrość współczesna jest bardziej ambiwalentna – dla wielu takie życzenie zdaje się błogosławieństwem.
Ludzkie tsunami na nieznaną – niepamiętaną bądź dawno zapomnianą – skalę wymiotło w ciągu zaledwie dwóch tygodni dyktatora od trzech dziesięcioleci osadzonego na samym szczycie ogromnej sieci patronów i klientów, skorumpowanych urzędników i przekupnych sędziów, donosicieli, agentów i speców od mokrej roboty. Na wiadomość o tym na placach Tahrir i Wolności zdawali się cieszyć wszyscy marzący – o wolnościach klasy średniej (że jej polityczna siła przebicia zostanie wreszcie dopasowana do posiadanej już mocy ekonomicznej); o islamskiej republice (że mułłowie i imamowie ogłoszą: „Państwo to my!”) albo chociaż o troskliwym społeczeństwie (że miliony bezrobotnych będą mogły zarabiać na życie, a dziesiątki milionów ubogich – utrzymać się ze swych zarobków). Wszyscy, którzy mogliby poczuć się skonsternowani, milczeli. Albo też ich głosy stłumiła wrzawa chóralnych zwycięskich śpiewów i wystrzałów fajerwerków.
Od czasu do czasu jednak da się słyszeć głosy sceptyczne, jakkolwiek rozproszone, oddzielne, samotne i ciche. Ich autorzy rozglądają się i cóż dostrzegają? Sieć, na której szczycie zasiadał dyktator (oraz jego poprzednicy), wychodzi z chaosu bez szwanku, niemal nietknięta. Zastanawiają się, kogóż ona, bez śladów nadszarpnięcia, teraz podeprze?
Na przykład Ayaan Hirsi Ali, założycielka fundacji AHA zaangażowanej w obronę muzułmańskich kobiet wskazuje (w artykule z niedawnego wydania „Le Monde”, Non, le monde arabe n’est pas l’Europe de l’Est en 1989!), że islam, jako religia sprawniejsza, bardziej zaprawiona w bojach i predysponowana do masowej mobilizacji niż jakakolwiek inna z trudem znosi – a tym bardziej podtrzymuje – sytuację braku przywództwa albo reżim nieautorytarny. Mubarak i Kaddafi nie spadli z Księżyca; każdy z nich stanowi prawomocny produkt cywilizacji islamskiej, naznaczonej od zawsze brakiem wolności indywidualnej. W cywilizacji, „która zabrania odpowiadać ojcu, matce czy imamowi, poddanie się dyktaturze państwa stało się niemal drugą naturą”. I przypomina czytelnikom, że dotychczas „ludzie, którzy przybywali jako wyzwoliciele, zamieniali się w dyktatorów”, ośmieleni ogłuszającą ciszą ze strony ospałych mas – „aż wreszcie zjawiał się ktoś zdolny zmobilizować masy do wyzwolenia się od dawnego wyzwoliciela”. Wedle niezmiennej i nieubłaganej logiki „nowy władca odbudowywał starą infrastrukturę donosu i tortur”. Ali obawia się fali chaosu na wzór pakistański, po której nastąpi czas nowej dyktatury. Nic, poza prawdziwą rewolucją kulturalną, nie przerwie – jej zdaniem – tego błędnego koła.
Inni krytycy wyczuwają największe niebezpieczeństwa nie w kulturze, lecz w polityce – i to nie w polityce obecnych czy potencjalnych arabskich dyktatorów, ale raczej w egoistycznej polityce Zachodu. Oxfordzki intelektualista Tariq Ramadan sugeruje, że „za całą tą gadką sławiącą demokrację, wolność i prawa człowieka, skrywają się cyniczne, zimnokrwiste kalkulacje… Jak opanować ten ruch, jak na nim skorzystać?”. Przypomina on czytelnikom, że Obama, Merkel, Cameron i im podobni, obecnie prawiący Egipcjanom kazania o etycznej wyższości demokracji i rozczulający się nad błogosławieństwami demokratycznego sposobu życia, „nigdy nie wzdragali się przed kumaniem z najgorszymi dyktatorami, z Mubarakiem włącznie”. Ramadan pyta „któż będzie tak naiwny, by uwierzyć w nagłe nawrócenie tych ludzi”? (i akurat w tym punkcie chyba się myli: mnóstwo ludzi, bynajmniej nie naiwnych, jest gotowych gorliwie uwierzyć – za odpowiednią cenę).
Osiągnięcia USA i Europy w „promowaniu demokracji” poza swoim domem nie mogły wypaść gorzej. Ramadan z pewnością nie myli się, gdy oskarża nas, „Północ”, o hipokryzję. Większość z nas uzna przecież za retoryczne jego pytanie: „czy USA nie mają długiej historii konszachtów z najbardziej tradycjonalistycznymi i wstecznymi, ale także ekstremistycznymi siłami islamistycznymi; od Afganistanu począwszy, na Arabii Saudyjskiej skończywszy?”.
Cóż, mógłby i powinien był dodać jeszcze, że ta długa, smutna i kompromitująca demokrację historia w żadnym razie nie ogranicza się do zaklętego kręgu islamu. Siły „Północy” mają na koncie długą listę szkód wyrządzanych wolności i demokracji – które w żadnym razie nie skończyły się wraz z erą kolonializmu. Premier Mosadegh był faktycznie muzułmaninem, ale już Salvador Allende z pewnością nie. Żadnego z nich (ani im podobnych) nie uchroniło to przed padnięciem ofiarą bezwzględnych i niezmiennych skłonności CIA do sprzyjających Amerykanom tyranów – zamiast nieskorumpowanych, niezależnych przywódców demokratycznych… Także i do tych przypadków stosuje się przesłanie Ramadana: „W przypadku tzw. demokracji Północy nie powinno być nigdy mowy o akceptacji dyktatury, represji i tortur w imię bezpieczeństwa, interesów gospodarczych czy geostrategicznych”. Jego obserwację – że nie chodzi wyłącznie o domaganie się głowy Mubaraka, ale również o demontaż „skorumpowanego systemu opartego na klientelizmie, torturach i zorganizowanej kradzieży” – należy rozszerzyć: powinien on dotknąć nie tylko „skorumpowanych systemów” kierowanych przez Mubaraka i jemu podobnych, ale także hierarchii wartości praktykowanych, choć nie koniecznie sławionych, przez Zachód. Z takimi bowiem przyjaciółmi jak CIA, demokracji naprawdę nie potrzeba wrogów…
I faktycznie – Georges Corm, były minister finansów Libanu dodaje w tym samym wydaniu „Le Monde” garść własnych argumentów historycznych. Na przykład: „Inwazja armii amerykańskiej w roku 2003, przeprowadzona pod pretekstem obalenia tyrana i ustanowienia demokracji, w rzeczywistości doprowadziła do niesłychanej eksplozji nastrojów plemiennych i jednocześnie zubożenia ludności głębszego niż to spowodowane przez ONZ-owskie sankcje”; albo: aprobowana i wspierana przez Zachód „rewolucja cedrowa” w Libanie „wzmogła jedynie wewnętrzne waśnie wspólnotowe i sekciarską nienawiść”. Projekt „udziecinnienia” Bliskiego Wschodu wcielony w życie pod egidą George’a W. Busha i Condoleezzy Rice oraz ich próby zaprowadzenia demokracji z zewnątrz nie mogły odnieść innego skutku, jak tylko pogłębienie napięć i ogólnej niestabilności w regionie.
Corm wnosi jednak do debaty pewien wyjątkowo ważny problem, który inni pominęli w swych analizach: „Wspieranie wyłącznie politycznych roszczeń klasy średniej, przy jednoczesnym zapomnieniu o sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej w stosunku do klas nieuprzywilejowanych, zubożałych, może przynieść jedynie wielkie rozczarowanie. Tym, co doprowadziło te klasy na skraj rozpaczy a potem buntu, była kleptokracja a także powiązania lokalnych interesów oligarchicznych z wielkimi korporacjami europejskimi oraz arabskim światem finansowym, pochodzącym głównie od państw-eksporterów ropy. To właśnie te urazy napędzają nurty islamistyczne w ramach społecznych protestów”.
Cóż można do tego dodać? Tyle tylko, że byliśmy ostrzegani. Wiele razy i zawsze, albo prawie zawsze – nadaremnie. Niestety – historia może się powtórzyć po raz (?) kolejny. A dlaczego, możecie się dowiedzieć z komentarza Boba Herberta w „New York Timesie”: „Kiedy tłum świętował w Kairze, nie mogłem się nadziwić temu, co działo się z demokracją u nas, w USA. Ona już niemal leży na deskach. Naprawdę grozi nam, że staniemy się demokracją li tylko z nazwy. Podczas gdy miliony zwykłych Amerykanów walczą codziennie z bezrobociem i obniżającym się standardem życia, instrumenty realnej władzy zostały prawie całkowicie zawłaszczone przez elity finansowe i korporacyjne. Nie ma znaczenia, czego oczekują zwykli ludzie. Politycy tańczą, jak im bogaci zagrają… Nie słychać biednych, pogrążonych w totalnej depresji. Jeśli chodzi o ich siłę przebicia, to w zasadzie mogliby nie istnieć. Podobno Obama chce zebrać ponad miliard dolarów na fundusz swojej reelekcji. Politycy, którym potrzeba takich pieniędzy, nie będą zbyt wiele mówić o potrzebach najbiedniejszych. Uklękną przed najbogatszymi”.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...