Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Katalog Książek KP

30 tom w serii idee

buden_okladka_150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Basiak, Tkacz-Janik: Parytety dla Polek Drukuj
Grzegorz Basiak, Małgorzata Tkacz-Janik*   
15.10.2009

Statystycznie kobiety są w większości, ale w miejscach, gdzie zapadają decyzje i dzielona jest władza nadal ich brakuje. Mamy grupę „kobiecych zawodów”, wciąż gorzej opłacanych, usługowych, „brudnych” i nieatrakcyjnych. Na niższych szczeblach administracji, w niedocenianej i nieodpłatnej pracy domowej, w kolejce do szpitala, przedszkola, żłobka także przeważają kobiety.

W naszym życiu publicznym brakuje parytetów. Kobiety stanowią zdecydowaną mniejszość w partiach, mediach, w Sejmie, sejmikach, radach czy polskiej delegacji do Parlamentu Europejskiego. Polskim politykom (poza nielicznymi wyjątkami) nie przychodzi do głowy gender balance w ciałach decyzyjnych swoich ugrupowań lub w klubach parlamentarnych. Z drugiej strony są gremia polityczne i ekonomiczne nawet na poziomie globalnym, gdzie obowiązuje parytet oraz parytet wypowiedzi (zasada naprzemiennego zabierania głosu przez kobiety i mężczyzn). Choćby na Warszawskiej Giełdzie czy w Banku Światowym.

Po co parytet?

Opracowany przez Kongres Kobiet Polskich obywatelski projekt noweli ustawy przewiduje, że na listach wyborczych w wyborach do Sejmu, Parlamentu Europejskiego, sejmików województw, rad miast, gmin i powiatów przynajmniej połowę osób kandydujących muszą stanowić kobiety. Lista, która nie będzie spełniała tego warunku, w ogóle nie zostanie zarejestrowana. Chodzi jednak o parytet płci wśród osób kandydujących w wyborach, a nie w wybranym organie. Tylko tyle i aż tyle.

Dlaczego tylko tyle? Pamiętajmy, że Kongres Kobiet Polskich jest inicjatywą ponad politycznymi podziałami, a nie na przykład lewicową. Postulat gwarancji np. 40 % kobiet w Sejmie, samorządach, czy polskiej delegacji do Parlamentu Europejskiego mógłby prawdopodobnie podzielić kobiety w dużo większym stopniu niż proponowany projekt ustawy o parytetach płci na listach wyborczych. Mogłoby się bowiem tak wydarzyć, że przynajmniej na początku jakaś część z tych 40 % dostałaby się do Sejmu z wynikami rażąco mniejszymi od tych, jakie osiągnęli mężczyźni. Ich mandat, mierzony liczbą głosów, byłby w tym wypadku dużo słabszy niż mandat ich kolegów. Możliwe, że część kobiet (powiedzmy o poglądach prawicowych) nie chciałaby takiego mandatu, zdobytego tylko dlatego, że są kobietami, a nie dlatego, że uzyskały odpowiednie poparcie społeczne.

Osobom podnoszącym tego typu argument można odpowiedzieć jednak na przykład tak: i teraz mamy do czynienia z takimi sytuacjami, w których wygrywa osoba z mniejszym poparciem, a popularniejszy konkurent czy konkurentka nie. Jest to prosta konsekwencja proporcjonalnego systemu wyborczego - zależny po prostu z jakiej listy się kandyduje. I w tym przypadku można mówić o „silniejszym” i „słabszym” mandacie wyborczym.

Bez dwóch zdań kobiety chcą uczestniczyć w kampaniach wyborczych z takimi samymi widokami na wybór jak mężczyźni. To właśnie łączy je ponad politycznymi podziałami, czego dowiódł Kongres Kobiet Polskich. Potrzebują równej szansy współdecydowania o życiu publicznym. Projekt noweli właśnie to im daje.

A jak działa parytet w praktyce?

Zieloni 2004 są dziś jedyną w Polsce partią konsekwentnie realizującą postulat parytetu płci. Jako praktycy parytetu możemy po 5 latach doświadczeń powiedzieć, że projektowana nowelizacja jest - pomimo pierwszego wrażenia i nazwy ustawy - prosta i przejrzysta.

Jako Zieloni zaczęliśmy od siebie. Parytet został świadomie zapożyczony od siostrzanych partii z Zachodniej Europy. Polskim, i nie tylko polskim Zielonym na wszystkich szczeblach przewodniczą zawsze dwie osoby - mężczyzna i kobieta. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że organy kolegialne partii składają się z parzystej liczby osób i są obsadzane w połowie przez kobiety i mężczyzn.

W wyborach powszechnych nasza partia postuluje i przewiduje dla siebie tzw. „model zebry” (inaczej „suwakowy”). Polega on na tym, że na zgłaszanych listach naprzemiennie umieszcza się nazwiska kandydatek i kandydatów. Wyrównuje to szanse obu płci na uzyskanie funkcji publicznych pochodzących z wyborów powszechnych. Statut Zielonych zakłada ponadto, że każda z płci otrzymuje przynajmniej 40 % pierwszych (najlepszych) i kolejnych nieparzystych miejsc na listach wyborczych. Oczywiście wyborcza jedynka jedynce nierówna. Kobiety mogą otrzymać przecież 40 % pierwszych miejsc w okręgach, gdzie partia nie ma żadnych szans na wybór posłanki czy radnej. Akurat w Zielonych 2004 jest to sytuacja czysto teoretyczna - kobiety w równym stopniu współdecydują o listach wyborczych (pamiętajmy o 50 % parytecie płci w organach decyzyjnych partii!) W praktyce parytetowa Rada Krajowa, zatwierdzająca kandydatki i kandydatów  w wyborach np. do Sejmu czy Parlamentu Europejskiego, nie dopuści do dyskryminacji.

Startując samodzielnie w wyborach europejskich w 2004 roku i samorządowych w Warszawie w 2006 jako Zieloni zastosowaliśmy to rozwiązanie. Ale nawet wtedy, gdy partia zdecydowała się wejść w koalicje, parytet płci był zachowywany. Nie było „problemu” braku kandydatek - kobiety, jeśli nie są dyskryminowane w partii, gotowe są kandydować równie często jak mężczyźni.


Przykład Zielonych jest o tyle ciekawy, że pokazuje jak wiele zależy od wewnętrznych reguł wypracowanych przez demokratyczne partie polityczne. Gdyby były one zdrowe, ustawa o parytetach nie byłaby tak niezbędna jak jest.  Ale jak dotąd nie można liczyć na demokrację i parytet płci wewnątrz istniejących struktur partyjnych. Nie wykształciły się nawet (albo po prostu nie działają) odpowiednie praktyki i zwyczaje zapisane na przykład w wewnętrznych uchwałach. Dlatego trzeba się odwołać do twardych norm prawnych i zaangażować państwo w zapewnienie kobietom szansy odpowiednio wysokiej reprezentacji w Sejmie, polskiej delegacji do Parlamentu Europejskiego, sejmikach województw, radach miast, powiatów i gmin (projekt wymienia te właśnie podmioty).

Dylemat - praktyki czy zwyczaje contra przepisy prawne - jest tak naprawdę dylematem stricte politycznym. Tradycyjna prawica odwołuje się do pierwszych, lewica (w tym nowa lewica i wywodzący się z niej Zieloni) preferuje drugie. Jeśli popatrzeć uważniej, coś w tym jest. Zauważmy, że i Zieloni wykorzystali u siebie „twarde” normy (zatwierdzany przez sąd statut partii).


Za projektem noweli przemawia zdecydowanie fakt, że jest on zgodny z polską ustawą zasadniczą z 1997 roku, a nawet stanowi jej rozwinięcie. O tym, że z samej Konstytucji wynikają bezpośrednio uprawnienia obywatelek i obywateli oraz pewne inne postulaty, politycy najczęściej zapominają albo bardzo dobrze udają, że zapomnieli. Na parlamencie spoczywa przecież obowiązek uchwalenia takiego prawa, które rzeczywiście dawałoby kobietom prawo do równej szansy, do równej reprezentacji w życiu politycznym (pozytywny aspekt szczególnej mocy Konstytucji, w tym wypadku jej art. 33).

Dlatego ważne jest, aby Kongres Kobiet kontynuował edukację w tym zakresie, a partie stosujące parytet od dawna (takie jak polscy i europejscy Zieloni) dzieliły się doświadczeniem.

Co robić? Zbierać podpisy!

Chyba już zapominamy, jakim sukcesem okazał się Kongres Kobiet Polskich. Obecność na nim uczestniczek o bardzo rożnych biografiach i poglądach politycznych, a przede wszystkim  bezpartyjnych świadczy, że już najwyższy czas na zmiany. Projekt ustawy o parytetach płci na listach wyborczych jest jednym z pierwszych przejawów tej zmiany.


Można krytykować nowelę jako „niedostatecznie radykalną” czy zbyt „powściągliwą”. Można czepiać się braku „modelu zebry” czy przynajmniej gwarancji dla kobiet miejsca w pierwszej trójce na liście (rozwiązanie hiszpańskie). W ostatecznym rachunku liczy się jednak jedno - stan obecny, w którym kobiet w Sejmie jest 20% i pytanie, czy projekt przybliża nas do powiększenia tego odsetka. Na to pytanie odpowiedz brzmi po prostu: tak.

Fakt, że nowela jest inicjatywą obywatelską zmusza istniejące partie do reakcji. W debacie w tej sprawie wypowiedzieli się prezydent, premier, hierarchowie Kościoła Katolickiego i tak dalej. Żaden z nich nie kwestionował jednego: kobiet w polityce jest za mało, a na pewno nie brakuje kompetentnych kandydatek. Rzadko kiedy jest możliwość bezpośredniej obywatelskiej akcji. Warto wiec się w nią zaangażować, na przykład poprzez wydrukowanie listy podpisów poparcia, zebranie ich i odesłanie na adres organizatorek. Potrzebujemy dokładnie 100 tysięcy podpisów. Minus Twój i te, które zbierzesz (jeśli zechcesz).

 — 
* Malgorzata Tkacz-Janik - feministka, przewodnicząca Obywatelskiego Forum Kobiet, członkini Zielonych 2004
* Grzegorz Basiak - prawnik, członek Zielonych 2004

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.10.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.95526 Seconds