W piątek, 5 marca, w katowickim Sądzie Apelacyjnym ogłoszono wyrok w sprawie Alicja Tysiąc kontra „Gość Niedzielny”. Sędziowie podtrzymali decyzję z I instancji – wprowadzili jedynie małą zmianą w treści przeprosin Alicji Tysiąc, które mają się ukazać na łamach tego katolickiego tygodnika.
Nie mam wątpliwości, że sąd zachował się w sposób neutralny światopoglądowo, tak jak przystało na urząd reprezentujący Polskę, w której – zgodnie z Konstytucją RP – istnieje rozdział państwa od Kościoła. Poza tym pokazał, jak zafałszowuje się fakty: do jakich środków uciekają się reprezentanci Kościoła katolickiego w Polsce, opisując rzeczywistość. Nie mówiąc już o najbardziej niezwykłym stwierdzeniu, które pojawiło się w uzasadnieniu wyroku – sąd, instytucja państwowa, upomniał przedstawicieli Kościoła katolickiego, że chrześcijaństwo jest religią miłości.
Wszystkie środowiska kibicujące Alicji Tysiąc – feministyczne, lewicowe, socjalistyczne itd. – triumfowały: oto zwycięstwo. Zwycięstwo dyskursu pro choice symbolizującego prawa kobiet do samostanowienia (abstrahuję tutaj oczywiście od dyskusji związanej z problemem reprezentowania kobiet, kategorii „kobieta” itp.). Nie wiem jednak, czy jakiekolwiek media pokazały to, co się działo „po zwycięstwie”, poza murami sądu, niejako na marginesie. W przestrzeni, która odstaje od naszej wiktorii. Bo osłabia zwycięstwo, które staje się niewyraźne, rozmyte. Pyrrusowe?
„Alicja Tysiąc wygrała, ale Hitler wciąż straszy Polki” – tak portal Wirtualna Polska zatytułował relację z ogłoszenia wyroku apelacyjnego. Nie tylko jednak Hitler straszy, ale także aktywiści pro life. Przed wejściem do sądu, w czasie ogłaszania wyroku, a także tuż po, grupa ok. 30-40 prolifersów, w zdecydowanej większości mężczyzn, stała z rozwieszonym plakatem, dobrze znanym z poznańskiej Śródki. Kiedy wyszłyśmy, krzyczeli „mordercy”, „macie krew na rękach” itp. Choć przed sądem i w sądzie byli obecni działacze partii Racja Polskiej Lewicy (kilka osób), a na sali sądowej nasze dwie koleżanki z Partii Kobiet, to ostatecznie zostałyśmy we dwie: niżej podpisana i Małgorzata Tkacz-Janik, reprezentantki grupy społecznego poparcia dla Alicji Tysiąc, feministki. Jedna z działaczek pro life zawołała szyderczo: „Jest was tylko dwie! Gdzie jesteście?”. Gdzie jesteśmy? Nie wiem.
Jesteśmy na portalach naszych organizacji, w zapowiedziach na Feminotece, w dyskusjach w Krytyce Politycznej. Jesteśmy wirtualnie. Awatarki i awatarzy. W realu jesteśmy na manifie. Nie tylko tej warszawskiej, kilkutysięcznej, ale też przykładowo katowickiej, w liczbie ok. 150 uczestniczek i uczestników. A może – zapytam naiwnie – internet staje się jedyną przestrzenią aktywności, a ja (i prolifersi zgromadzeni przed katowickim sądem) przegapiłam moment, w którym wszystko zaczęło się dziać wyłącznie w świecie wirtualnym?
No dobrze, ale jeśli tak, to powinniśmy byli jeszcze w piątek, 5 marca, zaraz po ogłoszeniu wyroku, opublikować kilka komentarzy. Na stronach „Gościa Niedzielnego” takich komentarzy było kilkanaście. Napisanych przez takie gwiazdy jak Tomasz Terlikowski, Joanna Najfeld, Jarosław Gowin. I tu nie tylko chodzi o to, że „Gość Niedzielny” przegrał. A może problem polega na tym, że apelacja była gdzieś tam w Katowicach, a w nie w Warszawie? Może to złośliwość, ale mam nieodparte wrażenie, że z Katowic do Warszawy jest bliżej niż z Warszawy do Katowic. Z geograficznych marginesów jakoś zawsze bliżej jest do centrum niż odwrotnie. To zaś, co się dzieje poza centrum, jest jakoś mniej ważne. Tylko że w tym wypadku nawet z miast aglomeracji górnośląskiej było zbyt daleko do Katowic. A w 2007 roku, w czasie protestów przeciwko wprowadzeniu do artykułu 30. Konstytucji RP słynnej poprawki, pod Sejmem w Warszawie także nie było tłumów.
A może nas to nie obchodzi? Nie dotyczy? Przecież sąd wydał słuszny wyrok. A że w ogóle mamy takie historie jak historia Alicji Tysiąc, to już inna sprawa. Cóż – to Polska właśnie! Morał? Będzie prosty, ale postaram się nie powtarzać tego, o czym pisałam już po drugiej rozprawie w procesie Tysiąc kontra kontra „Gość Niedzielny” w czerwcu 2009 r. W pojedynkę czy we dwójkę absolutnie nic nie zrobimy w zakresie praw reprodukcyjnych kobiet jako praw podmiototwórczych. Zwycięski wyrok apelacyjny nie może nas usypiać, znieczulać, szczególnie w takich sytuacjach. Wiemy przecież, w jaki sposób mężczyzna, który złożył w poznańskiej prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w związku z antyaborcyjnym billbordem wykorzystującym postać Hitlera, uzasadnił to zawiadomienie.
Tu trzeba ludzi z naszego środowiska: z mainstreamu, z marginesu, z centrolewicy i ultralewicy, z socjalizmu, anarchii itd., bo jest to jedyny w tej chwili język, za pomocą którego możemy „rozmawiać” z prolifersami. Za pomocą którego możemy w ogóle rozmawiać z kimkolwiek – np. z parlamentarzystami (myślę o tych 3-4 tysiącach kobiet obecnych na Kongresie Kobiet i o obywatelskim projekcie ustawy o parytecie płci na listach wyborczych).
Kto jest więc moją siostrą? Nie wdając się w dyskusje, skądinąd interesujące i uzasadnione, moją siostrą jest ta/ten, która/który ma odwagę stanąć ze mną naprzeciwko grupy 30-40 prolifersów. I ewentualnie dostać razem ze mną w mordę. Ma odwagę? Gdzie tam! Boi się – pewnie tak samo ja! Ale stoi, a ja razem z nią. Uzbrojone w kartki: „Kobiety nie lękajcie się!” (bardzo się staram „nie lękać”), „Solidarność kobiet” (ta kartka cokolwiek parzy mnie w rękę). Te maleńkie kartki wielkości widokówki usiłujemy przypiąć do znanego już plakatu z Hilterem o rozmiarach 2 na 3 metry – bezskutecznie, jakiś prolifers stanowczym ruchem strąca kartkę i depcze. W tej retoryce, ale i poza nią, bo przed sądem apelacyjnym, moją jedyną siostrą jest Małgorzata Tkacz-Janik. Inne siostry i inni bracia wydają mi się w tej chwili tylko awatarami. Ale zawsze mogę się mylić. Bo przecież ktoś pewnie napisze ten inteligentny tekst-odpowiedź na antyaborcyjne plakaty z Hitlerem…
Aleksandra E. Banot – ur. w 1977 r., literaturoznawczyni z doktoratem oraz psycholożka; wykłada na Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej; feministka teoretyczna i praktyczna: interesuje się prozą Nałkowskiej i Orzeszkowej z perspektywy feministycznej krytyki literackiej, a także stereotypami płci. Publikuje w „Zadrze”, na portalach Feminoteka i Kreatura oraz w czasopiśmie „Świat i Słowo”. W latach 2001-2004 pracowała (jako wolontariuszka) w organizacjach zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy. Ukończyła Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie (kurs podstawowy). Od 2007 r. współorganizuje Śląskie Manify; jedna z inicjatorek Grupy Inicjatyw Genderowych (www.giga.slask.pl), w ramach której współtworzyła projekt powoływania lokalnych pełnomocniczek ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Członkini Śląskiego Klubu Krytyki Politycznej i Obywatelskiego Forum Kobiet. Mieszka w Cieszynie.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...