Pod koniec września Leszek Balcerowicz uruchomił licznik wyświetlający stan bieżącego zadłużenia. Zawieszona w centrum Warszawy tablica z cyframi jest na swój sposób symboliczna dla myślenia o ekonomii politycznej w III RP. Przede wszystkim pokazuje jej oderwanie od społecznej dynamiki i potrzeb – wywindowana na piedestał, sprowadzona do kilku dyskusyjnych wskaźników, jak PKB, odgórnie dyscyplinuje obywateli. Na początku lat 90. moc sprawcza poczynań Balcerowicza była ogromna, dziś już tak nie jest – przynajmniej w bezpośrednim wymiarze politycznym. Jakie jest więc metapolityczne znaczenie tego przedsięwzięcia?
Troska o budżet czy własną kieszeń?
Komu konieczność ograniczenia długu spędza sen z powiek? We wpływowych kręgach ekonomicznych, politycznych i publicystycznych kwestia ta rzeczywiście budzi emocje. Nie jest jednak traktowana autonomicznie, pełni raczej rolę „straszaka”, który ma wymusić i usprawiedliwić bolesne reformy w postaci cięć budżetowych, zwłaszcza socjalnych. Widać tu wyraźnie wybiórczość tego sposobu rozumowania, gdyż pomysł, by zmniejszyć rzutujący na wielkość długu deficyt budżetowy poprzez powrót do poprzednich stawek podatkowych i składki rentowej, nie przebija się specjalnie w debacie publicznej. I to pomimo tego, że w Polsce te daniny na rzecz domeny publicznej są jednymi z najniższych w Europie (według Eurostatu). Wróćmy więc do pytania: czy dług publiczny naprawdę tak niepokoi obywateli?
Polskie społeczeństwo, w dużej mierze za sprawą przyjętego modelu transformacji, zdezintegrowało się w takim stopniu, że nawet beneficjenci tego systemu przestali się nim przejmować, wiedząc, że mogą sobie zapewnić dobrobyt we własnym zakresie lub przenieść się (a przynajmniej część swojego dobytku bądź jego ewidencji) w inne miejsce. Obecna władza nie zapewniła sobie poklasku z jakiejkolwiek strony, w tym także neoliberalnej, gdy przystąpiła do ratowania budżetu. Choć nie czyniła tego bynajmniej lewicowymi metodami – sięgnęła, jak to obrazowo przedstawił Ryszard Bugaj, „do wielu płytkich kieszeni, zamiast do niewielu głębokich”. Ba, nawet gdy niepopularny wśród tych, „którym się udało”, rząd Kaczyńskiego prowadził nieodpowiedzialną – także z punktu widzenia liberalnych zasad – politykę finansów publicznych, zmniejszając przychody (poprzez likwidację górnej stawki PIT czy zmniejszenie składki rentowej), jego przeciwnicy przymykali na to oko.
Widać więc, że fetysz „żelaznej dyscypliny” w finansach publicznych poległ w starciu z fetyszem „niskich podatków”. Wprawdzie minister finansów Jacek Rostowski, który znalazł się pod ostrzałem neoliberalnych komentatorów, dowodził, „że ci, którzy oskarżają rząd Donalda Tuska, że sprzeniewierzył się liberalnym ideałom, podwyższając – choćby łagodnie i tymczasowo – podatek VAT, zapominają, że dla prawdziwych liberałów istnieje jeszcze większa wartość niż niskie podatki: jest nią stabilność finansów publicznych” – ale nie sądzę, by kogoś przekonał. Żyjemy bowiem w społeczeństwie, które słyszy niemal ze wszystkich mediów, że własność prywatna to świętość, a ściąganie przez fiskus podatków to prawie kradzież. Bezpośredni prywatny zysk okazuje się zawsze ważniejszy niż stan finansów publicznych i cele wspólnotowe, które za pomocą publicznych środków można realizować.
Neoliberalna utopia w neokonserwatywnych realiach
Nieoczekiwanie dożyliśmy czasów, kiedy nawet tacy neoliberalni dogmatycy jak Balcerowicz czy Rostkowski jawią się niemal jak wspólnotowcy – martwienie się długiem i stanem finansów publicznych jest bowiem jeszcze objawem pewnego instynktu zbiorowego. Niestety, tylko instynktu, gdyż trzeźwe diagnozy i trafne prognozy nigdy się polskim uczniom „chłopców z Chicago” nie udawały.
Ronald Reagan doszedł do władzy między innymi dzięki hasłom zrównoważenia budżetu. Celu tego nie osiągnął, wręcz przeciwnie. Jak pisze prof. Tadeusz Kowalik: „Za panowania Reagana i jego następcy deficyt sięgnął 5%, zaś suma zadłużenia krajowego i zagranicznego wzrosła do prawie 5 bln dolarów, czyli o wartość bliską całemu PKB”**. Nie przypadkiem reagonomics nazywano kąśliwie „keynesizmem dla bogatych”. Nierównowagę finansów publicznych spowodowało obniżenie przychodów oraz wzrost nakładów, m.in. na zbrojenia i nowe technologie wykorzystywane w zimnowojennym wyścigu zbrojeń, przy jednoczesnej redukcji środków na pomoc społeczną. Jakkolwiek negatywnie w tym świetle wygląda reagonomics, trudno uznać, że była ona ucieleśnieniem zasad neoklasycznego liberalizmu pióra Friedmana czy Hayeka. Neoliberalna utopia zrodziła neokonserwatywną rzeczywistość.
Intelektualne fiasko tej koncepcji specjalnie mnie jednak nie cieszy, gdyż wcale nie wyłania się z niego lepszy porządek społeczno-ekonomiczny. Raczej gorszy, zresztą w dużej mierze czerpiący – dość cynicznie – z projektu ultraliberalnego.
Z myślą o następnych pokoleniach. Czyżby?
Samo zmniejszanie długu nie jest wykreowanym ideologicznie problemem. Oczywiście źle jest, gdy się go absolutyzuje, zamiast na przykład pytać, co dzięki zaciągnięciu długu można sfinansować. Sama jednak wielkość zadłużenia nie jest czymś, co można – także z socjaldemokratycznej perspektywy – bagatelizować. O problemie tym należy jednak myśleć nie w kategoriach neoliberalnej wulgaty (określenie Jacka Żakowskiego) czy kryteriów przystąpienia do strefy euro, tylko teorii zrównoważonego rozwoju.
W Polsce sustainable development kojarzy się głównie z ekologiczną niszą, tymczasem istotą tej koncepcji jest pewien paradygmat rozwoju: korzystajmy z zasobów tak, by nie odbierać na to szans przyszłym pokoleniom. Zakłada się więc tu myślenie o przyszłych generacjach i solidarność z nimi. W tym duchu można też spojrzeć na problem długu, który, niemądrze powiększany, może zagrozić dobrobytowi przyszłych pokoleń, zmuszonych do jego spłaty. Dlatego także socjaldemokracja powinna się zastanowić, co robić, by zadłużenie nie rosło w dłuższej perspektywie czasowej – co nie oznacza niemożności doraźnego zwiększenia zadłużenia, jeśli stoją za tym uzasadnione przesłanki społeczno-ekonomiczne (np. pobudzenie pogrążonej w recesji gospodarki).
Jeśli jednak punktem odniesienia ma być dla nas dzielenie się dobrobytem z innymi pokoleniami, trzeba wyciągnąć z tego założenia dalsze konsekwencje. Takie mianowicie, że obciążamy przyszłe pokolenia nie tylko długiem, ale też innymi naszymi działaniami bądź zaniechaniami. Postulowane przez Leszka Balcerowicza i jego zwolenników wycofanie się państwa z wielu obszarów życia, w tym usług publicznych w zakresie edukacji, zdrowia czy opieki, może sprawić, że dzieci z rodzin pozbawionych kapitału zostaną pozbawione szans rozwojowych oraz bezpieczeństwa egzystencjalnego. Zresztą niewiele dzieci w ogóle się urodzi, jeśli w sprywatyzowanym systemie opieki rodziców nie będzie stać na ich wychowanie i nie otrzymają wsparcia pozwalającego godzić obowiązki rodzinne i zawodowe. Już teraz w Polsce mamy jeden z niższych w UE wskaźników dzietności (najwyższy jest w opiekuńczych państwach skandynawskich), a także zatrudnienia kobiet. Oto pokłosie polityki „państwa minimalnego”. Zapłacą za nie właśnie przyszłe pokolenia, ale Leszek Balcerowicz tego nie dostrzega lub nie chce dostrzec. Można się więc zastanawiać, czy w tym nawoływaniu do żelaznej dyscypliny budżetowej poczucie odpowiedzialności za los przyszłych generacji jest rzeczywiście autentyczne.
W górę i w dół
Od rogu ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich, gdzie znajduje się ekran pokazujący zadłużenie, niedaleko do Dworca Centralnego. Krążą wokół niego ludzie skrajnie wykluczeni i zdegradowani. Dokładnie przed rokiem zamknięto – przy milczeniu mediów – „Św. Martę”, jedyną w tamtej okolicy jadłodajnię dla bezdomnych z ciepłymi posiłkami, którą założył znany stołeczny społecznik śp. ks. Tadeusz Paleczny.
Na pewno potrzebna jest nam debata na temat finansów publicznych. Ważne jednak, by nie toczyła się ona w oderwaniu od społeczeństwa i jego potrzeb. Nie mam nic przeciwko temu, byśmy patrzyli w górę na ekran z cyframi pokazującymi dług, ale trzeba też czasem popatrzeć w dół – na ulicę. Obawiam się, że o tym, kto się na niej znalazł, nie chcemy pamiętać ani wiedzieć jeszcze bardziej niż o długu publicznym.
** Tadeusz Kowalik, Systemy gospodarcze. Efekty i defekty reform i zmian ustrojowych, Fundacja Innowacja, Warszawa 2005, s. 114.
* Rafał Bakalarczyk (ur. 1986) - absolwent polityki społecznej UW i doktorant tamże. W 2009 r. obronił pracę magisterską z europejskiej socjologii politycznej w Dalarna Hogskolan (Szwecja). Zajmuje się polityką społeczną, w tym polityką edukacyjną, wykluczeniem społecznym i ekonomią opieki i skandynawskim systemem dobrobytu. Współautor m.in. książki Jaka Polska 2030?. Sekretarz redakcji Pisma Dialogu Społecznego ”Dialog”.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...