> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bakalarczyk: Publiczny dług Balcerowicza Drukuj
Rafał Bakalarczyk*   
20.10.2010
money_120.jpg

Pod koniec września Leszek Balcerowicz uruchomił licznik wyświetlający stan bieżącego zadłużenia. Zawieszona w centrum Warszawy tablica z cyframi jest na swój sposób symboliczna dla myślenia o ekonomii politycznej w III RP. Przede wszystkim pokazuje jej oderwanie od społecznej dynamiki i potrzeb – wywindowana na piedestał, sprowadzona do kilku dyskusyjnych wskaźników, jak PKB, odgórnie dyscyplinuje obywateli. Na początku lat 90. moc sprawcza poczynań Balcerowicza była ogromna, dziś już tak nie jest – przynajmniej w bezpośrednim wymiarze politycznym. Jakie jest więc metapolityczne znaczenie tego przedsięwzięcia?

Troska o budżet czy własną kieszeń?

Komu konieczność ograniczenia długu spędza sen z powiek? We wpływowych kręgach ekonomicznych, politycznych i publicystycznych kwestia ta rzeczywiście budzi emocje. Nie jest jednak traktowana autonomicznie, pełni raczej rolę „straszaka”, który ma wymusić i usprawiedliwić bolesne reformy w postaci cięć budżetowych, zwłaszcza socjalnych. Widać tu wyraźnie wybiórczość tego sposobu rozumowania, gdyż pomysł, by zmniejszyć rzutujący na wielkość długu deficyt budżetowy poprzez powrót do poprzednich stawek podatkowych i składki rentowej, nie przebija się specjalnie w debacie publicznej. I to pomimo tego, że w Polsce te daniny na rzecz domeny publicznej są jednymi z najniższych w Europie (według Eurostatu). Wróćmy więc do pytania: czy dług publiczny naprawdę tak niepokoi obywateli?

Polskie społeczeństwo, w dużej mierze za sprawą przyjętego modelu transformacji, zdezintegrowało się w takim stopniu, że nawet beneficjenci tego systemu przestali się nim przejmować, wiedząc, że mogą sobie zapewnić dobrobyt we własnym zakresie lub przenieść się (a przynajmniej część swojego dobytku bądź jego ewidencji) w inne miejsce. Obecna władza nie zapewniła sobie poklasku z jakiejkolwiek strony, w tym także neoliberalnej, gdy przystąpiła do ratowania budżetu. Choć nie czyniła tego bynajmniej lewicowymi metodami – sięgnęła, jak to obrazowo przedstawił Ryszard Bugaj, „do wielu płytkich kieszeni, zamiast do niewielu głębokich”. Ba, nawet gdy niepopularny wśród tych, „którym się udało”, rząd Kaczyńskiego prowadził nieodpowiedzialną – także z punktu widzenia liberalnych zasad – politykę finansów publicznych, zmniejszając przychody (poprzez likwidację górnej stawki PIT czy zmniejszenie składki rentowej), jego przeciwnicy przymykali na to oko.

Widać więc, że fetysz „żelaznej dyscypliny” w finansach publicznych poległ w starciu z fetyszem „niskich podatków”. Wprawdzie minister finansów Jacek Rostowski, który znalazł się pod ostrzałem neoliberalnych komentatorów, dowodził, „że ci, którzy oskarżają rząd Donalda Tuska, że sprzeniewierzył się liberalnym ideałom, podwyższając – choćby łagodnie i tymczasowo – podatek VAT, zapominają, że dla prawdziwych liberałów istnieje jeszcze większa wartość niż niskie podatki: jest nią stabilność finansów publicznych” – ale nie sądzę, by kogoś przekonał. Żyjemy bowiem w społeczeństwie, które słyszy niemal ze wszystkich mediów, że własność prywatna to świętość, a ściąganie przez fiskus podatków to prawie kradzież. Bezpośredni prywatny zysk okazuje się zawsze ważniejszy niż stan finansów publicznych i cele wspólnotowe, które za pomocą publicznych środków można realizować.

Neoliberalna utopia w neokonserwatywnych realiach

Nieoczekiwanie dożyliśmy czasów, kiedy nawet tacy neoliberalni dogmatycy jak Balcerowicz czy Rostkowski jawią się niemal jak wspólnotowcy – martwienie się długiem i stanem finansów publicznych jest bowiem jeszcze objawem pewnego instynktu zbiorowego. Niestety, tylko instynktu, gdyż trzeźwe diagnozy i trafne prognozy nigdy się polskim uczniom „chłopców z Chicago” nie udawały.

Ronald Reagan doszedł do władzy między innymi dzięki hasłom zrównoważenia budżetu. Celu tego nie osiągnął, wręcz przeciwnie. Jak pisze prof. Tadeusz Kowalik: „Za panowania Reagana i jego następcy deficyt sięgnął 5%, zaś suma zadłużenia krajowego i zagranicznego wzrosła do prawie 5 bln dolarów, czyli o wartość bliską całemu PKB”**. Nie przypadkiem reagonomics nazywano kąśliwie „keynesizmem dla bogatych”. Nierównowagę finansów publicznych spowodowało obniżenie przychodów oraz wzrost nakładów, m.in. na zbrojenia i nowe technologie wykorzystywane w zimnowojennym wyścigu zbrojeń, przy jednoczesnej redukcji środków na pomoc społeczną. Jakkolwiek negatywnie w tym świetle wygląda reagonomics, trudno uznać, że była ona ucieleśnieniem zasad neoklasycznego liberalizmu pióra Friedmana czy Hayeka. Neoliberalna utopia zrodziła neokonserwatywną rzeczywistość.

Intelektualne fiasko tej koncepcji specjalnie mnie jednak nie cieszy, gdyż wcale nie wyłania się z niego lepszy porządek społeczno-ekonomiczny. Raczej gorszy, zresztą w dużej mierze czerpiący – dość cynicznie – z projektu ultraliberalnego.

Z myślą o następnych pokoleniach. Czyżby?

Samo zmniejszanie długu nie jest wykreowanym ideologicznie problemem. Oczywiście źle jest, gdy się go absolutyzuje, zamiast na przykład pytać, co dzięki zaciągnięciu długu można sfinansować. Sama jednak wielkość zadłużenia nie jest czymś, co można – także z socjaldemokratycznej perspektywy – bagatelizować. O problemie tym należy jednak myśleć nie w kategoriach neoliberalnej wulgaty (określenie Jacka Żakowskiego) czy kryteriów przystąpienia do strefy euro, tylko teorii zrównoważonego rozwoju.
W Polsce sustainable development kojarzy się głównie z ekologiczną niszą, tymczasem istotą tej koncepcji jest pewien paradygmat rozwoju: korzystajmy z zasobów tak, by nie odbierać na to szans przyszłym pokoleniom. Zakłada się więc tu myślenie o przyszłych generacjach i solidarność z nimi. W tym duchu można też spojrzeć na problem długu, który, niemądrze powiększany, może zagrozić dobrobytowi przyszłych pokoleń, zmuszonych do jego spłaty. Dlatego także socjaldemokracja powinna się zastanowić, co robić, by zadłużenie nie rosło w dłuższej perspektywie czasowej – co nie oznacza niemożności doraźnego zwiększenia zadłużenia, jeśli stoją za tym uzasadnione przesłanki społeczno-ekonomiczne (np. pobudzenie pogrążonej w recesji gospodarki).

Jeśli jednak punktem odniesienia ma być dla nas dzielenie się dobrobytem z innymi pokoleniami, trzeba wyciągnąć z tego założenia dalsze konsekwencje. Takie mianowicie, że obciążamy przyszłe pokolenia nie tylko długiem, ale też innymi naszymi działaniami bądź zaniechaniami. Postulowane przez Leszka Balcerowicza i jego zwolenników wycofanie się państwa z wielu obszarów życia, w tym usług publicznych w zakresie edukacji, zdrowia czy opieki, może sprawić, że dzieci z rodzin pozbawionych kapitału zostaną pozbawione szans rozwojowych oraz bezpieczeństwa egzystencjalnego. Zresztą niewiele dzieci w ogóle się urodzi, jeśli w sprywatyzowanym systemie opieki rodziców nie będzie stać na ich wychowanie i nie otrzymają wsparcia pozwalającego godzić obowiązki rodzinne i zawodowe. Już teraz w Polsce mamy jeden z niższych w UE wskaźników dzietności (najwyższy jest w opiekuńczych państwach skandynawskich), a także zatrudnienia kobiet. Oto pokłosie polityki „państwa minimalnego”. Zapłacą za nie właśnie przyszłe pokolenia, ale Leszek Balcerowicz tego nie dostrzega lub nie chce dostrzec. Można się więc zastanawiać, czy w tym nawoływaniu do żelaznej dyscypliny budżetowej poczucie odpowiedzialności za los przyszłych generacji jest rzeczywiście autentyczne.

W górę i w dół

Od rogu ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich, gdzie znajduje się ekran pokazujący zadłużenie, niedaleko do Dworca Centralnego. Krążą wokół niego ludzie skrajnie wykluczeni i zdegradowani. Dokładnie przed rokiem zamknięto – przy milczeniu mediów – „Św. Martę”, jedyną w tamtej okolicy jadłodajnię dla bezdomnych z ciepłymi posiłkami, którą założył znany stołeczny społecznik śp. ks. Tadeusz Paleczny.

Na pewno potrzebna jest nam debata na temat finansów publicznych. Ważne jednak, by nie toczyła się ona w oderwaniu od społeczeństwa i jego potrzeb. Nie mam nic przeciwko temu, byśmy patrzyli w górę na ekran z cyframi pokazującymi dług, ale trzeba też czasem popatrzeć w dół – na ulicę. Obawiam się, że o tym, kto się na niej znalazł, nie chcemy pamiętać ani wiedzieć jeszcze bardziej niż o długu publicznym.

** Tadeusz Kowalik, Systemy gospodarcze. Efekty i defekty reform i zmian ustrojowych, Fundacja Innowacja, Warszawa 2005, s. 114.

  

  

* Rafał Bakalarczyk (ur. 1986) - absolwent polityki społecznej UW i doktorant tamże. W 2009 r. obronił pracę magisterską z europejskiej socjologii politycznej w Dalarna Hogskolan (Szwecja). Zajmuje się polityką społeczną, w tym polityką edukacyjną, wykluczeniem społecznym i ekonomią opieki i skandynawskim systemem dobrobytu. Współautor m.in. książki Jaka Polska 2030?. Sekretarz redakcji Pisma Dialogu Społecznego ”Dialog”.

  

Komentarze
Dodaj nowy
erdabliu  - 5 mln dolarów?   |21.10.2010 11:47:02
"5 mln dolarów?" Czy aby na pewno cytat z Kowalika jest dokładny?
Michał S.  - słusznie   |21.10.2010 13:13:04
literówka się przydarzyła, już poprawiliśmy
KrzysztofMazur   |21.10.2010 13:18:15
Autor zapomniał dodać, że podatki w USA podniósł Bush Sr. Niestety przegrał
wybory z Clintonem. Zrównoważony budżet USA miały ostatnio za Eisenhowera.
Carter (i Ford) robił to samo co Reagan, tylko się nie chwalił.

Podatki należy
podnieść:
1. od przedsiębiorstw i przedsiębiorców, a nie od pracowników, czyli
nie należy wracać do poprzednich składek.
2. od majątku a nie od dochodu, bo
bogatym jest właściciel majątku.
To się oczywiście na KP nie
przebije.

Sprywatyzowany system opieki rodziców w Polsce? Chyba autor żyje w
innym kraju, albo nie słyszał o istnieniu ZUSu. Owszem ludzie nie mają pieniędzy
na wychowanie dzieci, bo te pieniądze trafiają do systemu emerytalnego, który je
wypłaca wcześniejszym emerytom, żeby mogli sobie pojechać na wakacje albo
posiedzieć przed nowym telewizorem.
Zastępowalność pokoleń istnieje tylko w USA,
Australii i Kanadzie gdzie polityka prorodzinna (i wcześniejsze emerytury) nie
istnieje. We Francji i w Szwecji jest mniej źle niż w Polsce, bo część pieniędzy
zabranych młodym wraca do nich, ale tylko część, więc jest gorzej niż w USA.
KrzysztofMazur   |21.10.2010 13:19:39
http://www.youtube.com/watch?v=YGjtZtSV6T0&feature =related

Jak nie
Balcerowicz, to może Peter Schiff?
KrzysztofMazur   |21.10.2010 13:31:52
Co autor sądzi na temat Camerona i Osbourne’a? Może on będą lepsi od Reagana i
Thather, tną wszystko, także okręty wojenne.
raff   |21.10.2010 13:57:33
ZUS jest wprawdzie instytucją zabezpieczenia społecznego, ale nie opieki. Choć
rząd rozważa wprowadzenie z czasem dodatkowej składki z tytułu
niesamodzielności.
To, że w Polsce dominuje rodzinny model opieki w której
duża część usług opiekuńczych jest świadczona nieformalnie( wobec dzieci, osób
starszych i niepełnosprawnych) nie jest moim wymysłem ale diagnozą która pojawia
się w większości opracowań na ten temat. Nawet w rządowym raporcie ”Polska
2030”. W artykule mówiąc o prywatyzacji opieki miałem jednak na myśli takie
zjawiska jak np. likwidacje publicznych placówek przedszkolnych i żłobków w
latach 90.co odbywało się pod wpływem ideologii której patronuje właśnie
Balcerowicz
raff   |21.10.2010 14:08:24
Owszem, w USA i w Kanadzie jest wysoki wskażnik dzietności, choć czy jest Pan
pewien co do Australii. Mam przed sobą właśnie wskażniki OECD z 2008 roku z
których wynika, że w Australii dzietność była na poziomie 1,41 ( może pomylił
Pan z Nową Zelandią?).
Zresztą sama dzietność nie jest jeszcze wystarczającym
wskaźnikiem - co z tego, że w Meksyku poziom dzietności jest wysoki, skoro
później te dzieci żyją w dużej mierze w głębokiej biedzie. Cele polityki
rodzinnej powinny być nie tylko pronatalityczne, ale i prospołeczne.

Zresztą
nieprawdą jest, że we wspomnianych krajach nie ma polityki społecznej. Jest ona
nawet w Stanach ( choć od czasów Clintona zmienił się jej charakter w kierunku
workfare), nie mówiąc już o Kanadzie. Ten ostatni kraj nota bene ma inny system
polityki społecznej( bardziej opiekuńczy) niż USA, więc nie wrzucałbym ich do
jednego worka.

Natomiast w krajach skandynawskich, w których jest o wiele
bardziej rozbudowana polityka rodzinna niż u nas, wskaźniki dzietności są
nieporównywalnie wyższe niż w Polsce ( a bliższe wspomnianym przez Pana krajom
anglosaskim) i to mimo, że w krajach tych symboliczny tatus rodziny i rola
macierzyństwa nie jest tak eksponowana jak w Polsce.
HAŁEWER   |21.10.2010 14:59:54
Dobry artykuł, a byłby jeszcze lepszy, gdyby Autor nie zapomniał nacisnąć F7 :)
Spokojny   |21.10.2010 22:42:53
No ale jednak dzietność w krajach skandynawskich nie dochodzi do poziomu
dającego pokoleniową zastępowalność. Czyli być może jest tak,że da się
podwyższać dzietność dając dobry socjal i da się (przy pozostałych warunkach nie
zmienionych) dzietność obniżyć socjal ten obcinając, ale nie da się za pomocą
socjalu osiągnąć zastępowalności pokoleniowej. Czyli nie da się namówić kobiet,
żeby z własnej woli, nawet maksymalnie dotowane rodziły powyżej 2 dzieci jeśli
nie będą miały jakiejś gwarancji od konkretnego faceta,że on z tym wszystkim
przy nich będzie i będzie zapieprzał na rodzinę tak by się mogły wyluzować.
Czyli jeśli nie będą miały patriarchalnego modelu społecznego. A taki jest w
USA, pomijając oczywiście Nowy Jork i pare podobnych miejsc. Żadna kobieta nie
zamieni dobrze zarabiającego mężczyzny na gwarancję socjalną w takim stopniu,
żeby się władować w dwa maluchy i wychowywanie ich do spółki z wykwalifikowaną
doradczynią społeczno socjalną.
Mitrydates   |22.10.2010 05:01:38
Niestety, część tych tzw. "wykluczonych" to osoby, po prostu leniwe.
regregor  - gdzie żyje KrzysztofMazur?   |24.10.2010 21:25:16
KrzysztofMazur napisał: ludzie nie mają pieniędzy na wychowanie dzieci, bo te
pieniądze trafiają do systemu emerytalnego, który je wypłaca wcześniejszym
emerytom, żeby mogli sobie pojechać na wakacje albo
posiedzieć przed nowym
telewizorem.
Moje uzupełnienie: System solidaryzmu pokoleniowego tak działa, że
obecni emeryci jak byli młodzi pracowali na emerytów, teraz więc mają słuszne
roszczenia skierowane do młodych. Nie ma w tym nic dziwnego i niesprawiedliwego.
A druga kwestia, emetyci których stać na wycieczki i nowe TV to naprawdę promil,
norma to stety-niestey życie za tysiącpare zł, zakupy w Biedronce, wakacje na
działce, doglądanie wnuków.
no12kia13   |24.10.2010 21:32:55
KrzysztofMazur napisał: "ludzie nie mają pieniędzy na wychowanie dzieci, bo
te pieniądze trafiają do systemu emerytalnego, który je wypłaca wcześniejszym
emerytom, żeby mogli sobie pojechać na wakacje albo
posiedzieć przed nowym
telewizorem".
Moje uzupełnienie: System solidaryzmu pokoleniowego tak
działa, że obecni emeryci jak byli młodzi pracowali na emerytów, teraz więc mają
słuszne roszczenia skierowane do młodych. Nie ma w tym nic dziwnego i
niesprawiedliwego. A druga kwestia, emetyci których stać na wycieczki i nowe TV
to naprawdę promil, norma to stety-niestey życie za tysiącpare zł, zakupy w
Biedronce, wakacje na działce, doglądanie wnuków. I wydatki na reperowanie
zdrowia.
raff   |25.10.2010 10:43:11
Zgadzam się z tym co napisał Regregor, co do istoty systemu emerytalnego o
charakterze repartycyjnym ( obecnie tylko w I filarze u nas).

W poprzednim
numerze Obywatela omawiałem w tekście pt:”Stara Bieda” m.in.raport porównawczy
na temat Ubóstwa seniorów ( autorstwa Asghara Zaidi). Wynika z niego, że choć
istotnie wskażnik ubóstwa (względnego!) jest stosunkowo niewielki na tle innych
grup wiekowych w Polsce a także sytuacji seniorów w wielu innych krajach UE, to
jeśli weżmiemy pod uwagę wskaźnik deprywacji materialnej( który uwzględnia
poziom zaspokojenia określonych i dość podstawowych potrzeb konsumpcyjnych)
Polscy seniorzy nie mają łatwej sytuacji. To jest bardziej ogólny paradoks:
kraje postkomunistyczne na tle reszty Europy mają niskie ralatywne ubóstwo
seniorów i jednocześnie wysoki wskaźnik deprywacji materialnej tej ( i nie tylko
tej) grupy wiekowej.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.10.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.07381 Seconds