 Pod koniec wakacji, gdzieś pomiędzy festiwalem obrońców krzyża a fetą z okazji trzydziestej rocznicy porozumień sierpniowych, znalazłem ważną i nierozwiniętą szerzej informację. W przysłowiowym szpitalu psychiatrycznym w podwarszawskich Tworkach niedawno został otwarty nowy, doskonale wyposażony oddział. Był wiceminister zdrowia, wojewoda, urzędnicy samorządowi i lekarze. Teraz oddział stoi pusty. Dlaczego? Problem tylko pozornie leży w relacjach szpitala i Narodowego Funduszu Zdrowia. Przykład ten jest symptomatyczny dla sytuacji w całym kraju. W Polsce wciąż panuje milcząco akceptowane przekonanie, że choroby psychiczne są nie tylko podejrzane i wstydliwe, ale też, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, niepoważne i drugorzędne w stosunku do innych przypadłości. Jedną z praktycznych konsekwencji tego przekonania jest dramatycznie zły stan opieki psychiatrycznej. Specjalistycznych i ogólnodostępnych ośrodków leczących pacjentów z zaburzeniami psychicznymi jest w Polsce przede wszystkim za mało. I to również ma swoją przyczynę nie tylko w wiecznych problemach finansowych ochrony zdrowia, ale przede wszystkim w lekceważącym traktowaniu społecznego problemu, jakim jest zdrowie psychiczne.
Osoby odpowiedzialne za politykę zdrowotną, wyłączając jedynie Marka Balickiego, w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie zrobiły właściwie nic, aby zmienić zły stan opieki psychiatrycznej w Polsce. W większości szpitali psychiatrycznych mimo ogromnego postępu warunki leczenia pozostają od wielu lat takie same. Publiczne ośrodki leczenia chorób psychicznych wciąż bardziej przypominają ponure więzienia niż nowoczesne szpitale. Te zaniechania tym bardziej trudno zrozumieć, kiedy pozna się fakty: zapotrzebowanie na opiekę psychiatryczną nie zmniejsza się, przeciwnie – stale rośnie. W doskonale przygotowanym projekcie Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego z 2006 roku autorzy pokazują, jak w ciągu czternastu lat liczba korzystających z opieki psychiatrycznej zwiększyła się dwa razy. W 1990 roku w Polsce na 100 000 osób 1629 korzystało z ambulatoryjnej pomocy w przychodniach i poradniach zdrowia psychicznego. W 2004 roku były to odpowiednio 3763 osoby. W 1990 roku na 100 000 osób 362 było hospitalizowane; czternaście lat później w szpitalach psychiatrycznych było leczonych już 526 osób, w tym 237 po raz pierwszy (źródło: projekt Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego przygotowany w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie 18 grudnia 2006 roku).
Problemy psychiatryczne, na co wskazują wszystkie badania, są nierozerwalnie związane z rozwojem cywilizacyjnym. To ważna kwestia i jednocześnie wyzwanie, które dotyczy nas wszystkich. Jak pokazują statystyki – mamy tego coraz większą świadomość. Jesteśmy zainteresowani swoim zdrowiem i chcemy się leczyć. Niejako wbrew ignoranckiej polityce kolejnych ministrów zdrowia i pracy społeczeństwo, szczególnie młodzi ludzie, uciekając od stereotypów związanych z chorobami psychicznymi, stara się samodzielnie dbać o własne zdrowie psychiczne. Podstawowy problem polega jednak na tym, że choć ludzie chcą się leczyć, to nie za bardzo mają gdzie. Obecne warunki są dalekie od komfortowych, nawet w porównaniu z innymi, też wiecznie niedofinansowanymi obszarami opieki zdrowotnej w Polsce. Zdecydowany wzrost liczby pacjentów korzystających z opieki psychiatrycznej powinien spowodować natychmiastową – i systemową reakcję resortu zdrowia. Takiej reakcji jednak jak nie było, tak nie ma.
Skutecznie zareagował tylko rynek. Od początku lat dziewięćdziesiątych jak grzyby po deszczu wyrastają ośrodki i kliniki oferujące kompleksową i oczywiście odpłatną pomoc wszystkim potrzebującym opieki psychiatrycznej. Są to najczęściej przytulne i dobrze zorganizowane miejsca, gdzie prócz leczenia farmakologicznego, można uczestniczyć w zróżnicowanych i często nowatorskich formach terapii i rehabilitacji. Odpłatnie można się leczyć zarówno z depresji, schizofrenii, jak i różnego rodzaju uzależnień. Jednak na długotrwałe, czyli skuteczne leczenie w takich ośrodkach stać bardzo niewielu potrzebujących.
Niestety państwo traktuje zdrowie psychiczne jako problem drugorzędny w porównaniu z innymi, bardziej „somatycznymi” obszarami zdrowia publicznego. Wciąż pokutuje przesąd, że efekty intensywnego leczenia chorób psychicznych są wątpliwe, dlatego specjalistycznych poradni i szpitali psychiatrycznych nie opłaca się dofinansowywać. Jednak brak ogólnopolskiego programu ochrony zdrowia psychicznego zgodnego z europejskimi standardami zemści się raczej prędzej niż później. Pacjenci z zaburzeniami psychicznymi (a to bardzo duża grupa schorzeń) nie mogą być traktowani inaczej niż chorzy cierpiący np. na dolegliwości kardiologiczne. Nie mogą i teoretycznie nie są, ale w praktyce jest, niestety, inaczej. I to niekoniecznie z powodu złej woli lekarzy czy innych pracowników ochrony zdrowia. Dyskryminacja pacjentów psychiatrycznych ma źródło w systemowych zaniechaniach. Brakuje nie tylko pieniędzy na modernizację szpitali czy poradni, ale przede wszystkim odpowiednich procedur i szkolenia, które pozwoliłyby lekarzowi niebędącemu psychiatrą wstępnie rozpoznać problem i szybko skierować pacjenta do specjalisty.
Z tym ostatnim też wciąż jest problem. Dzisiaj lekarz pogotowia ratunkowego czy ratownik medyczny, jeśli tylko nie stwierdzi próby samookaleczenia, próby samobójczej albo chęci jej podjęcia przez chorego, ma właściwie związane ręce i bez zgody samego zainteresowanego nie może nic zrobić. To powoduje, że pacjent i jego bliscy zostają po wyjściu pracowników pogotowia ratunkowego sami z problemem. Prawne ograniczenia związane z możliwością przymusowej psychiatrycznej hospitalizacji mają oczywiście społeczne uzasadnienie. Nikogo nie można i nie da się leczyć na siłę. Państwo powinno jednak zdecydowanie bardziej aktywnie wspierać pacjentów i ich rodziny. Nie może być tak, że niektórzy chorzy są przez system opieki zdrowotnej „preferowani”. Jak to zazwyczaj w polskiej ochronie zdrowia bywa, państwo w swoich podstawowych obowiązkach jest w istotnej części wyręczane przez dziesiątki fundacji i stowarzyszeń. Trudno naprawdę zrozumieć, dlaczego Ministerstwo Zdrowia, które mniej lub bardziej skutecznie, ale jednak walczy ze społecznym wykluczeniem tak wielu grup chorych, właściwie zupełnie kapituluje przed problemem zdrowia psychicznego. Inne resorty, choćby Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, też podejmują dość ostrożne, delikatnie mówiąc, działania w tej sprawie. Choroby psychiczne należy równie aktywnie leczyć, co im przeciwdziałać. Potrzebujący ani nie wyleczą się sami, ani nie powrócą bez pomocy do codziennych czynności.
Konieczne są więc systemowe zmiany. Państwo musi zapewnić wszystkim potrzebującym nie tylko opiekę, która jest gwarantowana przez prawo, ale przede wszystkim umożliwić bardziej komfortowy i zdecydowanie szerszy dostęp do leczenia psychiatrycznego. Pacjent musi mieć pewność, że w razie jakichkolwiek wątpliwości – tak jak w przypadku każdego innego schorzenia – zostanie szybko skierowany na właściwe leczenie. Dlatego szczególnie ważna jest systematyczna edukacja lekarzy rodzinnych, którzy jako pierwsi mogą wstępnie zdiagnozować problem i skierować chorego do psychiatry. Oprócz odpowiednio przeszkolonych lekarzy rodzinnych potrzebni są też specjaliści. W Polsce jest ich wciąż za mało. Autorzy projektu Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego szacują, że na 100 000 mieszkańców powinno przypadać 4000 psychiatrów, 400 psychiatrów dzieci i młodzieży oraz 3800 psychologów klinicznych. Stan faktyczny zdecydowanie odbiega od oczekiwań: w Polsce średnio na 100 000 mieszkańców przypada 2700 psychiatrów i 200 psychiatrów dzieci i młodzieży. Te liczby oddają zły stan rodzimej opieki psychiatrycznej. Bez większej liczby etatów specjalizacyjnych, bez nowych lokalnych oddziałów szpitalnych nie warunki leczenia dziesiątków tysięcy pacjentów nie poprawią się.
Odpowiednia liczba poradni i nowoczesne szpitale z nawet najlepszą obsadą nie rozwiążą jednak wszystkich problemów. Pacjent leczony psychiatrycznie, jak każdy inny, wymaga rehabilitacji. W Polsce brakuje ośrodków, w których chorzy mogliby przechodzić kompleksową rehabilitację np. po długotrwałym leczeniu psychiatrycznym. Rehabilitacja taka pomaga odnaleźć się na nowo w domu, szkole lub pracy. Bez rehabilitacji (co znowu jest wspólne dla zdecydowanej większości obszarów opieki zdrowotnej) były pacjent szpitala psychiatrycznego bardzo prędko tam wróci. Stąd potrzeba także opieki nad rodzinami pacjentów, które nierzadko wykonują gigantyczną pracę, by pomóc bliskiej osobie powrócić do normalnego życia.
Warto przede wszystkim przemyśleć zmianę leczenia z modelu instytucjonalnego i szpitalnego na środowiskowy, który jest zdecydowanie skuteczniejszy w przypadku lżejszych zaburzeń. Koncentruje się on na aktywnym i kompleksowym leczeniu przy jednoczesnym nacisku na integrację pacjenta z jego środowiskiem i przynosi bardzo pozytywne efekty. Jest przy tym, niestety, zdecydowanie droższy i wymaga wspólnego zaangażowania większej liczby specjalistów. Poddawany leczeniu środowiskowemu pacjent nie jest wykluczony i zamknięty w szpitalnym oddziale. Model instytucjonalny, którego centrum jest szpital, sprawdza się najlepiej w krytycznych i nagłych sytuacjach, dlatego nie wolno z niego zupełnie rezygnować. Zdecydowana większość pacjentów wymaga jednak długotrwałego i kompleksowego leczenia połączonego z intensywną rehabilitacją, a te cele najlepiej realizuje się w formule środowiskowej. Ten sposób leczenia był w Polsce realizowany z powodzeniem w latach 70. Potem, głównie z powodów ekonomicznych, zastąpiono go modelem instytucjonalnym. Trzeba również pamiętać, że model środowiskowy daje zdecydowanie większą szansę powrotu do pełni zdrowia i aktywności, choć oczywiście w medycynie nigdy nie ma stuprocentowej pewności.
Jak twierdzą autorzy raportu Psychiatryczna opieka środowiskowa w Polsce z 2008 roku, zmiana podstawowego modelu leczenia psychiatrycznego znacząco wpłynie na zmianę statusu pacjentów. Model instytucjonalny pomaga, ale siłą rzeczy też wyklucza, gdyż na długo zamyka nie tylko w rzeczywistych, ale też symbolicznych murach szpitala psychiatrycznego. Formuła środowiskowa jest bardziej dynamiczna, bo zarówno leczy, jak i stymuluje pacjenta, pomagając mu powrócić do aktywnego życia. Ponadto leczenie środowiskowe zmniejsza traumę i społeczne odium, jakie wciąż wiążą się ze schorzeniami psychiatrycznymi. Przeciwdziała dyskryminacji i wykluczeniu, które niestety stale towarzyszą pacjentom i ich bliskim. Bez dyskusji i faktycznej zmiany modelu leczenia i aktywizowania pacjentów psychiatrycznych godzimy się na zamknięcie ich w getcie. „Psychiatryczna przeszłość” jest nadal traktowana jak wilczy bilet. Utrudnia, a często wręcz uniemożliwia znalezienie pracy, generuje społeczną niechęć, która zwykle negatywnie odbija się na zdrowiu pacjentów. Zmieńmy to wreszcie.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...