Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Andrzejewski: Domowy sposób na ochronę zdrowia |
|
|
Łukasz Andrzejewski, Klub KP Wrocław
|
|
27.06.2010 |
Statystyk i są nieubłagane, więc tym łatwiej będzie wyobrazić sobie taką sytuację. Podczas cyklicznego albo też „interwencyjnego” badania otrzymujemy lub ktoś z naszych bliskich otrzymuje piorunującą informację od lekarza – nowotwór. Najpierw szok i siłą rzeczy zdawkowa rozmowa, potem resztkami świadomości umawiamy się na następne spotkanie w szpitalu. Roztrzęsieni wracamy do domu, pierwszy szok mija. Pojawia się pytanie, które do końca leczenia ani na moment nas nie opuści: „Co robić?” W pierwszym odruchu chwytamy za telefon i dzwonimy: do najbliższych, do znajomych, potem do znajomych znajomych i jeszcze do kogoś innego. Może ktoś coś wie, może kogoś zna w szpitalu, może sam przeżył podobną historię. Uzyskane informacje są niejednoznaczne. Wątpliwości nie znikają. Mija kilka niespokojnych nocy. Potem seria badań, wiele godzin na szpitalnych korytarzach, wiele spotkań z onkologami, którzy w krótkiej rozmowie, przy użyciu wielu obco brzmiących wyrazów, przedstawiają plan na najbliższe miesiące. W pośpiechu notujemy skróty, nowe słowa, próbujemy jakoś nauczyć się tego życiowo dla nas wiążącego slangu. Potem powrót do domu: znów niepokój i czekanie. Wtedy odkrywamy Internet – wpisujemy w przeglądarce hasło „rak” i miliony stron, dziesiątki tysięcy forów dyskusyjnych, gdzie co chwilę znajdujemy coraz bardziej dramatyczne historie. Pierwszy kontakt z nowotworem przez Internet jest przygnębiający. Mija trochę czasu i znów szukamy informacji. Tym razem konkretnych i bardziej precyzyjnych; mamy przecież wypunktowaną całą listę. Trafiamy w końcu na jedną z tysięcy nieatrakcyjnych graficznie stron z dobrze moderowanym forum. I bingo! Nagle czas, którego zawsze brakuje w lekarskim gabinecie, znajduje dla nas jakiś „nick”, pod którym „ukrywa się” lekarz, doświadczony pacjent albo inna zaangażowana osoba. Nikt nikogo nie popędza, uzyskujemy odpowiedź na pytania, których baliśmy się albo wstydziliśmy zadać pielęgniarce czy prowadzącemu lekarzowi. Pojawia się cień spokoju – nie jesteśmy już sami.
Opisana historia, oczywiście, celowo jest ogólna – ale jest też przez to uniwersalna. Dotyczy zasadniczej większości pacjentów. Każdy przeżywa ją inaczej, ale schemat jest za każdym razem takim sam. Niezależnie od medycznego przygotowania, od własnych możliwości, kontakt z lekarzami, z opieką zdrowotną podczas leczenia jest zawsze niewystarczający. Zawsze brakuje czasu, by zapytać, by wyjaśnić wątpliwości, by zwyczajnie porozmawiać o swojej chorobie z kimś bardziej kompetentnym od nas. Dlatego każdy pacjent szuka informacji gdzieś jeszcze. Chorowanie to wbrew pozorom ciężka praca. W ten sposób pacjent, szczególnie ten, który zmaga się z rzadką, przewlekłą albo uporczywą chorobą, choćby taką jak nowotwór, spotyka na swojej drodze stowarzyszenia i niewielkie medyczne fundacje. Każda z nich ma jeden cel – pomagać. Pozornie nic w tym nadzwyczajnego, przecież szpitale i przychodnie też pomagają. Jednak te fundacje, mimo administracyjnych i permanentnych finansowych trudności, działają ponad oficjalną opieką zdrowotną. Zmiany w funkcjonowaniu ochrony zdrowia widać przede wszystkim w formule działania medycznych NGO’sów. Poza nielicznymi wyjątkami, są to niewielkie instytucje, których możliwości w praktyce okazują się zaskakująco wielkie. Dla ludzi zaangażowanych w ich pracę nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy tylko zgłosić i opisać problem, który gdzieś indziej czekałby w kolejce przez wiele tygodni. W poczuciu typowego dla przewlekłej choroby zrezygnowania i osamotnienia pracownicy i wolontariusze są najlepszym stymulantem nadziei. Nagle ktoś ma czas, chęć i cierpliwość. Ktoś zadzwoni, zorganizuje zbiórkę pieniędzy na drogie leki, ale też na dojazdy do szpitala, bo one przecież również kosztują. Wolontariusz zrobi zakupy, umówi konsultację medyczną w innym mieście, przetłumaczy i wyśle faksem ostatnie wyniki do zagranicznej kliniki albo zwyczajnie pomoże przepędzić „złe myśli”. Medyczne fundacje, jak choćby onkologiczna DSS, czy prężenie działające stowarzyszenie chorych na GIST, mimo często absurdalnych trudności formalnych i braku środków, skutecznie tworzą równoległy system opieki zdrowotnej, w którym nie ma limitów, kolejek ani wiecznie niedopracowanego koszyka świadczeń gwarantowanych. To po prostu działa. Wolontariusze po cichu, codziennie, obok swoich zwykłych zajęć, pomagają tysiącom ludzi. Dlaczego tak mało się o tym mówi?
Ostatnie tygodnie to czas przedziwnej dyskusji o problemach ochrony zdrowia. Przedziwnej, bo odbywającej się cyklicznie na sali sądowej w trybie wyborczym. Jak zwykle bez argumentów, jak zwykle hasłowo i powierzchownie. Mimo szumnych zapowiedzi, z tej dyskusji, niestety, niewiele wyniknie. Główni dyskutanci mało o ochronie zdrowia wiedzą – mimo potencjału ustawodawczego i wykonawczego od lat wciąż drepczą w miejscu. Prócz tyle słusznego, co przewidywalnego krytykowania tej niemocy, warto też zwrócić uwagę, że obok głównego nurtu opieki zdrowotnej, funkcjonuje świat równoległy. I nie jest to ani mityczna prywatna ochrona zdrowia, ani medyczne podziemie, tylko sfera całkowicie oddolnych społecznych instytucji, które tak naprawdę nie tyle uzupełniają, co wyręczają państwo w jego podstawowych obowiązkach. Niestety, mało kto głośno mówi o dziesiątkach tych ludzi, którzy, nie dbając o swój publiczny wizerunek ani sondażowe słupki, codziennie, niezależnie od okoliczności, poświęcają własny czas i energię pomagając chorym w potrzebie. Poza incydentalnymi przypadkami nikt ich też nie docenia. Tak naprawdę to fundacje i stowarzyszenia pacjentów ramię w ramię z lekarzami zmieniają system opieki zdrowotnej w Polsce. Bez właściwie żadnego wsparcia i zainteresowania ze strony oficjalnych instytucji państwa. Zwolennicy „prawdziwej debaty o służbie zdrowia” i „okrągłego stołu ochrony zdrowia” nie zwracają na to jednak uwagi. Może warto by do kolejnej, zapowiadanej w każdym medium, wielkiej rozmowy o polskiej ochronie zdrowia, prócz kandydatów na prezydenta, zaprosić tych, którzy rzeczywiście ją zmieniają. Bardzo potrzebny „okrągły stół” w związku z sytuacją w ochronie zdrowia przy udziale wyłącznie partyjnych liderów i bez silnej reprezentacji strony społecznej, będzie, niestety, tylko kolejną fikcją, która prócz cynicznego wymieszania emocji, niczego nie zmieni. Okrągły stół jest nie tylko chwytliwym sloganem, ale przede wszystkim zobowiązującą organizatorów i uczestników formułą, w ramach której nowe pomysły powinni dyskutować głównie praktycy ochrony zdrowia, a nie wyłącznie specjaliści w powtarzaniu wyborczych haseł.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 27.06.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...