> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
A jak hipokryzja Drukuj
MagB   
22.04.2011

a_jak_hipokryzja_120.jpg

Pod pseudonimem J-23
Rok 2007, dwie kreski na teście i chwila całkowitej konsternacji, rozpaczy, wkurwienia itd. Potem działam jak robot, z jednoznacznie wytyczonym celem, zero wątpliwości, bo jedno, co wiem, to to, że mam prawo z własnych osobistych przyczyn nie chcieć mieć trzeciego dziecka.

Kupuję gazetę lokalną, cała gama ogłoszeń o wywoływaniu miesiączki. Tego samego dnia pędzę pod umówiony adres – centrum miasta. Lekarz traktuje mnie dość protekcjonalnie: mówienie na „ty”, chociaż mam już pod czterdziestkę. Sytuację odbieram jako dość upokarzającą – pełna konspiracja. Pokazuje mi kartotekę pacjentek i dodaje, że przecież wiadomo, że nie mogę się tam znaleźć, notuje mój telefon na jakimś skrawku papieru. Wypytuje, kto wie o tym, że do niego przyszłam – czy mąż wie, czy ktoś jeszcze. Potem nadaje mi pseudonim – kiedy będę dzwonić do niego, mam się nim przedstawiać. Czuję się co najmniej głupio. Potem jeszcze parę komentarzy, że jak to, żeby osoba wykształcona wyczyniała takie rzeczy i w niechcianą ciążę zachodziła… Potem aplikacja tabletek i do domu.

Po jakimś czasie dostaję planowego krwawienia, problem w tym, że chyba zbyt dużego. Jako J-23 dzwonię i się anonsuję. Okazuje się, że nie jest tak, jak być powinno. Krew sika ze mnie już strumieniami, lekarz dokonuje łyżeczkowania – oczywiście bez żadnej asysty czy znieczulenia. Pan doktor trochę wkurzony, bo cały gabinet zakrwawiony, a tu nie ma żadnej sprzątaczki i musi mopem pomachać. Ja już po wszystkim tkwię na łożu tortur i wyobraźnia mi pracuje – jak to nie zdążam do gabinetu, wykrwawiam się pod płotem, czyli mam za swoje. Ale potem wsiadam do samochodu, jadę do domu i jedno, co czuję, to ulgę. Ciśnienie puszcza, wszystko wraca do normy, życie toczy się dalej. Dobrze, że miałam te 1200 zł w gotówce…


Pomogła mi Norweżka

Był rok 1987. Studiowałam na III roku, nie miałam męża ani mieszkania. A kiedy okazało się pewnego grudniowego deszczowego dnia, że jestem w ciąży – byłam szczęśliwa, chociaż zawiódł „kalendarzyk”. Urodziłam syna, wzięłam urlop dziekański, wyszłam za mąż, wynajęliśmy mieszkanie.

Nastał rok 1993. Skończyliśmy studia, oboje pracowaliśmy, mieliśmy własne trzypokojowe mieszkanie. Usunęłam spiralę, żeby za miesiąc założyć nową. Liczyłam dni płodne i niepłodne, a jednak zaszłam w ciążę. Od początku wiedziałam, że jej nie chcę, nie akceptuję. Byłam wtedy pewna, że nie chcę mieć drugiego dziecka. Ale w Polsce weszła właśnie ustawa zakazująca aborcji. Pracowałam jednak w tamtym czasie z Norwegami, niedługo miałam jechać do Oslo na szkolenie. Powiedziałam o swoim problemie Norweżce, z którą pracowałam. Nie mogłam lepiej trafić – zorganizowała całą akcję pomocy. Jedna z laborantek miała byłego męża lekarza, który załatwił mi pobyt w szpitalu, kierowniczka laboratorium, w którym miałam mieć szkolenie, zwolniła mnie na piątek, a jeszcze inna pani zabrała mnie ze szpitala na weekend do swojego domu. W szpitalu byłam jeden dzień. Najpierw była rozmowa z psychologiem, potem wywiad medyczny, pełne znieczulenie i zabieg. Zapłaciłam tylko jakąś symboliczną kwotę na szpital.

A w roku 1996 urodziłam drugiego, bardzo oczekiwanego, syna.
I nikt poza kobietą, która tego doświadcza, nie jest w stanie zrozumieć jej uczuć, emocji. Nikt.


Aborcja farmakologiczna

Zdarzyło się to w połowie maja tego roku. Po powrocie z wakacji okazało się, że jestem w ciąży. Mimo stosowania zabezpieczeń. Nie będę tłumaczyć, dlaczego zdecydowałam się na aborcję – po prostu taka, a nie inna w tym momencie była moja decyzja i, wbrew naszemu prawodawstwu, uważam, że mam do niej prawo. To MOJE życie, MOJE ciało. I kropka.

Napisałam do holenderskiej organizacji i po wpłaceniu 70 euro i tygodniu oczekiwania otrzymałam przesyłkę. Drugą, decydującą część tabletek (mifepriston) przyjęłam w obecności mojego partnera – na wypadek, gdyby wystąpiły jakieś powikłania i trzeba było udać się do szpitala (na zasadzie „lepiej dmuchać na zimne”). Wszystko przebiegło zgodnie z opisem na stronach WoW [Women on Web, dop. red.]. Przeżywałam co prawda potem momenty paniki („a może jednak się nie udało”?), ale po wizycie u lekarza (gdzie trzeba było kłamać o „nagłej, opóźnionej, bardzo obfitej miesiączce”) okazało się, że już po wszystkim. Syndromu (depresji?) postaborcyjnego u siebie nie stwierdziłam. Jedynie ogromną ulgę. I tak jest do dzisiaj i, o ile siebie znam, będzie jutro i za 20 lat. To tyle na temat wmawianego nam kobietom „syndromu”.

Co mnie najbardziej oburza w tej historii? To, że moje państwo odmówiło mi prawa do decydowania o własnym życiu. To, że musiałam „przejść do podziemi” i załatwiać tabletki za granicą, bo nie mogłam zrobić tego w kraju, gdzie płacę podatki. Ale najbardziej wkurza mnie fakt, że w związku z nielegalnością zabiegu tym samym pozbawiono mnie prawa do opieki lekarskiej: badań, konsultacji i możliwości interwencji w razie, gdyby coś było nie tak. Nienawidzę też kłamać, a zmuszono mnie do łgania w gabinecie ginekologa, żeby nie zorientował się, co naprawdę zaszło. A wszystko to dlatego, że jakaś grupa ludzi uważa, że ich „moralność” jest obowiązująca, a wszyscy myślący inaczej są jakimś gorszym gatunkiem ludzi i dla ich własnego dobra należy wziąć do ręki bat (prawo) i narzucić im swoje przekonania.

PS. Przy okazji tego listu chciałam też przestrzec osoby szukające źródeł tabletek do aborcji farmakologicznej – nigdy nie szukajcie ich w gazetach. Sprzedawane przez handlarzy środki (A… albo jakieś jego pochodne) nie są w pełni skuteczne! Znam kilka osób z mojego otoczenia, które boleśnie się o tym przekonały. Jedna z moich przyjaciółek dwa razy zażywała prochy kupione od handlarza: krwawiła, źle się czuła, ale ciąża ciągle trwała i trzeba było zakończyć ją w pokątnym gabinecie. Żeby aborcja farmakologiczna była skuteczna, potrzebne są dwa rodzaje środków: mifepriston i mizoprostol – zażyte razem dają największe prawdopodobieństwo, że wszystko się powiedzie – tym większe, im wcześniejsza jest ciąża. Taki zestaw można kupić (albo jeżeli sytuacja materialna jest nieciekawa – można go dostać za darmo) na stronach WoW – można mieć wtedy pewność, że wszystko jest w porządku.


Miałam 44 lata i czwórkę dzieci
[…] W niechcianą ciążę zaszłam w wieku 44 lat. Miałam już czwórkę dzieci, chory kręgosłup i stawy. Nie pracowałam od wielu lat i właśnie mogłam podjąć pracę. Niestety, los spłatał mi figla, choć w miarę możliwości starałam się uniknąć kolejnej ciąży. Zawiodły dostępne mi środki antykoncepcyjne. W tym momencie muszę podkreślić, że mam ogromny żal do męża, gdyż sprawę antykoncepcji przerzucił na mnie. On chciał być zaspokojony, ale sam nie wysilał się nawet na prezerwatywę, bo mu to przeszkadzało. Dla mnie z przyczyn obiektywnych nie wszystkie metody były dostępne.

Do tej pory dziecko kojarzyło mi się tylko ze szczęściem. Kochałam wszystkie nad życie, uwielbiałam zajmować się nimi, one uwielbiały mnie. Może nawet była to przesadna miłość. Przez wszystkie lata rodzina nie pomagała mi w ich wychowaniu. Może to spowodowało, że gdy dzieciaki podrosły, poczułam się bardzo wypalona, zmęczona. Miałam ogromną chęć (i chyba prawo) na odpoczynek. Na przespane noce, na czas dla siebie, realizację młodzieńczych marzeń, które ciągle były odkładane. Właśnie nadszedł na to czas i wtedy… klops!

Zaczęły się bezsenne noce, bicie się z myślami: dlaczego muszę wybierać? Dlaczego ten wybór jest tak trudny? Poczucie żalu, że wszystko skrupi się na mnie, bez względu na to, co zrobię, że właściwie to jest już sytuacja bez wyjścia. Chciałam zapaść się pod ziemię, nie istnieć. Och, gdybym mogła cofnąć czas! To jedyne, co dałoby mi ulgę. Niestety, zupełnie nierealne. Teraz powiem, do czego doszłam dużo później, ale chcę by zabrzmiało to tutaj: ważniejszy niż możliwość aborcji jest nieograniczony i świadomy dostęp do środków antykoncepcyjnych w przypadku, gdy kobieta ciąży nie planuje. Myślę bowiem, że mało jest kobiet, dla których aborcja jest tylko zabiegiem. […]

Gdybym wtedy mogła porozmawiać z kimś kompetentnym, zapytać, czy kręgosłup wytrzyma kolejną ciążę, albo czy psychika wytrzyma jej przerwanie… Niestety, nie miałam do kogo się zwrócić. I tu kolejny postulat: poradnictwo medyczne i psychologiczne dla kobiet w ciąży musi byc ogólnodostępne. Kobiety nie mogą bać się iść po poradę, „bo potem ktoś je będzie ścigał za przerwanie ciąży”. Pamiętam, że byłam w potrzasku, gdy uświadamiałam sobie, że muszę podjąć decyzję szybko, żeby nie okazało się za późno; samodzielnie, bez konsultacji z lekarzem, bo to ryzykowne.

Nie mogłam też rozmawiać z mamą ani teściową, bo one uważały już przy czwartym dziecku, że to za wiele. Mąż wspaniałomyślnie pozostawił decyzję dla mnie, z lekkim wskazaniem na przerwanie (dla mego dobra). Może gdybym nie miała pieniędzy, sprawa potoczyłaby się inaczej. Tu jednak przyjaciółka zaofiarowała się z pożyczką. Dla niej zabieg w moim przypadku był oczywistością. Może ta jej pewność przeważyła szalę i podjęłam decyzję. To, co działo się po zabiegu, to horror. Lekarz, gdy skasował należność, stał się rozmowny i powiedział, że jeśli wychowaliśmy czworo, to i piąte by się wychowało! Nie zauważył, biedaczek, że kwadrans temu nie miał skrupułów. Kobieta, u której nocowałam po zabiegu (dobra dusza rodziny), przyznała zdecydowanie, że jest przeciwna aborcji. […] Do domu wróciłam już jako inna osoba. Nie mogłam spojrzeć dzieciom w oczy. Nie mogłam patrzeć na męża, przypisując mu winę za ciążę i za to, że nie zapobiegł jej usunięciu.

[…] Myślałam, że nowa praca da mi wytchnienie. Jednak nieoczyszczona rana ropiała. Sny w rodzaju: ile nasza rodzina ma dzieci – czwórkę czy piątkę? zdarzały się coraz częściej i zlewały się z jawą. Wyrzuty sumienia przerodziły się w depresję. Rozpoczęłam leczenie, kolejne psychoterapie. Na jednej z nich poradzono, bym podzieliła się z dziećmi „informacją” o aborcji. Uzasadniano, że może mi to ulży i przyniesie korzyść dzieciom, gdyż zrozumieją moje kłopoty ze zdrowiem i może dla nich będzie to ostrzeżenie. Nie wiem, czemu dałam się zwieść tak absurdalnej propozycji. Najpierw powiedziałam starszej córce, za jakiś czas młodszej. O ile starsza jakoś sobie z tym poradziła, to młodsza zamknęła się w sobie, odwróciła się ode mnie i do dziś nie umiem odbudować z nią kontaktu.

Dalsze konsekwencje to coraz więcej leków, pobytów w szpitalu, próba samobójcza, przejście na rentę i kompletny brak kontaktu z dziećmi, które nie rozumieją mnie i mojej choroby, nie wiedzą, jak odnosić się do matki, która przynajmniej raz w roku odwiedza szpital psychiatryczny. Z depresji nawracającej choróbsko przerodziło się w zaburzenia dwubiegunowe. W okresie hipomanii czuję się początkowo wspaniale, ale po krótkim czasie jestem nieobliczalna, nawet sama dla siebie. Rokowania są niekorzystne. Z tej choroby się nie wychodzi.

Może to kara za przerwanie ciąży? Tylko dlaczego dotyka ona nie tylko mnie, ale i moje dzieci? Dlaczego nasi ustawodawcy, kler i ginekolodzy śpią spokojnie?

Mam tylko 55 lat, ale już nigdy nie będę pracowała. Marzenia o podróżach, zapewnienie godnego startu dzieciom, spokojna starość u boku kochających najbliższych osób – to wszystko legło w gruzach, bo zdecydowałam się na zabieg, nie znając jego konsekwencji. Gdyby wtedy uświadomiono mi, jakie spustoszenie w psychce kobiety może poczynić aborcja, wolałabym pewnie jeździć na wózku inwalidzkim i jadać suchy chleb, ale ciąży nie przerywać. Gdybym jeszcze wcześniej miała dostęp do najlepszego dla siebie środka antykoncepcyjnego, nie doszłoby pewnie do ciąży.

Chciałabym, by moje złe doświadczenia nie poszły na marne. Zrujnowałam życie sobie i mojej rodzinie, ale może zdołam pomóc innym kobietom, wspierając je, gdy będą musiały podejmować trudne decyzje. Nie wiem, czy wybiorą aborcję, czy donoszenie ciąży, i czy ich wybór będzie dla nich dobry, ale mają prawo znać i taką beznadziejną historię […].

***
Przeczytałam ponownie historię opisaną przez siebie. Można z niej wywnioskować, że gdybym miała głosować „za” lub „przeciw” aborcji, to wybrałabym „przeciw”. To jednak tylko mylące pozory. Zanim spełnią się marzenia o dostępie do środków antykoncepcyjnych i o uświadomieniu kobiet i mężczyzn, wyleje się wiele ludzkich łez i krwi. Znając realia życia kobiet, szczególnie w Polsce, jestem zdecydowanie za ich prawem do aborcji. Koniecznie trzeba uświadomić kobiecie skutki tego kroku, ale ostateczną decyzje pozostawić jej. I nie piętnować tego kroku, nie grozić karą boską, sądem piekielnym i rejonowym. Zabieg ten powinien być wykonywany w szpitalu, by miały do niego dostęp kobiety najbiedniejsze, a nie tylko te, które stać na niemały przecież wydatek. Zdrowie „matek Polek” ma chyba swoją cenę?


Przerywanie ciąży w Niemczech

Witam,
obserwuję blog od początku jego istnienia. Chciałam dodać własne doświadczenie, nawet jeśli nie odbyło się w podziemiu – lub może właśnie dlatego. Miałam wtedy 20 lat. Wyjechałam na urlop i miałam małą przygodę z pewnym młodzieńcem. Na okres czekałam 6 tygodni. Czułam już wyraźne zmiany ciała, zmianę apetytu, papierosy przestały mi smakować. Wiedziałam, że jestem w ciąży, ale miałam nadzieję, że może jednak…

Mieszkam w Niemczech. Zanim poszłam do ginekologa, już podjęłam decyzję o aborcji. Byłam pewna. Miałam oczywiście obawy moralne, ale wiedziałam, że wolę żyć z tym niż z dzieckiem, którego nie chcę. Młodzieniec nic o tym nie wiedział, nie miał nic o tym wiedzieć, była to wyłącznie moja decyzja. Zrobiłam termin u ginekologa. Na pytanie, z jakiego powodu tak pilnie chcę mieć termin, odpowiedziałam bez obaw, że myślę, że jestem w ciąży. Na następny dzień dostałam termin. Musiałam oddać próbę moczu i usiąść w poczekalni. Pani doktór poprosiła mnie do gabinetu i spytała się mnie, kiedy była ostatnia miesiączka, jakie mam objawy i zapytała, czy chcę urodzić dziecko. Odpowiedziałam, że nie. Odwróciła więc ekran USG, abym nie musiała się na niego patrzeć.

Oczywiście byłam w ciąży. Pani doktór kazała mi się ubrać i przygotowała papiery. Aborcje przeprowadza dwa razy w tygodniu w swoim gabinecie z anestezjologiem i pielęgniarką. Prawo wymaga, że trzeba iść do innej osoby uprawnionej, która jeszcze raz omawia decyzję przeprowadzenia aborcji. Moja pani doktór skierowała mnie jeszcze tego samego dnia do znajomej pani doktór, która była równie miła i spokojnie omówiła ze mną wszystkie wątki. Nie było dyskusji. Żadnej. Nikt nie próbował mi wmawiać, że robię coś niedobrego.

Termin usunięcia ciąży był jakiś czas później, nie pamiętam, ile dni minęło, ale czułam się spokojna i bezpieczna. Poszłam z mamą do gabinetu. Znałam panią doktór, anestezjolog był bardzo miły i coś tam opowiadał, aż po kilku sekundach zasnęłam. Obudziłam się w innym pomieszczeniu. W tym momencie przyszła pielęgniarka ze szklanką wody, pytając się mnie, jak się czuję. Było w porządku. Kręciło mi się trochę w głowie, ale poza tym nic mi nie było. Oczywiście krwawiłam, ale wiedziałam, że krwawienia będą. Dostałam tabletki na skurczenie macicy. Pani doktór dała mi swój numer komórkowy, abym mogła do niej zadzwonić w razie potrzeby. Po zabiegu poszłam z mamą na lody. Było po wszystkim. Nie żałuję niczego, jest to częścią mojego życia i nie będę udawała, że tego nie było. Mogę normalnie o tym rozmawiać i nie muszę czuć się źle. Nikt mi nie mówi, że postąpiłam niemoralnie. Życzę tego wszystkim kobietom na świecie.


Zabieg wykonałam wieszakiem

Mam 28 lat, obecnie mieszkam za granicą. Mam dobrą pracę, wyższe wykształcenie.

Na pierwszym roku studiów (w Polsce) przytrafiła mi się „wpadka”. Cóż, zamiast czekać, co będzie, wykonałam zabieg metodą Whoopi Goldberg, czyli metalowym wieszakiem do ubrania. Nawet do końca nie wiem, czy byłam w ciąży, pewnie nie, ale pamiętam tę panikę, strach. Jedyną metodą, jaką mogłam sprawdzić, czy jestem w ciąży, był sławny „patyczek do sikania”, a jak wiadomo, te bywają wielce zawodne.

Tu, gdzie teraz mieszkam, aborcja, pigułka „po” i środki antykoncepcyjne są szeroko dostępne. Młode dziewczyny wiedzą dużo o swoim ciele i o tym, jak się zabezpieczać. Można o tym normalnie rozmawiać. Jednym słowem – liberalne piekło z najczarniejszych snów o. Rydzyka… A dzieci rodzi się tu dużo więcej niż w Polsce. I rodzina też wygląda inaczej – nie ma scenariuszy, że „wpadła, no to się pobrali”. Więc te dzieci, które się rodzą, są CHCIANE. Myślę, że to kolejny powód, dla którego warto się zastanowić nad zalegalizowaniem aborcji.



a_jak_hipokryzja_200.jpgSą to listy kobiet z książki A jak hipokryzja Antologia tekstów o aborcji, władzy, pieniądzach i sprawiedliwości, red. Claudia Snochowska-Gonzalez, Wydawnictwo O Matko!, Warszawa 2011.

Wszelkie zmiany w tekście i skróty pochodzą od redakcji.

  

  

  

  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Krzysztof  - A gdzie odpowiedzialność?   |23.04.2011 13:32:30
Wszędzie podane są dramatyczne przykłady już dojrzałych odpowiedzialnych kobiet,
które zaszły w niechcianie w ciążę i ta ciążą grozi strasznymi
konsekwencjami.

Nachodzi mnie teraz pytanie, czy wyzbyliśmy się jakiejkolwiek
odpowiedzialności za swoje czyny? Jeżeli podejrzewamy, że ciąża nam zagraża,
czemu ryzykujemy zajście w nią w państwie gdzie aborcja jest zakazana.
Tu nie
ma mowy o pretensjach wobec państwa, wobec kościoła, wobec kleru czy wobec
nikogo.
Jesteśmy świadomi tego w jakim państwie żyjemy, jakie są realia i jakie
jest ryzyko. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i zaakceptować nijako
swoją decyzję o podjęciu ryzyka, a nie w razie czego wyskrobać ‘kłopotliwy
płód’.

Trzeba się zastanowić nad tym, czy aborcja nie otwiera niebezpiecznych
drzwi, nie tylko zabijania dzieci wg niektórych norm moralanych, ale drzwi do
nieodpowiedzialności i beztroski, myślenia, że każde działanie nie ma swoich
konsekwencji, gdyż zawsze problem można zażegnać i jedyną konsekwencją naszych
czynów jest wycieczka do apteki po pigułki.
Spokojny   |24.04.2011 10:44:08
Odpowiedzialność ma występować, ale nie po stronie kobiety tylko po stronie
mężczyzny. Jeśli ona się zdecyduje na rodzenie on ma płacić alimenty i poczuwać
się do roli ojca w każdym wymiarze jakiego ona sobie zażyczy. Bo mógł się
przecież wcześniej zabezpieczyć. Nie ma takiej opcji, żeby on się mógł wycofać.
Kiedy jednak to ona się chce wycofać dokonując aborcji nie ma mowy o
analogicznym argumencie - że "przecież można się było zabezpieczyć".
Wtedy wszelkie próby wpuszczenia jej w rolę matki są przemocą patriarchatu.
Czyli kiedy kobieta jest przymuszana do roli matki jest to przemoc patriarchatu,
a kiedy mężczyzna jest przymuszany do roli ojca jest to nawoływanie do
podstawowej odpowiedzialności.
Podobna zmienność obowiązuje w sprawie statusu
organizmu który się w kobiecie zagnieździł. Jeśli ona zdecyduje, że to jest
dziecko, mężczyzna który do tego się przyczynił zostaje nazwany "ojcem
dziecka" i ma od tej pory obowiązki. Ona sama ma prawa matki. Jeśli dojdzie
do samoistnego poronienia ona sama ma prawo do bardzo długiego urlopu dla
psychologicznej rekonwalescencji, do odszkodowania, do przeprowadzenia pogrzebu
itd. Dzieje się to wszystko na mocy jej własnej decyzji. Postanowienia, że ów
twór jest dzieckiem. Jeśli natomiast ona postanowi, że ten twór jest zygotą,
płodem czy jak to zwał należy jej się aborcja na życzenie i wszelkie pytania o
stronę etyczną są w takim wypadku nie tylko nie na miejscu, ale są wręcz
opresyjne. Mężczyzna który się przyczynił do zagnieżdzenia się tego organizmu
nie jest wtedy ojcem (bo nie ma przecież żadnego dziecka) i nie ma żadnych praw
ojca. Jest nikim, ponieważ ona zdecydowała, że to nie jest dziecko tylko płód.
Jeśli jej się jednak w ostatniej chwili coś odmieni i już w gabinecie aborcyjnym
ona zdecyduje, że nie płód tylko dziecko, znów wszyscy mamy podejść do tego ze
zrozumieniem i całkowicie płynnie dostosować się do zmiany. Lekarz dokonujący
zabiegu ma się uśmiechnąć empatycznie, a dotychczas będący nikim mężczyzna ma
stać się w pełni odpowiedzialnym ojcem. Płacić alimenty, interesować się, może
nawet ożenić. No bo mógł sie przecież zabezpieczać. Chyba, że następnego dnia
jej się znów odwidzi i znów płód nie dziecko. Wtedy on nie ma prawa tego
kwestionować. Bo jej brzuch, jej sprawa. H jak histeria.
mcwal  - My szczęśliwi faceci   |24.04.2011 19:17:46


Jakie to szczęście że Pan Krzysztof i ja jesteśmy facetami (mam nadzieję
że dojrzałymi) i odpowiedzialność to nie nasza domena.
Maaaaria  - Biedni Panowie..   |26.04.2011 11:33:25
Wszystko cudnie Panowie. Tylko, ze NIESTETY - co mnie wkurwia do bialej goraczki
- natura, kultura i patriarchat tak to urzadzily, ze na razie kobieta niesie
ciezar, raz ze decyzji, ale przede wszystkim pozniejszych konsekwencji. Poza
promilem wyjatkow (szacunek dla tych Panow), dla ktorych bycie tata to cos
wiecej niz alimenty, badz laskawe zajecie sie dzieckiem na 20 min po powrocie do
domu. To glownie kobieta siedzi z dzieckiem tonac we wrzaskach, pieluchach i
papkach, czytajac po raz 153-ci ta sama dwuwersowa ksiazeczke. Jest to
kompletnie odmozdzajace. Poza tym ciaza to OGROMNE obciazenie dla organizmu, a
czesto i zdrowia - szczegolnie jak nie jest sie 20-latka. To fizyczne zmiany,
potworny bol, ogromne zmiany psychiczne i emocjonalne. Potem moga byc rozciete
krocza, pogryzione sutki i tysiace innych rzeczy. Dla was to co musicie
poswiecic to tylko ew uczucia i emocje, czas i pieniadze. KOBIETY PLACA TEZ
CIALEM I ZDROWIEM. A to juz jest nie do odzyskania.
chatte botte   |26.04.2011 12:37:54
Za każdym razem gdy czytam tutaj wynurzenia kobiet na temat ciąży, aborcji, wychowania…, czy są to wypowiedzi autorek czy w końcu komentatorek, dochodzę do
wniosku, że należałoby im zadać to podstawowe pytanie, będące implicite pytaniem o świadomość indywidualną: czego chcecie?
Proszę mnie poprawić, bo nierzadko nie zaglądam na stronę tygodniami, ale
nie przeczytałam tutaj wypowiedzi kobiet, które wyraziłyby stan
szczęścia z posiadania pociech, stan, który jest mi znany. Nie
przeczytałam wypowiedzi, no np.: "dajcie spokój, dziewczyny, przecież
powinnyście być świadome siebie i własnych czynów, w końcu
faktów, przed jakimi postawiło was życie, a mieć dziecko to cudowna
rzecz", bo w ostateczności, "jeśli je urodzicie i wychowacie, nawet
w biedzie, o której tyle piszecie, ale dacie dzieciom (nawet
przypadkowym!) miłość, do końca życia będziecie spełnione i będziecie miały
dla kogo żyć". Na przykład.
Tutaj odbywa się odwieczna walka
genderowa, żeńskie vs. męskie, za i przeciw, jakby o tym w ogóle dało
się dyskutować. Otóż nie da się. Tutaj nie widać żadnej przeciwwagi
dla myślenia, żadnej alternatywy w rodzaju: a przecież nie
mając dzieci, nie mając możliwości ich posiadania, także MUSIAŁYBYŚMY
COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ…
Niektóre felietony i dyskusje są dziecinne, nie dadzą
nic, a jedynie pozwolą wyrzucić z siebie trochę emocji i zagrać na
emocjach innych.
No bo przecież dziewczyny/kobiety: nie miejcie dzieci,
nie wychodźcie za mąż, nie bierzcie odpowiedzialności, nie gotujcie
się na "potworny bol, ogromne zmiany psychiczne i emocjonalne"…
Zobaczymy, czy wówczas będziecie tak szczęśliwe i zadowolone jak
mogłoby się wydawać, że możecie być, nie robiąc tego wszystkiego o czym
piszecie, że robić musicie.
No bo w zasadzie czy jest tutaj
choćby jedna kobieta, która i ma dzieci albo decyduje się na nie
świadomie, jest zadowolona z męża/partnera (bo jest najlepszy jaki może
być, a końcu każdy partner jest reakcją na akcję, a jeśli nie da
się, to można od niego odejść…), która żyje z tego co ma i stara
się, by było lepiej oraz, last but not least, umie zwyczajnie odpuścić i robić swoje? Bo jest tak, Drogie Panie, że
tzw. czasy, w porównaniu do tego, co było 20 lat wstecz, są
prościusieńkie, pieniądze wciąż dają się zarobić i to nie musząc żyć w
maleńkim pokoju u teściów, prosząc ich o jałmużnę. Niektóre z Was, które
tutaj piszą, miały/mają/mieć będą stypendia i granty, będą wyjeżdżać i
będą żyły jak im się żywnie podoba. No więc po co to łkanie? Nie lepiej
zająć się konkretnie naprawianiem świata, skoro tak bardzo nastała
potrzeba, i konkretnymi problemami a nie podpuszczaniem innych i pisaniem o
tym, co jedynie podbija bębenek a i tak nic nikomu nie da?
Mefta   |26.04.2011 15:27:11
chatte botte* to nie jest takie proste jak piszesz. Ciąża, poród,wychowywanie
dziecka to jest indywidualna sprawa, bez sensem jest generalizowanie. Oskarżanie
matek o to, że wiecznie narzekają jest co najmniej krzywdzące, bo każda kobieta
ma inne emocje, inaczej przeżywa, ma inne warunki i możliwości. Mężczyźni i
kobiety decydujący się na dziecko wychowują je wspólnie i na pewno jest im
łatwiej, ale czasem jak to w życiu się zdarza dziecko jest przypadkiem. Chwila,
emocje, miejsce… wiele się składa na to, że głowę można stracić a konsekwencja
tego jest dziecko. Po prostu pozwólmy, czy to kobietom, czy mężczyznom decydować
za siebie :)
chatte botte   |26.04.2011 20:23:05
Dziękuję Mefta, ale właściwie to poparłaś jedynie to, co sama chciałam
powiedzieć, usłyszałam coś, co zwyczajnie chciałabym usłyszeć:
"Chwila,
emocje, miejsce
viking   |26.04.2011 21:28:54
Tu nie chodzi o to, żeby nie decydować za siebie. Chodzi o dyskurs, który
sprowadza kwestie ciąży, porodu i posiadania dzieci do kobiecej martyrologii.
Ja
wiem, że tak bywa i, że w pewnych warunkach ciąża może się stać tragedią.
Czytając te teksty, które krytykuje chatte botte można jednak odnieść wrażenie,
że tak jest zawsze.

Nawiasem mówiąc, ciekawe jak się czuje mężczyzna, którego
partnerka (chwilowa, na całe życie czy jakakolwiek) mówi:

"Młodzieniec nic
o tym nie wiedział, nie miał nic o tym wiedzieć, była to wyłącznie moja
decyzja."

Nie wiem kim był "młodzieniec" i czy chciał mieć dziecko.
Wiem tylko, że gdybym się dowiedział, że moja dziewczyna podjęła taką decyzję,
nie mówiąc mi o tym ani słowa, zerwałbym z nią wszelkie stosunki.
berkano   |27.04.2011 17:46:44
Mam propozycję do miłych panów, którzy w kobietach widzą jedynie idiotki, które
nie wiedzą co to odpowiedzialność i mają czelność decydować o sobie. Otóż
zróbcie sobie wazektomię, będziecie mieć wtedy całkowitą pewność, że żadna
idiotka nie wrobi was w alimenty. Prawda jakie to proste? Mężczyźni są
nieodpowiedzialni, pchają się do łóżka każdej chętnej, a potem lament. trochę
odpowiedzialności panowie, odpowiedzialności. Nawet ten pan, który uważa, że też
ma prawo decydować o aborcji lub nie, partnerki. Zanim się zaspokoisz zapytaj
się kobiety czy w razie czego jest gotowa na dziecko, jeśli nie, to spadaj.
Nickname   |29.04.2011 11:52:31
Mam kontrpropozycję dla pań które nie zamierzają mieć dzieci i wszelkich
problemów z tym związanych: nie zgadzać się na seks. Chyba jeszcze prostsze niż
zabiegi. Odpowiedzialność za ciążę jest po obu stronach. To że mężczyźni się
pachają do łóżka to jedno, to że kobiety wpuszczają to drugie o czym się często
zapomina lub pomija.
chatte botte   |29.04.2011 12:37:37
"Zanim się zaspokoisz zapytaj
się kobiety czy w razie czego jest gotowa na
dziecko, jeśli nie, to spadaj".

A to już jest bezczelność w formie czystej.
Jako kobieta, bo z pewnością tę robotę winna wykonać Pani matka, proponuję: nie
rozkładaj nóg gdy nie jesteś kogoś pewna, i gdy chodzi ci tylko o własne
zaspokojenie i jedynie przyjemność. Jak zajdziesz w ciążę, a nie będzie to
wynikiem partnerstwa a wyłącznie twojego zadowolenia, weź odpowiedzialność taką,
jak rozdawałaś przyjemność, czyli po równo. Inaczej nie dyskutuj, bo nie masz do
tego najmniejszego prawa.
A jeśli twoja nieświadomość cię przerasta i zrzucasz
winę za użycie własnego ciała i przyjemności wyłącznie na tych podłych samców,
zrób sama z sobą to, co im proponujesz. Twoje ciało to przecież TYLKO twoje
ciało i TYLKO ty o nim decydujesz. Jakie to proste, nieskomplikowane,
racjonalne, sprawiedliwe i wykluczające hipotetyczne wybory moralne później.
aniq  - wqrw   |07.05.2011 00:03:14
Przeczytałam parę komentarzy szanownych panów i słabo mi się robi. Piątek dziś
więc nie chcę się nadmiernie denerwować. Zacytuję tylko słowa z filmu If these
walls could talk:
"Listen honey, if men could get pregnant, abortion would
be a sacrament" i finito.
sandra  - re: A gdzie odpowiedzialność?   |28.07.2011 20:38:33
Krzysztof napisa?:
Wszędzie podane są dramatyczne przykłady już dojrzałych odpowiedzialnych
kobiet, które zaszły w niechcianie w ciążę i ta ciążą grozi
strasznymi konsekwencjami.

Nachodzi mnie teraz pytanie,
czy wyzbyliśmy się jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje czyny?
Jeżeli podejrzewamy, że ciąża nam zagraża, czemu ryzykujemy zajście w nią w
państwie gdzie aborcja jest zakazana.
Tu nie ma mowy o pretensjach
wobec państwa, wobec kościoła, wobec kleru czy wobec nikogo.
Jesteśmy
świadomi tego w jakim państwie żyjemy, jakie są realia i jakie jest
ryzyko. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i zaakceptować nijako
swoją decyzję o podjęciu ryzyka, a nie w razie czego
wyskrobać ‘kłopotliwy płód’.

Trzeba się zastanowić nad tym, czy
aborcja nie otwiera niebezpiecznych drzwi, nie tylko zabijania dzieci wg
niektórych norm moralanych, ale drzwi do nieodpowiedzialności
i beztroski, myślenia, że każde działanie nie ma swoich konsekwencji,
gdyż zawsze problem można zażegnać i jedyną konsekwencją naszych czynów
jest wycieczka do apteki po pigułki.


To moze niech pan Krzysztof zajmie sie uczeniem wlasnych dzieci
odpowiedzialnosci by nigdy przenigdy nie popelnily zandego
niechcianego bledu, a kobiety niech zostawi w spokoju, by mogly same
decydowac czy chca czy nie chca byc odpowiedzialne.
sandra  - re:   |28.07.2011 20:47:25
Nickname napisa?:
Mam kontrpropozycję dla pań które nie zamierzają mieć dzieci i wszelkich
problemów z tym związanych: nie zgadzać się na seks. Chyba
jeszcze prostsze niż zabiegi. Odpowiedzialność za ciążę jest po obu
stronach. To że mężczyźni się pachają do łóżka to jedno, to że kobiety
wpuszczają to drugie o czym się często zapomina lub pomija.


Nickname to wg Ciebie sex ma sluzyc jedynie prokreacji???? wspolczuje…
sandra  - Cytujac ”slabo sie robi”   |28.07.2011 20:57:28
Dokladnie, czytajac komentarze szanownych jakze odpowiedzialnych panow, ”slabo
sie robi”to delikatnie powiedziane. Moje cialo, moja odpowiedzialnosc lub jej
brak. Cale szczescie wiem czym sa srodki antykoncepcyjne, ale wiele jest kobiet,
ktore nie sa zorientowane w temacie lub finansowo nie moga sobie na nie
pozolic. Jedno opakowanie tabletek anty kosztuje 50 zl, starcza na miesiac.
Mieszkam za graniaca wiec moge sobie pozwolic. W Polsce, gdzie sytuacja
przecietnej kobiety wyglada jak wyglada- pigulki sa po prostu za drogie. Zreszta
i te moga zawiesc.I co, pigulki zawodza a ja nagle mam rzucac prace, studia,
(wpisz cokolwiek)przewracac zycie do gory nogami bo jednemu z drugim wydaje sie,
ze maja prawo decydowac o tym co jest dla mnie wazne lub swiete? Juz nie
wspominam tutaj o sprawach zdrowia, gwaltu, podejrzenia choroby plodu…o tym w
ogole nie powinno sie dyskutowac. Tak, jestem za prawem do aborcji nawet w
najbardziej trywialnych przypadkach takich jak po prostu ”brak ochoty” na
ciaze. Moje cialo-moja sprawa. Martwcie sie o was samych hipokryci.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.04.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.74834 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273