|
Pod pseudonimem J-23
Rok 2007, dwie kreski na teście i chwila całkowitej konsternacji,
rozpaczy, wkurwienia itd. Potem działam jak robot, z jednoznacznie
wytyczonym celem, zero wątpliwości, bo jedno, co wiem, to to, że mam
prawo z własnych osobistych przyczyn nie chcieć mieć trzeciego dziecka.
Kupuję gazetę lokalną, cała gama ogłoszeń o wywoływaniu miesiączki. Tego
samego dnia pędzę pod umówiony adres – centrum miasta. Lekarz traktuje
mnie dość protekcjonalnie: mówienie na „ty”, chociaż mam już pod
czterdziestkę. Sytuację odbieram jako dość upokarzającą – pełna
konspiracja. Pokazuje mi kartotekę pacjentek i dodaje, że przecież
wiadomo, że nie mogę się tam znaleźć, notuje mój telefon na jakimś
skrawku papieru. Wypytuje, kto wie o tym, że do niego przyszłam – czy
mąż wie, czy ktoś jeszcze. Potem nadaje mi pseudonim – kiedy będę
dzwonić do niego, mam się nim przedstawiać. Czuję się co najmniej
głupio. Potem jeszcze parę komentarzy, że jak to, żeby osoba
wykształcona wyczyniała takie rzeczy i w niechcianą ciążę zachodziła… Potem aplikacja tabletek i do domu.
Po jakimś czasie dostaję planowego krwawienia, problem w tym, że chyba
zbyt dużego. Jako J-23 dzwonię i się anonsuję. Okazuje się, że nie jest
tak, jak być powinno. Krew sika ze mnie już strumieniami, lekarz
dokonuje łyżeczkowania – oczywiście bez żadnej asysty czy znieczulenia. Pan doktor trochę wkurzony, bo cały gabinet zakrwawiony, a tu nie ma
żadnej sprzątaczki i musi mopem pomachać. Ja już po wszystkim tkwię na
łożu tortur i wyobraźnia mi pracuje – jak to nie zdążam do gabinetu,
wykrwawiam się pod płotem, czyli mam za swoje. Ale potem wsiadam do
samochodu, jadę do domu i jedno, co czuję, to ulgę. Ciśnienie puszcza,
wszystko wraca do normy, życie toczy się dalej. Dobrze, że miałam te
1200 zł w gotówce…
Pomogła mi Norweżka
Był rok 1987. Studiowałam na III roku, nie miałam męża ani mieszkania. A kiedy okazało się pewnego grudniowego deszczowego dnia, że jestem w ciąży – byłam szczęśliwa, chociaż zawiódł „kalendarzyk”. Urodziłam syna, wzięłam urlop dziekański, wyszłam za mąż, wynajęliśmy mieszkanie.
Nastał rok 1993. Skończyliśmy studia, oboje pracowaliśmy, mieliśmy własne trzypokojowe mieszkanie. Usunęłam spiralę, żeby za miesiąc założyć nową. Liczyłam dni płodne i niepłodne, a jednak zaszłam w ciążę. Od początku wiedziałam, że jej nie chcę, nie akceptuję. Byłam wtedy pewna, że nie chcę mieć drugiego dziecka. Ale w Polsce weszła właśnie ustawa zakazująca aborcji. Pracowałam jednak w tamtym czasie z Norwegami, niedługo miałam jechać do Oslo na szkolenie. Powiedziałam o swoim problemie Norweżce, z którą pracowałam. Nie mogłam lepiej trafić – zorganizowała całą akcję pomocy. Jedna z laborantek miała byłego męża lekarza, który załatwił mi pobyt w szpitalu, kierowniczka laboratorium, w którym miałam mieć szkolenie, zwolniła mnie na piątek, a jeszcze inna pani zabrała mnie ze szpitala na weekend do swojego domu. W szpitalu byłam jeden dzień. Najpierw była rozmowa z psychologiem, potem wywiad medyczny, pełne znieczulenie i zabieg. Zapłaciłam tylko jakąś symboliczną kwotę na szpital.
A w roku 1996 urodziłam drugiego, bardzo oczekiwanego, syna.
I nikt poza kobietą, która tego doświadcza, nie jest w stanie zrozumieć jej uczuć, emocji. Nikt.
Aborcja farmakologiczna
Zdarzyło się to w połowie maja tego roku. Po powrocie z wakacji okazało się, że jestem w ciąży. Mimo stosowania zabezpieczeń. Nie będę tłumaczyć, dlaczego zdecydowałam się na aborcję – po prostu taka, a nie inna w tym momencie była moja decyzja i, wbrew naszemu prawodawstwu, uważam, że mam do niej prawo. To MOJE życie, MOJE ciało. I kropka.
Napisałam do holenderskiej organizacji i po wpłaceniu 70 euro i tygodniu oczekiwania otrzymałam przesyłkę. Drugą, decydującą część tabletek (mifepriston) przyjęłam w obecności mojego partnera – na wypadek, gdyby wystąpiły jakieś powikłania i trzeba było udać się do szpitala (na zasadzie „lepiej dmuchać na zimne”). Wszystko przebiegło zgodnie z opisem na stronach WoW [Women on Web, dop. red.]. Przeżywałam co prawda potem momenty paniki („a może jednak się nie udało”?), ale po wizycie u lekarza (gdzie trzeba było kłamać o „nagłej, opóźnionej, bardzo obfitej miesiączce”) okazało się, że już po wszystkim. Syndromu (depresji?) postaborcyjnego u siebie nie stwierdziłam. Jedynie ogromną ulgę. I tak jest do dzisiaj i, o ile siebie znam, będzie jutro i za 20 lat. To tyle na temat wmawianego nam kobietom „syndromu”.
Co mnie najbardziej oburza w tej historii? To, że moje państwo odmówiło mi prawa do decydowania o własnym życiu. To, że musiałam „przejść do podziemi” i załatwiać tabletki za granicą, bo nie mogłam zrobić tego w kraju, gdzie płacę podatki. Ale najbardziej wkurza mnie fakt, że w związku z nielegalnością zabiegu tym samym pozbawiono mnie prawa do opieki lekarskiej: badań, konsultacji i możliwości interwencji w razie, gdyby coś było nie tak. Nienawidzę też kłamać, a zmuszono mnie do łgania w gabinecie ginekologa, żeby nie zorientował się, co naprawdę zaszło. A wszystko to dlatego, że jakaś grupa ludzi uważa, że ich „moralność” jest obowiązująca, a wszyscy myślący inaczej są jakimś gorszym gatunkiem ludzi i dla ich własnego dobra należy wziąć do ręki bat (prawo) i narzucić im swoje przekonania.
PS. Przy okazji tego listu chciałam też przestrzec osoby szukające źródeł tabletek do aborcji farmakologicznej – nigdy nie szukajcie ich w gazetach. Sprzedawane przez handlarzy środki (A… albo jakieś jego pochodne) nie są w pełni skuteczne! Znam kilka osób z mojego otoczenia, które boleśnie się o tym przekonały. Jedna z moich przyjaciółek dwa razy zażywała prochy kupione od handlarza: krwawiła, źle się czuła, ale ciąża ciągle trwała i trzeba było zakończyć ją w pokątnym gabinecie. Żeby aborcja farmakologiczna była skuteczna, potrzebne są dwa rodzaje środków: mifepriston i mizoprostol – zażyte razem dają największe prawdopodobieństwo, że wszystko się powiedzie – tym większe, im wcześniejsza jest ciąża. Taki zestaw można kupić (albo jeżeli sytuacja materialna jest nieciekawa – można go dostać za darmo) na stronach WoW – można mieć wtedy pewność, że wszystko jest w porządku.
Miałam 44 lata i czwórkę dzieci
[…] W niechcianą ciążę zaszłam w wieku 44 lat. Miałam już czwórkę dzieci,
chory kręgosłup i stawy. Nie pracowałam od wielu lat i właśnie mogłam
podjąć pracę. Niestety, los spłatał mi figla, choć w miarę możliwości
starałam się uniknąć kolejnej ciąży. Zawiodły dostępne mi środki
antykoncepcyjne. W tym momencie muszę podkreślić, że mam ogromny żal do
męża, gdyż sprawę antykoncepcji przerzucił na mnie. On chciał być
zaspokojony, ale sam nie wysilał się nawet na prezerwatywę, bo mu to
przeszkadzało. Dla mnie z przyczyn obiektywnych nie wszystkie metody
były dostępne.
Do tej pory dziecko kojarzyło mi się tylko ze szczęściem. Kochałam
wszystkie nad życie, uwielbiałam zajmować się nimi, one uwielbiały mnie.
Może nawet była to przesadna miłość. Przez wszystkie lata rodzina nie
pomagała mi w ich wychowaniu. Może to spowodowało, że gdy dzieciaki
podrosły, poczułam się bardzo wypalona, zmęczona. Miałam ogromną chęć (i
chyba prawo) na odpoczynek. Na przespane noce, na czas dla siebie,
realizację młodzieńczych marzeń, które ciągle były odkładane. Właśnie
nadszedł na to czas i wtedy… klops!
Zaczęły się bezsenne noce, bicie się z myślami: dlaczego muszę wybierać?
Dlaczego ten wybór jest tak trudny? Poczucie żalu, że wszystko skrupi
się na mnie, bez względu na to, co zrobię, że właściwie to jest już
sytuacja bez wyjścia. Chciałam zapaść się pod ziemię, nie istnieć. Och,
gdybym mogła cofnąć czas! To jedyne, co dałoby mi ulgę. Niestety,
zupełnie nierealne. Teraz powiem, do czego doszłam dużo później, ale chcę by zabrzmiało to
tutaj: ważniejszy niż możliwość aborcji jest nieograniczony i świadomy
dostęp do środków antykoncepcyjnych w przypadku, gdy kobieta ciąży nie
planuje. Myślę bowiem, że mało jest kobiet, dla których aborcja jest
tylko zabiegiem. […]
Gdybym wtedy mogła porozmawiać z kimś kompetentnym, zapytać, czy
kręgosłup wytrzyma kolejną ciążę, albo czy psychika wytrzyma jej
przerwanie… Niestety, nie miałam do kogo się zwrócić. I tu kolejny
postulat: poradnictwo medyczne i psychologiczne dla kobiet w ciąży musi byc
ogólnodostępne. Kobiety nie mogą bać się iść po poradę, „bo potem ktoś
je będzie ścigał za przerwanie ciąży”. Pamiętam, że byłam w potrzasku,
gdy uświadamiałam sobie, że muszę podjąć decyzję szybko, żeby nie
okazało się za późno; samodzielnie, bez konsultacji z lekarzem, bo to
ryzykowne.
Nie mogłam też rozmawiać z mamą ani teściową, bo one uważały już przy
czwartym dziecku, że to za wiele. Mąż wspaniałomyślnie pozostawił
decyzję dla mnie, z lekkim wskazaniem na przerwanie (dla mego dobra).
Może gdybym nie miała pieniędzy, sprawa potoczyłaby się inaczej. Tu
jednak przyjaciółka zaofiarowała się z pożyczką. Dla niej zabieg w moim
przypadku był oczywistością. Może ta jej pewność przeważyła szalę i
podjęłam decyzję. To, co działo się po zabiegu, to horror. Lekarz, gdy skasował należność,
stał się rozmowny i powiedział, że jeśli wychowaliśmy czworo, to i
piąte by się wychowało! Nie zauważył, biedaczek, że kwadrans temu nie
miał skrupułów. Kobieta, u której nocowałam po zabiegu (dobra dusza
rodziny), przyznała zdecydowanie, że jest przeciwna aborcji. […] Do
domu wróciłam już jako inna osoba. Nie mogłam spojrzeć dzieciom w oczy.
Nie mogłam patrzeć na męża, przypisując mu winę za ciążę i za to, że nie
zapobiegł jej usunięciu.
[…] Myślałam, że nowa praca da mi wytchnienie. Jednak
nieoczyszczona rana ropiała. Sny w rodzaju: ile nasza rodzina ma dzieci – czwórkę czy piątkę? zdarzały się coraz częściej i zlewały się z jawą.
Wyrzuty sumienia przerodziły się w depresję. Rozpoczęłam leczenie,
kolejne psychoterapie. Na jednej z nich poradzono, bym podzieliła się z
dziećmi „informacją” o aborcji. Uzasadniano, że może mi to ulży i
przyniesie korzyść dzieciom, gdyż zrozumieją moje kłopoty ze zdrowiem i
może dla nich będzie to ostrzeżenie. Nie wiem, czemu dałam się zwieść
tak absurdalnej propozycji. Najpierw powiedziałam starszej córce, za
jakiś czas młodszej. O ile starsza jakoś sobie z tym poradziła, to
młodsza zamknęła się w sobie, odwróciła się ode mnie i do dziś nie umiem
odbudować z nią kontaktu.
Dalsze konsekwencje to coraz więcej leków, pobytów w szpitalu, próba
samobójcza, przejście na rentę i kompletny brak kontaktu z dziećmi,
które nie rozumieją mnie i mojej choroby, nie wiedzą, jak odnosić się do
matki, która przynajmniej raz w roku odwiedza szpital psychiatryczny. Z
depresji nawracającej choróbsko przerodziło się w zaburzenia
dwubiegunowe. W okresie hipomanii czuję się początkowo wspaniale, ale po
krótkim czasie jestem nieobliczalna, nawet sama dla siebie. Rokowania
są niekorzystne. Z tej choroby się nie wychodzi.
Może to kara za przerwanie ciąży? Tylko dlaczego dotyka ona nie tylko
mnie, ale i moje dzieci? Dlaczego nasi ustawodawcy, kler i ginekolodzy
śpią spokojnie?
Mam tylko 55 lat, ale już nigdy nie będę pracowała. Marzenia o
podróżach, zapewnienie godnego startu dzieciom, spokojna starość u boku
kochających najbliższych osób – to wszystko legło w gruzach, bo
zdecydowałam się na zabieg, nie znając jego konsekwencji. Gdyby wtedy
uświadomiono mi, jakie spustoszenie w psychce kobiety może poczynić
aborcja, wolałabym pewnie jeździć na wózku inwalidzkim i jadać suchy
chleb, ale ciąży nie przerywać. Gdybym jeszcze wcześniej miała dostęp do najlepszego dla siebie środka antykoncepcyjnego, nie doszłoby pewnie do ciąży.
Chciałabym, by moje złe doświadczenia nie poszły na marne. Zrujnowałam
życie sobie i mojej rodzinie, ale może zdołam pomóc innym kobietom,
wspierając je, gdy będą musiały podejmować trudne decyzje. Nie wiem, czy
wybiorą aborcję, czy donoszenie ciąży, i czy ich wybór będzie dla nich
dobry, ale mają prawo znać i taką beznadziejną historię […].
***
Przeczytałam ponownie historię opisaną przez siebie. Można z niej
wywnioskować, że gdybym miała głosować „za” lub „przeciw” aborcji, to
wybrałabym „przeciw”. To jednak tylko mylące pozory. Zanim spełnią się
marzenia o dostępie do środków antykoncepcyjnych i o uświadomieniu
kobiet i mężczyzn, wyleje się wiele ludzkich łez i krwi. Znając realia
życia kobiet, szczególnie w Polsce, jestem zdecydowanie za ich prawem do
aborcji. Koniecznie trzeba uświadomić kobiecie skutki tego kroku, ale
ostateczną decyzje pozostawić jej. I nie piętnować tego kroku, nie
grozić karą boską, sądem piekielnym i rejonowym. Zabieg ten powinien być
wykonywany w szpitalu, by miały do niego dostęp kobiety najbiedniejsze,
a nie tylko te, które stać na niemały przecież wydatek. Zdrowie „matek
Polek” ma chyba swoją cenę?
Przerywanie ciąży w Niemczech
Witam,
obserwuję blog od początku jego istnienia. Chciałam dodać własne doświadczenie, nawet jeśli nie odbyło się w podziemiu – lub może właśnie dlatego. Miałam wtedy 20 lat. Wyjechałam na urlop i miałam małą przygodę z pewnym młodzieńcem. Na okres czekałam 6 tygodni. Czułam już wyraźne zmiany ciała, zmianę apetytu, papierosy przestały mi smakować. Wiedziałam, że jestem w ciąży, ale miałam nadzieję, że może jednak…
Mieszkam w Niemczech. Zanim poszłam do ginekologa, już podjęłam decyzję o aborcji. Byłam pewna. Miałam oczywiście obawy moralne, ale wiedziałam, że wolę żyć z tym niż z dzieckiem, którego nie chcę. Młodzieniec nic o tym nie wiedział, nie miał nic o tym wiedzieć, była to wyłącznie moja decyzja. Zrobiłam termin u ginekologa. Na pytanie, z jakiego powodu tak pilnie chcę mieć termin, odpowiedziałam bez obaw, że myślę, że jestem w ciąży. Na następny dzień dostałam termin. Musiałam oddać próbę moczu i usiąść w poczekalni. Pani doktór poprosiła mnie do gabinetu i spytała się mnie, kiedy była ostatnia miesiączka, jakie mam objawy i zapytała, czy chcę urodzić dziecko. Odpowiedziałam, że nie. Odwróciła więc ekran USG, abym nie musiała się na niego patrzeć.
Oczywiście byłam w ciąży. Pani doktór kazała mi się ubrać i przygotowała papiery. Aborcje przeprowadza dwa razy w tygodniu w swoim gabinecie z anestezjologiem i pielęgniarką. Prawo wymaga, że trzeba iść do innej osoby uprawnionej, która jeszcze raz omawia decyzję przeprowadzenia aborcji. Moja pani doktór skierowała mnie jeszcze tego samego dnia do znajomej pani doktór, która była równie miła i spokojnie omówiła ze mną wszystkie wątki. Nie było dyskusji. Żadnej. Nikt nie próbował mi wmawiać, że robię coś niedobrego.
Termin usunięcia ciąży był jakiś czas później, nie pamiętam, ile dni minęło, ale czułam się spokojna i bezpieczna. Poszłam z mamą do gabinetu. Znałam panią doktór, anestezjolog był bardzo miły i coś tam opowiadał, aż po kilku sekundach zasnęłam. Obudziłam się w innym pomieszczeniu. W tym momencie przyszła pielęgniarka ze szklanką wody, pytając się mnie, jak się czuję. Było w porządku. Kręciło mi się trochę w głowie, ale poza tym nic mi nie było. Oczywiście krwawiłam, ale wiedziałam, że krwawienia będą. Dostałam tabletki na skurczenie macicy. Pani doktór dała mi swój numer komórkowy, abym mogła do niej zadzwonić w razie potrzeby. Po zabiegu poszłam z mamą na lody. Było po wszystkim. Nie żałuję niczego, jest to częścią mojego życia i nie będę udawała, że tego nie było. Mogę normalnie o tym rozmawiać i nie muszę czuć się źle. Nikt mi nie mówi, że postąpiłam niemoralnie. Życzę tego wszystkim kobietom na świecie.
Zabieg wykonałam wieszakiem
Mam 28 lat, obecnie mieszkam za granicą. Mam dobrą pracę, wyższe wykształcenie.
Na pierwszym roku studiów (w Polsce) przytrafiła mi się „wpadka”. Cóż, zamiast czekać, co będzie, wykonałam zabieg metodą Whoopi Goldberg, czyli metalowym wieszakiem do ubrania. Nawet do końca nie wiem, czy byłam w ciąży, pewnie nie, ale pamiętam tę panikę, strach. Jedyną metodą, jaką mogłam sprawdzić, czy jestem w ciąży, był sławny „patyczek do sikania”, a jak wiadomo, te bywają wielce zawodne.
Tu, gdzie teraz mieszkam, aborcja, pigułka „po” i środki antykoncepcyjne są szeroko dostępne. Młode dziewczyny wiedzą dużo o swoim ciele i o tym, jak się zabezpieczać. Można o tym normalnie rozmawiać. Jednym słowem – liberalne piekło z najczarniejszych snów o. Rydzyka… A dzieci rodzi się tu dużo więcej niż w Polsce. I rodzina też wygląda inaczej – nie ma scenariuszy, że „wpadła, no to się pobrali”. Więc te dzieci, które się rodzą, są CHCIANE. Myślę, że to kolejny powód, dla którego warto się zastanowić nad zalegalizowaniem aborcji.
Są to listy kobiet z książki A jak hipokryzja Antologia tekstów o aborcji, władzy, pieniądzach i sprawiedliwości, red. Claudia Snochowska-Gonzalez, Wydawnictwo O Matko!, Warszawa 2011.
Wszelkie zmiany w tekście i skróty pochodzą od redakcji.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...