|
Przebacz mi smutna Bratysławo, Hradcu Kralove, Zlata Praho,
za śmierć jaskółki tamtej wiosny i polskie tanki nad Wełtawą
Proszę Państwa, 42 lata temu zarżnęliśmy demokratyczny socjalizm. Nie sami oczywiście – w ramach bratniej pomocy, wspólnie z Armią Czerwoną, Narodową Armią Ludową (NRD) a także siłami zbrojnymi Węgier i Bułgarii, Ludowe Wojsko Polskie pod dowództwem generałów: Wojciecha Jaruzelskiego i Floriana Siwickiego dokonało inwazji na Czechosłowację.
Interwencję, której celem było stłumienie „praskiej wiosny” w sierpniu 1968 opisuje się często jako przykład niesuwerenności PRL – oto komunistyczne władze wysłały polskich żołnierzy, aby bronili radzieckiego interesu geopolitycznego. To tylko część prawdy. Dopowiada się jeszcze, że był to kolejny rozdział trudnych relacji polsko-czeskich i polsko-słowackich, w których częściej to my byliśmy katem niż ofiarą. Rozdział dużo poważniejszy niż zajęcie niewielkiego skrawka terytorium nad Olzą w roku 1938. Nie tylko „pepikami” pogardzamy i wyśmiewamy ich dystans do naszej martyrologii i heroicznych ciągot, nie tylko opowiadamy sobie dowcipy o czeskim ruchu oporu, o którym nikt nie słyszał – potrafiliśmy jeszcze przyłożyć rękę do zdławienia ich dążeń wolnościowych. Ale to też nie wszystko. Hańba interwencji państw Układu Warszawskiego ma bowiem wymiar uniwersalny.
Można bowiem od biedy przyjąć wersję o alienacji PRL-owskich władz i oddzielić, choćby sztucznie, Partię od społeczeństwa. Można przypomnieć, że przecież Ryszard Siwiec podpalił się na Stadionie Dziesięciolecia a Jerzy Andrzejewski napisał list protestacyjny. Można powiedzieć, że nie było wyjścia, bo jak nie my, to pojechałoby tam więcej Sowietów – a myśmy przynajmniej kobiet nie gwałcili ani jabłek z drzew nie kradli (gen. Jaruzelski nieco koloryzuje, ale faktycznie – zamierzonych ofiar nie było).
To, co najgorsze, i to, co historia powinna nam zapamiętać na zawsze, to koniec marzeń o demokratycznym socjalizmie. Nigdy się nie dowiemy czy czechosłowacki eksperyment mógł się powieść – rozkaz Leonida Breżniewa uciął wszelkie wątpliwości i dywagacje, czy możliwa na dłuższą metę jest jakaś „trzecia droga” albo „socjalizm z ludzką twarzą”. Czy liberalizacja systemu, zniesienie cenzury, wystąpienie z Układu Warszawskiego, wreszcie wolne wybory – gdyby do nich doszło – doprowadziłyby do przejścia Czechosłowacji na stronę Zachodu? Transformację w stronę kapitalizmu? Tego też nie wiemy, ale wiemy, że plany czechosłowackich reformatorów i dysydentów były ambitniejsze niż tylko przepisanie na rodzimy grunt recept z Waszyngtonu. Inna sprawa, że w latach 60. te recepty były o wiele ciekawsze niż waszyngtoński konsensus, jaki poznaliśmy 20 lat później. Przykładem wyobraźni twórców i zwolenników „praskiej wiosny” może być Cywilizacja na rozdrożu pod redakcją Radovana Richty, efekt wielkiej pracy czechosłowackich uczonych – to przenikliwa analiza trendów społecznych, gospodarczych i kulturowych właściwych całemu światu Zachodu, także tego Zachodu z bloku wschodniego. Być może Czechosłowacja nie miała spójnego projektu, za którym mogłaby podążyć, podobnie jak Aleksander Dubček był raczej przyzwoitym aparatczykiem niż wielkim wizjonerem. Nie dowiemy się również, czy w procesie demokratyzacji i liberalizacji systemu zwyciężyłaby logika biurokratyczna czy energia masowego ruchu społecznego.
Wszystko to nie zmienia faktu, że nie pozwoliliśmy południowym sąsiadom spróbować. Niektórzy sądzą, że to się nie mogło powieść i że – paradoksalnie – dzięki sierpniowi ‘68 przy życiu został przynajmniej mit. Niewiedza o tym, co by się stało, gdyby nie nastąpiła inwazja a po niej „normalizacja”, pozostawiać ma nam nadzieję, że „inny świat był możliwy”. To jest jakiś pomysł. Ale i marne pocieszenie. Zwłaszcza dla tych, którzy świat chcą zmienić naprawdę. Czechosłowacja spróbowała – czy nie tkwił w tym prawdziwy, zbiorowy, mesjaniczny romantyzm, który od dawna próbujemy sobie na wyłączność przypisać?
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...