|
Przeglądając od kilku dni rosyjskie witryny internetowe, podziwiam rankingi w rodzaju „najchętniej czytanych wiadomości”. Tak wygląda lista najczęściej klikanych tekstów na popularnej liberalno-lewicowej witrynie:
Boris Akunin wzywa do bojkotu wyborów prezydenckich. (W tym samym apelu jeden z popularniejszych w Rosji pisarzy zasugerował Putinowi rezygnację z udziału w przyszłorocznych prezydenckich wyborach, „zanim będzie za późno”).
Pianista Fiodor Amirow zaaresztowany. (Wykonawca muzyki eksperymentalnej, zatrzymany za udział w demonstracji przeciwko fałszowaniu wyborów, podobno nie weźmie udziału we własnym koncercie 10 grudnia).
Międzynarodowy list gończy za aktywistką grupy Wojna. (Natalia Sokol, która jest w ósmym miesiącu ciąży, została oskarżona o stosowanie przemocy wobec policjantów).
Dziennikarz polecił kolegom wyrzucić ich profesjonalne nagrody do kosza. (Komentator polityczny Stanislaw Kuczer oświadczył, że ignorowanie przez centralne kanały telewizji akcji protestu w centrum Moskwy nie jest przejawem cenzury, tylko nieprofesjonalizmu).
Dyrektor Ermitażu zrezygnował z miejsca na liście Jednej Rosji. (Co prawda, nie zrobił tego z powodów ideowych, tylko „na prośbę zespołu”).
Na pierwszy rzut oka ten zestaw wiadomości jak najbardziej przypomina doniesienia witryn ukraińskich z 2004 roku. Przez chwilę byłem gotów zrezygnować z pogardy wobec zachodniego skrótu myślowego pt. „Prędzej czy później do Rosji nadejdzie kolorowa rewolucja”. Przez chwilę wydarzenia w Moskwie naprawdę rozwijały niepokojąco podobnie do ukraińskiej pomarańczowej rewolucji. W odpowiedzi na zaskakująco bezczelne manipulacje wyborcze na ulice wychodzi nieoczekiwana ilość osób (co z tego, że w Moskwie taka ilość to kilka tysięcy ludzi, podczas gdy w Kijowie – dziesięć razy więcej). Władza próbuje przestraszyć ludzi widokiem wojskowej techniki na ulicach, ale to tylko aktywizuje jej biernych dotąd przeciwników. Wskutek brutalności władzy od współpracy z nią odżegnują się coraz więcej osób publicznych, które do tej pory miały z nią układy. System powoli zaczyna się sypać.
Oczywiście, ta piękna wizja nie uwzględnia jednej zasadniczej okoliczności. Zatrzymania setek uczestników pokojowych demonstracji, całkowicie absurdalne z politycznego punktu widzenia, świadczą, że to właśnie Putin i Miedwiediew zaakceptowali mit o możliwości rosyjskiej „kolorowej rewolucji” bardziej konsekwentnie od jakichkolwiek liberalnych think-tanków. Masowe areszty w Moskwie i Petersburgu zdradzają fakt, że ich organizatorzy walczą z całkowicie anachronicznym i niemożliwym do zrealizowania scenariuszem. Czym jest „kolorowa rewolucja” w optyce Kremla? Zgromadzeniem „oszukanych wyborców”, którzy poprzez okupację centralnych części miasta chcą wymusić na władzy zmianę rezultatów wyborów. Czyli – w sytuacji rosyjskiej – chodzi o dopuszczenie do parlamentu kilku malutkich prawicowych oraz liberalnych partii. Kto będzie walczył o coś takiego na moskiewskich ulicach, na dodatek – zimą?
W rzeczywistości, wydarzenia tego tygodnia w Moskwie przypominają nieco inny fragment ukraińskiej pomarańczowej rewolucji – pierwszą turę wyborów prezydenckich z 2004 roku, gdy fałszerstwa i przemoc ze strony państwa już stosowano na pełną skalę, co tylko napędzało ruch nieposłuszeństwa obywatelskiego. Zasadnicza różnica polega na tym, że w Rosji do „drugiej tury” wyborów (czyli do rytualnego powrotu Putina na fotel prezydencki) pozostaje trzy miesiące, a nie trzy tygodnie, jak było na Ukrainie. Przyzwyczajona do „zarządzania kryzysem” rosyjska elita polityczna na pewno spróbuje poradzić sobie z perspektywą wybuchu społecznego po wyborach prezydenckich. Mają niezłe doświadczenie w tej dziedzinie. Rosyjska opozycja powinna zatem natychmiast wydać oświadczenie, że nie zamierza wysadzać w powietrze osiedli mieszkaniowych ani stacji metra. Przecież jest bardzo prawdopodobne, że o coś takiego zostanie oskarżona w najbliższym czasie.
Od kilku dni telewizja rosyjska wspomina o masowych zatrzymaniach w centrum Moskwy wyłącznie w zestawieniu z atakami policjantów na ruchy protestu w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, Atenach. Przekaz jest prosty – cały ten Zachód, który próbuje pouczać nas o demokracji, wcale nie jest od nas lepszy. A jednak tej perwersyjnej logice trzeba przyznać pewną rację – lokalizuje ona obecne rosyjskie protesty we właściwym kontekście. Te protesty mają o wiele więcej wspólnego ze światowym ruchem Oburzonych, niż z jakąkolwiek odmianą kolorowej rewolucji. Rosjanie wychodzą na ulice nie dlatego, że chcą innego układu sił w parlamencie. Wychodzą, bo są po prostu oburzeni. A więc możemy – po raz chyba pierwszy w historii – spokojnie sobie powiedzieć, że wszyscy jesteśmy Rosjanami.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...