|
W Atenach znów płoną sklepy i samochody, w stronę policjantów lecą koktajle Mołotowa, demonstracje są rozpędzane gazem łzawiącym, a parlament dalej punkt za punktem głosuje ustawy przerzucające ciężar kryzysu na przeciętnych obywateli. Jedna osoba zginęła.
Kilka tygodni temu trafiłem w Atenach na demonstracje poprzedzające grecką „matkę wszystkich strajków”, która w tym tygodniu sparaliżowała niemal cały kraj. Byłem szczerze zdziwiony ogromnym rozdźwiękiem pomiędzy skalą zaangażowania społecznego a jego praktycznymi skutkami.
Współczesna Grecja naprawdę odpowiada pełnemu patosu mianu „ojczyzny demokracji”. Dokładnie jak w starożytnych Atenach, postawa apolityczna jest dziś kompletnie nieakceptowalna dla przeważającej większości Greków. Niczym za czasów Peryklesa, polityka jest główną życiową pasją Greków. Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że owa życiowa pasja w żaden sposób nie wpływa na toczące się w Grecji procesy, nie przekłada się na kształtowanie realnej praktyki politycznej.
Trzeba przyznać, że – znów jak w czasach starożytnej Grecji – uprawianie niekończącej się walki politycznej na greckich placach i w knajpach jest możliwe głównie dzięki istnieniu niewidocznej warstwy wykluczonych: niegdyś niewolników, teraz nielegalnych imigrantów. Ale oddolna działalność polityczna w Grecji nie ogranicza się do codziennych, kilkugodzinnych sporów na placu Syntagma, poświęconych głównie zasadom działania upragnionej „demokracji bezpośredniej” i prawie nigdy – poszukiwaniu realnego way out. Coraz więcej Greków pozbawionych nadziei na sprawne funkcjonowanie służb publicznych zakłada inicjatywy obywatelskie, które po prostu przejmują obowiązki sypiącego się państwa.
Na przykład rosnący w siłę miejski ruch Atenistas organizuje akcje masowego sprzątania zaniedbanych okolic przez wolontariuszy. Nie wiem, czy wolontariusze tego ruchu są odbierani jako łamistrajki przez strajkujące służby miejskie, które od kilku tygodni nie usuwają śmieci z ateńskich ulic. Ale czy wkurzeni mieszkańcy sprzątający własne osiedla nie pomagają w ten sposób nieudolnym aparatom państwowym?
To tylko jeden z wielu przejawów samoorganizacji obywatelskiej, które mnożą się wskutek kryzysu. Żeby pomóc tym mieszkańcom Aten, których nie stać na bilet do teatru, artyści ateńskiej opery urządzają darmowe przedstawienia w przestrzeni publicznej – nie dostając za nie, oczywiście, ani grosza. Czy można uznać to za postępowy gest polityczny?
Energia obywatelska tkwiąca w greckim społeczeństwie jest tak potężna, że brak jej przełożenia na wpływowy ruch polityczny wydaje się czymś absurdalnym. Dziesiątki mniej lub bardziej znaczących partii lewicowych (łącznie z parlamentarną Koalicją Radykalnej Lewicy) i setki niszowych organizacji są najwyraźniej bezradni wobec polityki rządzącej (też nominalnie lewicowej) ekipy oraz jej zagranicznych doradców.
Policja tymczasem korzysta z niezwykle rozbudowanego anarchistycznego ruchu. Wprowadza na każdą demonstrację kilkunastu profesjonalnych zadymiarzy, którzy służą do uzasadnienia policyjnej przemocy. Nic dziwnego, że żaden z nich nie zostaje zatrzymany. Setki godzin debat politycznych zostają unieważnione jedną płonącą butelką.
Nie palcie zatem samochodów. Zakładajcie kluby Krytyki Politycznej. Cokolwiek by to znaczyło w każdym kolejnym kraju.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...