|
Trudno było o lepszy moment na wejście do kin filmu Inwazja: bitwa o Los Angeles niż 11 marca – poczatek atomowej apokalipsy w Japonii. Od pierwszych sekund w dziele tym podkreśla się związek między tajemniczym zjawiskiem naturalnym (deszczem meteorytów - pierwszy spada oczywiście na Japonię) i atakiem pozaziemskiej cywilizacji. Czy w czasie, gdy tłumy widzów oglądały inwazję karykaturalnych antropomorficznych istot na zachodnie wybrzeże USA, w Japonii nie działo się coś bardzo podobnego? Z tą różnicą, że zamiast ataku z kosmosu mieliśmy atak atomowego jądra. W końcu fantastyka naukowa istnieje po to, żeby skutki technologicznego postępu przybierały formę zrozumiałą dla przeciętnego – przestraszonego – odbiorcy.
A jednak Inwazja: bitwa o Los Angeles nie da się sprowadzić do SF – natomiast z całą pewonością nawiązuje do tradycji amerykańskiego filmu wojennego. Widać to już w pierwszej scenie, która przypomina lądowanie w Normandii z Szeregowca Ryana, tylko że widziane z perspektywy Niemców. Wojska pozaziemskie w Inwazji przemierzają terytorium USA z szybkością wojska Kaddafiego, który odbija Libię, ponieważ wszystkie media świata zajęte są wiadomościami z Fukushimy.
Inwazja: bitwa o Los Angeles inspirowana jest „nalotem” nieznanego obiektu na zachodnie wybrzeże Ameryki w 1942 roku, co spowodowało panikę i operację wojskową znaną jako „bitwa o Los Angeles”. Nic dziwnego, że ta tajemnicza historia – czy raczej jej fantazmatyczna kontynuacja – okazała się atrakcyjna dla producentów właśnie teraz, gdy entuzjazm dla wojska w USA wygasa nawet wsród najbardziej „betonowych” warstw społecznych (które są własnie grupą docelową Inwazji…). Żołnierze, którzy bronią w filmie Los Angeles przed kosmitami, mieli być wysłani na wojnę za granicę – zamiast tego tworzą coś w rodzaju grupy partyzantów walczących przeciwko okupantom na własnym terytorium.
Los Angeles, które zmienia się w spustoszony Bagdad, z amerykańską piechotą morską zamiast irackich powstańców, to niewątpliwie jeden z ciekawszych fantazmatów Hollywood w tym sezonie filmowym. By kontynuować agresję, trzeba uznać samego siebie za ofiarę – nawet jeśli potrzebna jest do tego zwierciadlana inwersja obecnej sytuacji. Reżyser filmu zresztą przyznał, że inspirował się obrazami walk ulicznych w Faludży z YouTube’a.
W połowie filmu naukowcy ustalają, że celem inwazji agresywnych kosmitów jest ziemska woda, której potrzebują, by funkcjonować. Tak więc, jak głosi ekspert, chodzi o wojnę kolonialną. „Jesteśmy kolonizowani!” – krzyczy pan w telewizji. Niezły pomysł z tą wodą: jest jasne, że taka kolonizacja może dotyczyć zarówno Los Angeles, jak i Bagdadu. Niestety kosmici nie usprawiedliwiają swojej potrzeby zdobycia wody żadną wyższą ideą - na przykład koniecznością wprowadzenia panującego w kosmosie modelu politycznego. To właśnie odróżnia inwazję kosmitów od tej rzeczywistej, przeprowadzonej przez ich filmowych przeciwników w Iraku.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...