|
Jedna z ciekawszych dyskusji o współczesnym kinie dotyczy wątku (nie)możliwości filmowego złamania tabu. Powszechnie panuje opinia, że kino już nie potrafi złamać żadnego tabu. Po prostu dlatego, że tabu przestały istnieć. Ciekawe, że tą opinię najczęściej słyszymy nie od filmowców, a od filmoznawców: wygłosił ją ostatnio np. honorowy prezydent stowarzyszenia prasy filmowej FIPRESCI Andriej Plachow. Ostatni festiwal w Cannes nawyraźniej próbował zaprzeczyć tej tezie, skupiając się na wciąż tabuizowanych tematach. Na przykład na pedofilii: o tym opowiadały co najmniej dwa filmy z konkursu głównego (francuski Polisse i austriacki Michael). Ale, ku satysfakcji Plachowa i jemu podobnych, do prawdziwego złamania tabu doszło nie podczas projekcji filmowych, lecz na popremierowej konferencji prasowej. Tym razem Lars von Trier zamiast kolejnej prowokacji filmowej urządził prowokację stricte polityczną. Tomasz Piątek ma rację, gdy twierdzi, że gest Triera miał na celu przyciągnięcie uwagi mediów na skalę, której nie zapewni żadna Złota Palma. Ale ogladając wciąż i wciąż wideo z „zawodowego samobójstwa Triera” (jak określili jego wypowiedź niektórzy krytycy), nie mogłem uwierzyć, że to przemyślane działanie panującej nad sobą osoby. Nie chodzi mi o to, by usprawiedliwiać słowa Triera jego rzekomą chorobą psychiczną. Raczej o to, że Trier – zupełnie chyba intuicyjnie – potrafił w zaledwie parominutowym przemówieniu zakwestionować taki zestaw ograniczeń panujących we współczesnej poprawności politycznej, który pokazałby jej całkowitą niespójność, a nawet szkodliwość. Oto najważniejsze punkty tego zestawu:
1. Nie można otwarcie określać Niemców mianem „nazistów”. Powielane przez media zdanie Triera „I am a Nazi” naprawdę brzmiało nastepująco: „Bardzo chciałem być Żydem, ale potem dowiedziałem się, że tak naprawdę jestem nazistą, dlatego że mój biologiczny ojciec był Niemcem – nosił nazwisko Hartmann – co również dało mi trochę przyjemności”. To jasne, że Trierowi w żadnym razie nie chodziło o wyrażanie poglądów politycznych. Skomentował natomiast sytuację, w której znajduje się wiele jego rodaków. „Nazis, nazis” – często słyszą za plecami niemieccy turyści. Jednocześnie uważa się, że niemiecka pamięć historyczna jest już „rozliczona” ze zbrodniami nazistowskimi – czego nie da się powiedziec o dużej części ich sprawców. Trier uderzył akurat w tę lukę. Co wypada dużo gorzej w kontekście drugiego punktu naszego zestawu.
2. Nie można rozumieć Hitlera („I understand Hitler” – powiedział von Trier). Hitler, jak i cały ten nazizm, musi pozostawać „poza granicami zrozumienia”, jak nazywa się jedna z książek teoretyzujących (i jednocześnie mistyfikujących) Holocaust. To, że nazizm był absolutnym etycznym złem, musi uczynić go złem zupełnie metafizycznym, ahistorycznym, „nieludzkim”. To nie tylko uniemożliwia materialistyczne zrozumienie nazizmu, ale też poważnie przeszkadza ujawnieniu dość licznych pozostałości jego dziedzictwa we współczesnej organizacji społeczeństwa. Stąd częściowo wywodzi się trzeci punkt. 3. Nie można mówić, że „Israel is a pain in the ass” (cyt. za von Trier). Trier to powiedział, tłumacząc, że wymienione wypowiedzi wcale nie znaczą, niby ma coś przeciwko Żydom: „Jestem za Żydami, ale nie do końca, bo…” – i dalej za tekstem. Jakiekolwiek oskarżenie Izraela wciąż grozi odwetowym oskarżeniem o antysemityzm. Doświadczył tego np. Jean-Luc Godard podczas zeszłorocznych dyskusji o jego rzekomym antysemityzmie w związku z przyznaniem mu honorowego Oscara: wypomniano mu kilka filmów propalestyńskich, które zrobił 40 lat temu. Oczywiście, w zestawieniu z poprzednimi tezami Triera zdanie o „pain in the ass” świetnie pasuje do kreowanego przez media obrazu nazistowskiego coming-outu w wykonaniu duńskiego (?) reżysera. Trudno nawet wyobrazić sobie presję, pod którą znalazła sie dyrekcja festiwalu w kwestii wywalenia Triera z Cannes – we Francji wciąż huczy od debat o ostracyzmie wobec Johna Galliano, znanego antysemity ze świata mody .
Decyzja zarządu festiwalu w Cannes, która przez ogłoszenie Triera personą non grata faktycznie zrównała go z Galliano, jest po prostu tragiczna. Przede wszystkim dlatego, że antysemickie brednie, głoszone przez Galliano, nie nadają się do żadnej dyskusji. Natomiast z wypowiedzią Triera – mimo jej pozornej absurdalności – ciągle można dyskutować. A może nawet koniecznie trzeba.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...