|
Pojawienie filmu Bitwa warszawska 3D w repertuarze kin ukraińskich miało szansę stać się czołową akcją polskiej neokolonialnej polityki kulturalnej na Ukrainie, która mocno przybrała na sile podczas obecnej prezydencji w UE (wystarczy wspomnieć prześmiewczy “transgraniczny” land art na granicy polsko-ukraińskiej czy setki innych wydarzeń, promujących – obok nielicznych naprawdę ważnych osiągnięć – dzieła średniego poziomu). Niestety, wśród polskiej publiczności Bitwa warszawska 3D nie bije rekordów popularności, dlatego ukraińscy widzowie zostaną pozbawieni rozkoszy oglądania tego dzieła w kinach. Okazję, by docenić hordy bolszewików w 3D, dostali wyłącznie widzowie kijowskiego festiwalu „Mołodist”, gdzie film pokazano na ceremonii otwarcia.
Jeszcze zanim miłośnicy filmowego campu ruszyli, niczym wojsko Budionnego, w poszukiwaniu ostrych przeżyć, reżyser Jerzy Hoffman zaskoczył ukraińskie media głośnym oświadczeniem. Powiedział, że nie ulegnie prośbie byłego prezydenta Juszczenki i nie zekranizuje książki Czarny kruk – największego tegorocznego ukraińskiego bestsellera, autorstwa faszyzującego pisarza Wasyla Szklara.
Wokół Czarnego kruka zrobiło się głośno, kiedy Szklar w atmosferze skandalu zrezygnował z przyznanej mu najważniejszej literackiej nagrody na Ukrainie, motywując to obecnością w rządzie „ukrainofobów”. Na tym tle prawie niezauważone pozostały opinie, według których nagroda im. Szewczenki została przyznana otwarcie rasistowskiej, rusofobicznej i antysemickiej książce.
Akcja tego thrillera historycznego toczy się podczas wojny domowej na Ukrainie w 1920 roku, w samozwańczej republice Chołodny Jar, gdzie ukraińscy partyzanci przeciwstawili się armii bolszewickiej. Prawdziwy skandal z książką Szklara polega na tym, że żołnierze tej armii przedstawiani są jak reprezentanci odmiennej od Ukraińców rasy, jeśli nie odmiennego gatunku. Poziom ksenofobii w tej książki jest taki, że można ją porównać z dziełem fantasy, gdzie zamiast orków, krasnoludków czy kosmitów występują Rosjanie, Chińczycy oraz Żydzi. Innych narodowości, według autora Czarnego kruka, wśród bolszewików nie było. Obecność w tym wojsku Ukraińców – w rzeczywistości dość spora – jest dla Szklara nie do pomyślenia. Książka składa się z niekończących się scen batalistycznych, będących doskonałym odegraniem fantazji ukraińskich neonazistów o odcinaniu głów wrogom narodu na masową skalę.
Tuż po rezygnacji Szklara z nagrody im. Szewczenki jego zwolennicy zaczęli zbierać środki na “narodową nagrodę” dla pisarza, który z kolei oświadczył, że sfinansuje z niej ekranizację swojej książki. Ciekawe, że czołową rolę w tej akcji odegrał pisarz Jurij Andruchowycz – prorok ukraińskiego integralnego liberalizmu, w tekstach którego jednak często pojawiają się mniej lub bardziej ukryte ksenofobiczne wypowiedzi o narodach zamieszkujących Azję Środkową. Afera wokół Czarnego kruka po raz kolejny ujawniła, że ukraińska – w tym liberalna – inteligencja jest zupełnie niewrażliwa na nawet najbardziej oczywiste przejawy rasizmu i języka nienawiści. Czy nie należy zatem podziękować Jerzemu Hoffmanowi, który podczas konferencji prasowej w Kijowie gniewnie piętnował antysemityzm książki Szklara?
Niestety nie. Odmowa Hoffmana po prostu pokazała, że w pewnym sensie już taką ekranizację stworzył. Przecież Bitwa warszawska kieruje się tą samą ksenofobiczną logiką co książka Szklara – oczywiście w bardziej “ucywilizowanym”, “europejskim” wydaniu. Kluczowym ujęciem tego filmu jest obraz konnej armii bolszewickiej nakręcony „od dołu”: wojsko przedstawione jest jako zwierzęca, nieludzka siła, składająca się ze swoistych azjatyckich centaurów. Postacie bolszewików z Bitwy warszawskiej świetnie korelują z postaciami untermenschów z Czarnego kruka. A zatem Jerzy Hoffman marnie udawał w Kijowie oświeconego, czułego na ksenofobię Europejczyka. Jego nowy film nie jest po prostu zły. Jest rasistowski.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...