Oddałam kurtkę w szatni, zapłaciłam dwa złote z góry i weszłam niepewnie do dużej, oświetlonej migającymi halogenami sali. Pełno, tylko pod oknem jeden pusty stolik z napisem: „Rezerwacja dla przyjaciół Butterfly”. To dla mnie, pomyślałam i poczułam się dowartościowana. Podeszłam do baru, zamówiłam piwo z sokiem, a potem wróciłam środkiem, odprowadzana ciekawymi spojrzeniami gości. Nikogo tu nie znałam. Naprawdę rzadko się zdarza, żebym wybrała się do klubu w sobotni wieczór i nie zobaczyła ani jednej znajomej twarzy. Wiadomo, Warszawa jest mała. Tu jednak byłam obca i goście w klubie ewidentnie zdawali sobie z tego sprawę. Na dodatek wyglądało na to, że jestem jedyną heteryczką i jedyną osobą bez pary. Siadłam, zapaliłam papierosa. Lesbijki przy stoliku obok przyglądały mi się uważnie. Widziałam, że mój aparat fotograficzny wzbudził niepokój, schowałam go więc za siebie. Ciekawe, ile tak wytrzymam, zastanawiałam się i właśnie postanowiłam, że ucieknę spod tych natarczywych, wrogich spojrzeń, od obcego tłumu, w którym czułam się tak straszliwie inna, kiedy konferansjer zapowiedział Dominę. Na scenę wyszła przeraźliwie chuda drag queen ubrana w męskie slipy, pończochy i buty na wysokich obcasach. Poza tym miała tylko różowego motylka przypiętego na biodrze i obfitą rudą perukę. Na nagim torsie dyndał jej biały krawat. Muzyka zaczęła grać głośniej: Cher i Strong enough. Domina szalała z mikrofonem w ręku, cały klub poderwał się na nogi. I am strong enough to live without you! – śpiewałam razem z tłumem. A potem I will survive i zanim się zorientowałam, tańczyłam ze wszystkimi przy stoliku, na który wlazła Domina, wymachując swoimi anorektycznymi nogami. Kiedy skończyła, dygnęła grzecznie i uciekła do garderoby. Nie jest tak źle, pomyślałam, wcale nie jest źle. Niech sobie myślą, co chcą, że przyszłam poderwać sobie laskę albo że jestem szpiegiem prawicowej bojówki, nikt mnie tu nie zna i to mi odpowiada. Zostałam. Dokończyłam piwo, zamówiłam następne. Grzecznie odrzuciłam zaproszenie do sąsiedniego stolika, czekałam na Butterfly. Wyszła w końcu. Delikatna, śliczna Azjatka przebrana za Violettę Villas, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach: w długiej atłasowej sukni, futrzanej etoli, rękawiczkach z miękkiej białej skórki. Na wskazującym palcu miała pierścionek z kolorowym kamieniem, na głowie jasną perukę i przybrany kwiatami kapelusz. Butterfly nie poszła na łatwiznę, żadnych znanych gejowskich przebojów. Załamała drobne dłonie na środku sceny i zaśpiewała Kocham cię, mamo. Jest idealna, pomyślałam, idealnie kobieca, nawet zbyt kobieca, zbyt delikatna jak na drag queen. Patrzyłam zafascynowana, jak ściąga beżową sukienkę, żeby odkryć kolejną, granatową, błyszczącą kreację, a potem jeszcze następną, tym razem śnieżnobiałą z trenem panny młodej. Takiego popisu się nie spodziewałam.
Po występie siedziałam jeszcze przez chwilę, kończąc piwo, kiedy ktoś podszedł do stolika. Podniosłam głowę. Nade mną stał ciemny, skośnooki mężczyzna, uśmiechał się miło.
– Jesteś przyjaciółką Kingi, prawda? – zapytał.
Kiwnęłam głową.
– Jestem Butterfly, to znaczy Max. Nie mam teraz czasu, spieszę się do domu, ale jeżeli chcesz porozmawiać, to możemy umówić się w najbliższym czasie.
Zadzwoniłbym do ciebie.
– Och tak, koniecznie – odpowiedziałam.
– Dobrze – nie przestawał się uśmiechać – podobał ci się występ?
– Bardzo – przyznałam szczerze.
– To się cieszę. W takim razie do zobaczenia.
– Do zobaczenia! – zawołałam za nim.
Fragment opowiadania, które ukazało się w 22. numerze „Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...