|
Widmo parytetu krąży po Polsce, a egzorcyści mają pełne ręce roboty. Argumenty przeciwko ustawowemu zapewnieniu kobietom co najmniej połowy miejsc na listach wyborczych partii politycznych oraz ewentualnemu zagwarantowaniu, że będą to miejsca pierwsze w połowie okręgów wyborczych, można znaleźć po każdej politycznej stronie.
Opinie w rodzaju tej wygłoszonej przez biskupa Tadeusza Pieronka, który twierdzi, że „parytety to wypaczenie zasad demokracji”[1], trudno traktować jak uczciwy głos w dyskusji. Czego może nauczyć nas o demokracji przedstawiciel instytucji, która wierzy w nieomylność swojego jedynego zwierzchnika? Co może powiedzieć o parytecie ktoś, kto w Konferencji Episkopatu Polski zasiada wyłącznie z mężczyznami i nie widzi nic niedemokratycznego w całkowitym wykluczeniu kobiet z procesów decyzyjnych w Kościele?
Bardziej interesujące wydają się głosy, które przeciwstawiają się parytetowi nie z obawy przed „rozpadem rodziny”, z wpisanymi w nią tradycyjnymi rolami płciowymi, lecz z troski o pełną i bezwarunkową emancypację kobiet.
Pierwszą grupę stanowią „liberałowie”, przeciwstawiający sztucznemu i doraźnemu, ich zdaniem, rozwiązaniu ustawowemu propozycje bardziej elastyczne, które nierówność kobiet i mężczyzn mogą niejako zdusić w zarodku. „Nie ustawa, a edukacja!”, zdają się wołać. Problem polega na tym, że narzekanie na konkretne rozwiązania w myśl ogólnej zasady, że „trzeba zmienić mentalność, społeczne odruchy itd.”, stanowi wybieg, dzięki któremu nic nie zmieniając, można zaznaczyć swoje oddanie sprawie równouprawnienia. Zadajmy więc pytanie, czemu chcą oni zmieniać całe społeczeństwo, a nie zgadzają się na nowelizację jednej ustawy, która nie rozwiąże wszystkich problemów, ale przynajmniej będzie wyraźnym znakiem, że w ogóle chcemy się nimi zająć?
Do następnej grupy niechętnych parytetowi zaliczyłbym lewicowych publicystów, dla których, nie wiedzieć czemu, oznacza on wyrzeczenie się innych dążeń związanych z emancypacją kobiet i prokobiecym ustawodawstwem. Znamienny pod tym względem wydaje się tekst Stefana Zgliczyńskiego Parytet, czyli jak zamknąć usta kobietom, opublikowany w sierpniowym numerze polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”[2]. Argumentacja autora sprowadza się do stwierdzenia, że „samo istnienie kobiet w polityce ma się nijak do poziomu życia i zakresu praw kobiet w ogóle”. To, że kobiety dostaną w ręce więcej władzy, wcale nie oznacza, że będą potrafiły ją właściwie wykorzystać. Zgliczyński wymienia zresztą całą listę kobiet, których obecność w życiu publicznym, czasem na odpowiedzialnych stanowiskach, nie tylko nic nie zmieniła w tak ważnych sprawach, jak liberalizacja ustawy antyaborcyjnej czy wprowadzenie refundacji środków antykoncepcyjnych, ale często wręcz zablokowała możliwość zmiany. Są wśród nich m.in. Jolanta Kwaśniewska, Henryka Bochniarz czy Magdalena Środa. Wprowadzenie większej liczby kobiet do polityki wiąże się zatem z niebezpieczeństwem, że w zdecydowanej większości będą to kobiety o prawicowych lub neoliberalnych przekonaniach, różnej maści służebnice ołtarza i kapitału.
Trudno się nie zgodzić ze Stefanem Zgliczyńskim, gdy pokazuje niezliczone zaniedbania w kwestii równouprawnienia, jakie miały miejsce przez ostatnie dwadzieścia lat. Trudno też nie zauważyć, że działające w polityce kobiety w zbyt małym stopniu angażują się w forsowanie ustaw gwarantujących innym kobietom lepsze warunki życia i szersze ramy wolności. Jednak użycie tych argumentów przeciwko parytetom wydaje się w najlepszym razie nieporozumieniem. Trudno pojąć, dlaczego propozycja wyrównania szans kobiet i mężczyzn na listach wyborczych ma blokować inne działania na rzecz konkretnych rozwiązań prokobiecych. Czy zliberalizowanej ustawie antyaborcyjnej Zgliczyński też zarzuciłby, że nie gwarantuje dostępu do bezpłatnych przedszkoli? Zresztą nikt nie mówi o parytetach jako o leku na całe zło. Powodem jego odrzucenia nie może być jednak to, że takim lekiem nie jest. Jego zadaniem jest zmiana warunków samej debaty, a nie zagwarantowanie rozwiązań pożądanych przez lewicę. Według publicysty „Le Monde Diplomatique” kobiety powinny mieć dostęp do władzy tylko o tyle, o ile będą działały na rzecz emancypacji[3]. Mówiąc inaczej, muszą znaleźć dla swojej obecności w gremiach władzy jakąś inną sankcję niż sam fakt ich dyskryminacji i gwarantowane im w konstytucji prawa. Muszą się „wykazać”. Równy z mężczyznami start w wyborach do sejmu powinien być nagrodą za prawomyślność, a nie realizacją podstawowych praw obywatelskich, których egzekwowanie utrudnia patriarchalna dyskryminacja. Jeśli do sejmu wejdą głównie posłanki PiS, PO i SLD, w kwestiach polityki prokobiecej znowu nic się pewnie nie zmieni – twierdzi Zgliczyński. Dlatego „wszyscy, którym zależy na zniesieniu w naszym kraju dyskryminacji, segregacji, nierówności i niesprawiedliwości, powinni zrobić wszystko, aby kobiet w polskiej polityce było jak najmniej”, konkluduje. Wprowadzenie parytetu „pozwoli jedynie większej liczbie kobiet na otrzymanie wysokopłatnych i prestiżowych stanowisk – i tyle”. Jeśli jednak chce się wprowadzić rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn w polityce, to kilka stanowisk jest chyba całkiem niezłym początkiem?
Argumentacja Zgliczyńskiego jest dobrym przykładem protekcjonalizmu w dyskusjach o dyskryminacji. Oto lewicowy publicysta ma pokrzywdzonym kobietom do powiedzenia tyle, że ich obecność w sejmie jest wysoce niepożądana, bo ich poglądy nie gwarantują właściwych rozwiązań. Innymi słowy, dla ich własnego dobra dalej powinni za nie decydować mężczyźni. W konkluzji tego tekstu czytamy nawet, że parytet jest niebezpieczny dla postulatów równościowych, gdyż może „zamknąć usta kobietom mirażem rzekomo zdobytego przywileju”. Okazuje się zatem, że Zgliczyński nie tylko dyskwalifikuje kobiety ze względu na ich niedostateczną postępowość, ale wręcz powątpiewa w ich inteligencję. Wystarczy dać im ochłap w postaci parytetu, a zaraz zapomną o własnej dyskryminacji i swych prawdziwych interesach. Znów – lepiej, żeby ich sprawami zajął się ktoś bardziej odpowiedzialny.
Założenia przyjmowane przez przeciwników parytetu zniekształcają to, czym parytet jest i jaki jest jego status. Dlatego aby przekonać ich, że warto spróbować tego rozwiązania, musimy przypomnieć definicję parytetu. Przede wszystkim argumentem za wprowadzeniem parytetu nie jest nic poza nim samym. Jego zadaniem jest zrównanie praw kobiet i mężczyzn w dostępie do decyzji, bez względu na to, jakie są ich kompetencje, przekonania czy możliwości. Prawo wyborcze dla kobiet nie zostało wprowadzone dlatego, że mądrzej głosują, tylko dlatego, że brak tego prawa kompromituje każdy ustrój, który chce uchodzić za demokratyczny.
Należy się upierać przy wprowadzeniu parytetu, chociaż sam w sobie nie gwarantuje on niczego. Ani złagodzenia ustawodawstwa antyaborcyjnego, ani refundacji środków antykoncepcyjnych, ani wliczenia lat przepracowanych w domu do emerytury. Nie o to jednak w nim chodzi, tylko o stworzenie innej sceny dyskusji, w której głos kobiet nie będzie zależał od łaski mężczyzn ani od tego, czy uznaje się ich poglądy za słuszne, lecz będzie im dany na mocy ich równego z mężczyznami statusu. Wówczas kobiety będą mogły zrobić z nim, co chcą – wykorzystać dla dobra ogółu albo marnować, jak ich koledzy i koleżanki do tej pory. Ujmując rzecz inaczej, dopiero wprowadzenie parytetu umożliwi sytuację, w której argumenty Zgliczyńskiego będą uczciwą polemiką z równorzędnym przeciwnikiem politycznym, a nie protekcjonalnym pouczaniem „ciemnego ludu” o jego prawach i obowiązkach.
Parytet nie jest po prostu środkiem mającym doprowadzić nas do wyznaczonych celów (wymienionych w artykule Zgliczyńskiego). Jednocześnie trudno powiedzieć, że stanowi on cel sam w sobie. Domaganie się wprowadzenia parytetów jest walką o dostęp do czegoś, co Giorgio Agamben nazwał sferą „czystych środków”. Parytet przekształca sam układ sceny politycznej, na której trzeba kontynuować działania emancypacyjne. Niczego od razu nie zmienia, nie przesądza ani nie gwarantuje, ale wprowadza nowe współrzędne sytuacji i wypełnia słowa nowymi znaczeniami.
Jeśli ktoś pisze dziś, że dyskusje wokół parytetu są wyłącznie wakacyjnym problemem, po którym znów powrócimy do poważnych debat o sprawach wagi państwowej, popełnia ogromny błąd. Jeśli rozmawiamy o tym w momencie, gdy rządzący panowie na chwilę odpoczywają od kłótni o fotele na unijnych szczytach, oznacza to, że nareszcie mamy czas podjąć temat dla demokracji fundamentalny. Jego nikła obecność w mediach świadczy o marności polskiej debaty publicznej, a nie o drugorzędnym charakterze samego problemu.
Jean-Luc Nancy w jednym ze swych ostatnich tekstów napisał, że „polityka nie jest wyłącznie miejscem realizacji celów, ale miejscem ułatwiania dostępu do ich możliwości”. W polityce trzeba wyznaczać sobie cele – odważne, dalekosiężne, „niemożliwe”. Jednocześnie demokratyczna praktyka polityczna nie może ominąć sfery czystych środków, które decydują o dostępie do możliwości, jakie określone społeczeństwo daje swoim obywatelom. Trzeba zatem nieustannie dbać o otwartość przestrzeni politycznych, dostępność nowych możliwości. Parytet w pewnym sensie nie ma czegokolwiek zmieniać. Samo jego wprowadzenie byłoby olbrzymią zmianą.
Tekst ukazał się w 19. numerze „Krytyki Politycznej”.
Przypisy:
[1] Parytet płci – wypaczenie zasad demokracji, z biskupem Tadeuszem Pieronkiem rozmawia Michał Bondyra, „Przewodnik Katolicki” 36/2009. Cyt za: http://www.episkopat.pl/?a=slowo_show&id=142.
[2] „Le Monde Diplomatique”, sierpień 2009, s. 3.
[3] Sygnatariuszki listu Nie chcemy parytetów! ujmują rzecz podobnie: „Parytety nie gwarantują, że w szacownych gronach zasiądą najlepiej przygotowane kobiety!”. Zob. „Rzeczpospolita”, 9 lipca 2009.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...