Nowość w sklepie KP
CYTAT DNIA
Integrować to nie znaczy wymagać od imigrantów, by dostosowali się do pierwotnie obowiązujących zasad społeczeństwa przyjmującego, integrować to znaczy współpracować nad powszechnym ustanowieniem na nowo zasad rządzących całym społeczeństwem.
Daniel Cohn-Bendit
|
|
Zakładnicy własnego zwycięstwa |
|
 Sławomir Sierakowski
|
|
30.06.2009 |
Barbara Toruńczyk poświęciła swój esej historii i niepodważalnym zasługom pokolenia Marca ‘68, formułując przy okazji szereg zarzutów i sugestii wobec lewicy z „Krytyki Politycznej”. Opinie te mają dla nas znaczenie szczególne. Nie jest tajemnicą, że autoidentyfikacja „KP”, wybór metod działania, uprawianie polityki za pomocą słowa, zaangażowanie w kulturę, a także inne elementy naszej tożsamości inspirowane są w dużym stopniu właśnie doświadczeniem pokolenia Barbary Toruńczyk. Przynajmniej w intencjach i zamiarach działalność „Krytyki Politycznej” jest próbą nawiązania w nowej rzeczywistości do etosu pokolenia Marca. Nie przypadkiem więc dla wielu osób związanych z naszym środowiskiem naturalną ambicją zawsze była próba konfrontacji swojego światopoglądu z aktualnymi poglądami byłych komandosów. Także dlatego, że mówili oni zawsze o tym, że nie ma nic bardziej szlachetnego niż szacunek dla odmiennych przekonań. Że w demokratycznej sferze publicznej istotniejsze niż porozumienie na poziomie opinii jest porozumienie na poziomie etosu – sprzeczność poglądów przy zgodności postaw…
Tekst Barbary Toruńczyk wprawił mnie jednak w poważne zakłopotanie. Z jednej strony bardzo przychylny ton i miłe intencje, a z drugiej poważne zarzuty, zdradzające niestety zupełną nieznajomość tego, co robimy i jakie są nasze poglądy. Duża część mojej odpowiedzi stanowić będzie zatem rodzaj sprostowania. Dopiero uwzględnienie go może stać się podstawą do rzeczowej dyskusji. Do rozmowy takiej jesteśmy gotowi, a podjęcie jej przez środowisko komandosów poczytywalibyśmy sobie za zaszczyt.
Nie dość kochani?
„Niejasne oblicze dzisiejszej nowej lewicy zaznacza się w tym, że nie buduje ona własnej tradycji i nie szuka sobie w przeszłości wyrazistych i jednoznacznych wizerunków swoich patronów” – pisze naczelna „Zeszytów Literackich”. A przecież my, zamiast – zgodnie z duchem czasów – wymyślić sobie jakieś efektowne, nowoczesne logo, nazwaliśmy nasze stowarzyszenie imieniem niemal zapomnianego Stanisława Brzozowskiego. Wydajemy serię „kanon”, publikując i komentując dzieła Brzozowskiego, Krzywickiej, Boya, wkrótce rozpoczniemy wydawanie kolejnych tomów pism Jacka Kuronia, zapowiedzieliśmy także wznowienia Nałkowskiego, Krzywickiego, Struga, Próchnika, Wandy Melcer i wielu innych dawnych autorów. Współpracujemy z uniwersytetem założonym przez Jacka Kuronia w Teremiskach. Trudno zatem zarzucić nam, że nie szukamy sobie patronów w lewicowej tradycji, że nie odnosimy się do przeszłości. Wielokrotnie pisaliśmy i powtarzaliśmy podczas niezliczonych spotkań, że „KP” wzięła się z fascynacji opozycją demokratyczną w PRL i kolejnymi pokoleniami inteligencji zaangażowanej. Nie przypadkiem przecież wybraliśmy sobie nazwę pisma, która nawiązuje zarówno do Feldmanowskiej „Krytyki”, w której m.in. publikował Brzozowski, jak i do „Krytyki” – pisma polskiej opozycji antykomunistycznej.
„Jak widzi ten decydujący zwrot ku niepodległości i demokracji dzisiejsza lewica, dzięki czemu mógł się on dokonać i komu go zawdzięczamy? Czy można go zrozumieć, biorąc w nawias poznawczy i całkowicie lekceważąc ówczesne przywiązania i poglądy opozycji antyreżimowej, jej stosunek do Polski, demokracji, a także do sztuki polityki, kompromisu, negocjacji? Dlaczego się o tym nie mówi?” – pyta Toruńczyk. Dlaczego o tym nie mówiliśmy?! Opublikowaliśmy na ten temat kilka tysięcy stron, proszę wziąć i chociaż przejrzeć to, co pisaliśmy na ten temat w „Gazecie Wyborczej”. Chyba, że naprawdę chodzi o inne pytanie: czemu nie dość nas chwalicie, nie dość kochacie i nie jesteście tacy, jak my dzisiaj? Prosta i uczciwa odpowiedź brzmi: ponieważ nie zawsze się z wami zgadzamy. Zapewne dlatego, że współczesna kapitalistyczna Polska nie jest dla nas punktem dojścia, lecz punktem wyjścia. Dla was jest ona nagrodą za lata walki z komunizmem, dla nas wyzwaniem. I dlatego też wiele diagnoz wypływających dziś z kręgu „Gazety Wyborczej” wydaje nam się dalece niewystarczających albo po prostu błędnych.
W tym kontekście symptomatycznie brzmi inny zarzut Toruńczyk: „Karol Modzelewski stwierdził, że tam, gdzie lewica jest słaba, rozkwita populizm. Wolno zauważyć, że stwierdzenie to jest odwracalne. Żeby się o tym przekonać, lewica musiałaby jednak wystawić na wielkie ryzyko swoją wzrastającą popularność medialną i zacząć zwalczać populizm”. Przyznam szczerze, że już zaczynaliśmy się poważnie obawiać, czy nasze po stokroć wypowiadane tezy o tym, iż głównym źródłem sukcesu populizmu było sztuczne wyeliminowanie klasycznych antagonizmów (a przy okazji lewicy) na rzecz pozornego konsensusu, nie zaczynają być do bólu przewidywalne i brzmieć jak mantra. Ale Barbara Toruńczyk o takiej zależności dowiedziała się nie od nas, którym poświęca swój gigantyczny esej, ale od Karola Modzelewskiego.
Umówmy się, omawiany sąd jest tak oczywisty, że nie chodzi tu o palmę pierwszeństwa. Chodzi o to, że większość krytyk kierowanych przez nas wobec pokolenia Marca polegała właśnie na tym, że z jednej strony występowało ono bardzo ostro przeciwko populistom, a z drugiej wspierało zmiany, które tworzyły warunki dla rozwoju populizmu. Pierwszym była właśnie rezygnacja z budowy silnej i prawdziwej lewicy na rzecz uznania za takową postkomunistów i stworzenie w sferze publicznej, także z ich udziałem, takiego pola debaty, w którym każdy krytyk transformacji narażał się na wykluczenie. Można rozpatrywać to jako strategiczny wybór mniejszego zła: mamy szybki skok transformacyjny i płacimy za niego cenę w postaci rozwoju populizmu, ale nie można się dziwić, że sprawy przyjęły taki, a nie inny obrót. I opowiadać, że to demony endecji nagle się obudziły. Myśmy wszystko dobrze zaplanowali, a tu nam nagle z nieba spadło takie nieszczęście. Walka z populizmem poprzez wyzywanie go od „prawie Putinów”, „pełzających zamachów stanu” itp. wynikała z zupełnego niezrozumienia źródeł jego sukcesów albo hipokryzji.
Wbrew temu, co pisze Toruńczyk („lewica musiałaby jednak wystawić na wielkie ryzyko swoją wzrastającą popularność medialną i zacząć zwalczać populizm”), atakowanie populizmu jest najprostszym i przynoszącym największe uznanie elit dziennikarskich i intelektualnych sposobem istnienia w dyskursie publicznym. Nie ma nic prostszego niż wyzywanie przeciwników od populistów i odsądzanie ich od czci i wiary. O jakim ryzyku, które miałoby towarzyszyć tej łatwiźnie, pisze Toruńczyk? Przeciwnie, istnieje ryzyko, że odmowa bezmyślnego wyżywania się na populistach i próba zrozumienia, skąd się wzięli, może się okazać przykra dla antypopulistycznych elit. Jest bowiem jasnym dowodem na porażkę ich projektu. A krytycy ryzykują włączenie ich w zbiór populistów (w „Wyborczej” na zmianę porównywano nas do Leppera i zarzucano nam inteligenckie mrzonki).
Owszem, odmawialiśmy powtórnej stygmatyzacji tej części społeczeństwa, którą porzucono, a populiści podnieśli. Odmawialiśmy dołączenia do nieświadomego przejmowania ich metod i budowania sztucznego poczucia zagrożenia, żeby następnie bronić przed nim społeczeństwo. Jedni robili to, wykorzystując wyimaginowane zagrożenie Niemcami, Żydami, Europą, układem, łże-elitami, a drudzy zaczęli postępować podobnie – „broniąc” demokracji przed populistami. I zamiast stworzyć w Polsce cywilizowane podziały polityczne, które gwarantują jak najszerszym kręgom społecznym reprezentowanie w realnych sporach politycznych, doprowadzono do jej destrukcji i zaganiania ludzi od neoliberałów do populistów i w drugą stronę.
Do dziś najwybitniejsi reprezentanci pokolenia Marca nie wyciągnęli z tego wniosków, a nasze diagnozy i krytyki traktują po prostu jako szkodzenie demokracji i stawanie w szeregu z populistami i Michnikofobami. Czy nie o to chodzi Barbarze Toruńczyk, gdy pisze: „Z przykrością wyznam, że odniosłam nawet wrażenie, iż dawniejszą obojętność nowej lewicy wobec ataków współczesnych populistów na Jacka Kuronia czy Adama Michnika, ostatnio zabarwiło zadowolenie. Michnikofobia nie jest w każdym razie intymną patologią kilku prawicowych publicystów z kompleksami. Widzę tu raczej inną przyczynę: współczesne ruchy cechuje oto odwrót od przeszłości i zanik umiejętności, a nawet potrzeby jej rozumnej analizy. A bez takich inklinacji lewica dotychczas nie istniała”.
Wydaje mi się, że podobne sądy, biorą się nie z naszego niezainteresowania przeszłością i niezrozumienia intencji i poglądów środowiska Barbary Toruńczyk, bo znamy i rozumiemy je świetnie, czego nie można niestety powiedzieć o drugiej stronie. „Zanik potrzeby i umiejętności rozumnej analizy” dotyczy raczej was samych, rozczytanych wciąż w autorach sprzed epoki i gardzących nowymi, którzy pachną wam albo skrajnością, albo nowinkarstwem. Filozofowie walki o demokrację przeciw totalitaryzmowi są po prostu nieprzydatni do opisu współczesnych problemów demokracji, anachroniczne stosowanie ich siatki pojęciowej prowadzi w ślepą uliczkę. Czasem wręcz przypomina to podróże sentymentalne w przeszłość i projektowanie zwycięskiej walki z komunistycznym autorytaryzmem na zagrożenie populistyczne. Jarosław Kurski wprost mówił: „Rządy PiS-u były dla mnie jak wejście w stare buty. Mieliśmy poczucie misji w obliczu ewidentnego zagrożenia demokracji” („Tygodnik Powszechny, Alarm dla mediów, 14 stycznia 2009). To z pewnością pobudzające i wygodne, bo znane i sprawdzone, ale zupełnie przeciwskuteczne. PiS został odsunięty od władzy, ale żaden powód, dla którego Polacy w 2005 roku postanowili oddać 80 procent głosów na partie chcące zerwać z III RP, w ten sposób nie zniknął.
A co do ataków na Michnika i Kuronia to broniliśmy ich STO razy, gdy spotykały ich idiotyczne i obsesyjne ataki rozmaitych prawicowców (odsyłam choćby do swojej odpowiedzi w „Dzienniku” na tekst Rafała Ziemkiewicza Krytyka małpiego rozumu albo do wywiadu z Cezarym Michalskim z 13. numeru „Krytyki Politycznej”). A że na obsesyjne ataki odpowiadacie obsesyjnym uznawaniem każdej krytyki za atak, to już wasze, a nie nasze fobie.
Przyznaję szczerze: przed laty beztrosko wierzyłem, że ze strony takich ludzi jak Adam Michnik opinie sprzeczne z ich poglądami, ale przemyślane i wynikające z tych samych intencji i tradycji, spotkać się muszą z szacunkiem i próbą zrozumienia. Że podjąć spór z gigantami, to więcej i lepiej niż im bezmyślnie potakiwać. Że taka postawa może być wyłącznie doceniona. Że nie sztuka zakolegować się z mistrzami, sztuka spróbować znaleźć ich błędy, rzeczowo skrytykować, wejść z nimi w spór. To będzie ambitne, to będzie pożądane i w końcu to może obudzić tylko szacunek.
Zbyt dziecinna była to diagnoza psychicznej konstrukcji mistrzów. Być może tak już jest, że giganci skazani są na potakiwaczy, a na krytyków jest tylko jedna przegródka z napisem „Michnikofobia”. Czy w Waszej świadomości pojawi się w końcu miejsce na trzecią postawę obok zapamiętałych wrogów i rozkochanych pochlebców?
Lekcje ze sceptycyzmu
Ta zasada – jak się okazuje – dotyczy nie tylko stosunku do mistrza, ale do na mistrza mistrza. Pisze Toruńczyk: „Artykuły Kołakowskiego takie jak Kapłan i błazen stały się abecadłem postawy nonwyznawczej. Dzisiejsza młoda lewica zmierza w kierunku odwrotnym. Wytykanie Kołakowskiemu, że nie jest w stanie sprecyzować swojego stanowiska i ogranicza się do pokazowej lekcji wątpienia, wskazuje na głębokie nieporozumienie, ściślej na niezrozumienie, czym jest jego filozofia i jej radykalne nowatorstwo. Nie miejsce tutaj na wyjaśnianie tego – na to trzeba lat studiów. […] To on z największą przenikliwością przeprowadził wiwisekcję duchowości doktrynerskiej i wszelkich usystematyzowanych i skodyfikowanych wiar. Wyposażył nas w ten sposób w mądrość chroniącą przed upadkiem i intelektualnym zachwianiem […] Jeśli dzisiaj ktoś chce umacniać pozycje «nowej lewicy», drwiąc z filozofii Leszka Kołakowskiego, zamiast zastanowić się nad pułapkami czyhającymi na doktrynalnych wyznawców idei – błądzi lub szuka taniego poklasku wśród niedouczonej klienteli politycznej. W obu przypadkach oznacza to, że rozwiązania dzisiejszych problemów upatruje się w zwalczaniu najbliższego swojego sojusznika sprzed ponad 40 lat”.
Kołakowski chyba faktycznie zasługuje na krytykę, bo wszystko wskazuje na to, iż nie okazał się najlepszym nauczycielem „postaw nonwyznawczych”. Po pierwsze, zupełnie nie zabezpieczył pokolenia Barbary Toruńczyk przed ukąszeniem heglowskim wiary w „koniec historii” Fukuyamy, po którym nie ma już lewicy i prawicy, są tylko racjonalni kapłani wolego rynku i populistyczne błazny. Czytałem i czytałem uczniów Kołakowskiego i nie widziałem tego sceptycyzmu wobec powszechnie panujących idei końca polityki, wobec fundamentalizmu rynkowego, który do dziś święci triumfy w „Gazecie Wyborczej” i nawet globalny kryzys nie był wystarczającą zachętą do postawienia sobie pytania, czy nie byliśmy przez te dwie dekady jego „doktrynalnymi wyznawcami”.
Po drugie, prawdziwy i pożyteczny jest ten sceptycyzm, który sam nie zamienia się w doktrynę, który pomaga zrozumieć, a nie buduje bariery przed rozumieniem, nie zabija ciekawości świata, nie pozostawia nas z pustymi rękami. I zarzuty, które formułowałem wobec Kołakowskiego, wynikają właśnie z takich wątpliwości wobec jego dzisiejszej postawy i pogardy dla współczesnych kierunków filozoficznych. Mówi Kołakowski: „Od pewnego czasu już po prostu nie czytam literatury filozoficznej nowszej. Nie wiem, czy coś się tam pojawia bardzo ważnego; przypuszczam, że nie”, żeby później uraczyć nas taką mądrością: „Uciekać od odpowiedzialności za świat i za własny w nim udział, za własne słowa można przez rodzaj melancholii, która w zadumie nad wiecznym i nieuchronnym złem świata szuka usprawiedliwienia dla własnego zobojętnienia. To bardzo wygodne zaspokoić się westchnieniem «Nic nowego pod słońcem»”. No właśnie…
Znowu, darujmy alergie i pruderie, nikt w „KP” nie atakował Kołakowskiego na sposób znany z prawicowych paszkwili (zresztą ci, którzy kiedyś je pisali, dziś wzdychają do Kołakowskiego, a za największą nagrodę uznają możliwość zrobienia wywiadu z wielkim filozofem, czego ten zresztą im nie odmawia – patrz drukowane na pierwszej stronie rozmowy dla „Dziennika”). Nikt nie podważał jego wspaniałego dorobku, przeciwnie – jego książki i eseje (nie wszystkie, to prawda) stanowią podstawowe lektury dla naszego środowiska i są wciąż czytane. Szkoda, że Toruńczyk zamiast po prostu odpowiedzieć na konkretne zarzuty postawione autorowi Głównych nurtów marksizmu”1, uderza w ogólne tony szacunku dla wielkiego mistrza. Czyż szacunek dla mistrza i nauczyciela „postaw nonwyznawczych” nie powinien rozpoczynać się od krytycznej analizy jego przekonań? Kto okazuje mu prawdziwy szacunek: ja odrabiając lekcję ze sceptycyzmu, weryfikując jego idee, czy Toruńczyk, pisząc laurki i zmuszając nas do tego?
Pozory pluralizmu
Ewolucja poglądów Kołakowskiego pozostaje w zgodzie z ewolucją pokolenia Marca. „Ażeby ruszyć z miejsca, należy czasem spojrzeć wstecz. Ten kryzys pojęcia lewicy nabrał ostrości i uwyraźnił się wraz z kontestacją 1968 roku i jej późniejszymi dziejami. Leszek Kołakowski uchwycił tę metamorfozę lewicy i innych tradycyjnych nurtów politycznych w słynnym artykule, Jak być konserwatywno-liberalnym socjaldemokratą? (1978) i jego tytułowym pytaniu określającym zarazem postawę polityczną powstałą na gruzach tego pojęcia”. W innej wypowiedzi Kołakowski stwierdzi: „Zamiast o lewicy i prawicy, w sensie orientacji politycznych czy programów partyjnych, wolę mówić o mentalności otwartej i zamkniętej. Każda z nich ma u nas wiekowe tradycje”.
Rozczarowanie do marksizmu, który przez reżim (najpierw totalitarny a później autorytarny) uznany został za doktrynę państwową i wymuszany na obywatelach knutem, wobec równoległej niechęci do endeckich i sanacyjnych doświadczeń poprzedniej epoki w polskiej historii, mogło odstręczać od zajmowania stanowiska po którejś ze skompromitowanych stron: lewicowej albo prawicowej. To w pełni zrozumiałe. Doświadczenie to zresztą Kołakowski dzieli z połową świata, dla której kres zimnej wojny był jednocześnie nadzieją na kres antagonizmów społecznych i początkiem wiary w koniec (złej) historii. Ale sceptyczny umysł powinien dostrzec, jak szybko antypolityka, która ma uzasadnienie w świecie ukształtowanym przez przesyt idei, zamienić się może w innych warunkach w postpolitykę i niedobór idei.
Pytam się: jak zbudować teorię pluralizmu wokół idei konserwatywno-liberalnego socjaldemokraty? Kto ma być jego oponentem? Czy nie zostaje nam brudny i głupi populista? Czy ten spór buduje demokratyczną sferę publiczną? Czy to jest bezpieczne dla demokracji? I czy nie taką właśnie blokadę nałożono na polską transformację? Jest zasadnicza różnica między sporem, w którym mówię do przeciwnika: „nie zgadzam się z Tobą, bo jestem socjaldemokratą, a ty liberałem (albo: konserwatystą, a ty liberałem)” i sytuacją, w której mówię: „nie zgadzam się z tobą, bo ja reprezentuję mentalność otwartą a ty mentalność zamkniętą”. To drugie buduje jedynie pozór pluralizmu i stanowi zagrożenie wykluczenia jakiejś części poglądów, a tym samym i interesów społecznych ze sfery publicznej. To one właśnie wróciły w 2005 po tym, gdy pozbawieni niepopulistycznej reprezentacji sfrustrowani ludzi poparli populistów. Czy obawy przed demonami wyrażane przez pokolenie Marca nie okazały się w ten sposób samospełniającym się proroctwem?
Inaczej się rozmawia z przeciwnikiem, który wprawdzie ma inne poglądy na państwo, gospodarkę, konkretne rozwiązania, ale równie prawomocne w demokracji, a inaczej z reprezentantem „mentalności zamkniętej”, którego należy zwalczać, bo jest zagrożeniem dla demokracji. Zresztą sama Toruńczyk dostarcza potwierdzeń dla naszej diagnozy: „Mieliśmy predylekcje do systemu demokracji bezpośredniej: chcieliśmy dopuścić do rządzenia krajem całe społeczeństwo. Przywódcy KOR-u ujrzeli spełnienie tych dążeń w tzw. pierwszej «Solidarności», a nawet początkowo «drugiej», i Adam Michnik długo – aż do «wojny na górze» wypowiedzianej przez Lecha Wałęsę – opierał się przeciwko łamaniu politycznej jedności tej formacji, do de facto oznaczało hamowanie tworzenia się systemu partyjnego w Polsce niepodległej i poszukiwanie «trzeciej», nieznanej drogi w historii demokracji europejskiej. Te sprawy do dzisiaj nie doczekały się teoretycznego rozstrzygnięcia”. Owszem doczekały się, jest na ten temat co najmniej kilkadziesiąt książek i setki tekstów. Chantal Mouffe, Ernsteo Laclau, Thomas Frank, David Ost to tylko kilku autorów, którzy teoretycznie opracowali zjawiska znane nam z ostatnich dwóch dekad.
Opisane przez Petera Sloterdijka w Krytyce cynicznego rozumu, zaledwie kilka lat po publikacji tekstu Jak być konserwatywno-liberalnym socjaldemokratą, nowe coraz powszechniejsze zjawisko wzajemnego rozszyfrowania się ideologii, asymiliacji przeciwieństw, stoi za beznadzieją dzisiejszej polityki, jej komercjalizacją, społeczną apatią i tym wszystkim, co tak nie podoba się Toruńczyk. I nam także.
Po „wielkich złudzeniach” XX wieku, pozostała apatia małych egoizmów. Ich podglebiem jest nieufność do ambitnych idei, ironia w stosunku do polityki, obawa przed zajęciem stanowiska. Czy Barbara Toruńczyk nie widzi, że to jest rewers jej aktualnej postawy? Że domagając się od nas sceptycyzmu, obawiając się naszej lewicowości, wzdragając przed rewizją starzejących się założeń, wspiera ten postpolityczny letarg? Czy naprawdę, sądzi, że chcemy wykonać krok w tył (w stronę „doktrynalnej pewności”), a nie w przód? A czy miejsce, w którym obecnie się znajdujemy, ją satysfakcjonuje?
Była odwaga, jest strach
W swym eseju Barbara Toruńczyk opisuje, jak marcowe pokolenie dojrzewało do zaakceptowania wartości uniwersalnych, humanistycznych, mogących stanowić wspólny mianownik dla rozmaitych żądań, a jednocześnie pozwalających oderwać się od prymitywnie pojmowanej polityki czy zbyt jednostronnego zaangażowania.
I nam uniwersalizm jest bliski. Tak samo jak bliska jest nam wolność. Imperatyw ten rozumiemy jednak dużo konkretniej niż Barbara Toruńczyk, której wydaje się, że feminizm powstał we Włoszech w latach 70. Jak bardzo konserwatywne oblicze przyjął ten wolnościowy i uniwersalistyczny program w wydaniu dawnych bojowników o wolność i sprawiedliwość widać na przykład w argumentacji Toruńczyk na rzecz ochrony prywatności.
„Dzisiaj – pisze ona – nie mając odwagi i umiejętności stworzenia lewicowego programu politycznego zogniskowanego na problemie wyrównywania szans społecznych i społecznej równowagi, nie dysponując adekwatną do zmieniającej się rzeczywistości analizą, młoda lewica sięga w Polsce po hasła tolerancji obyczajowej. Wzmacnia tym samym tendencję typową dla standardów współczesnej masowej kultury i dąży do poszerzenia ingerencji polityki w sferze prawa do prywatności, przyczyniając się do niszczenia tradycyjnego i indywidualistycznego pojmowania osobistej swobody jako terenu chronionego przed wszelką ingerencją ze strony społeczeństwa i państwa”.
Dla nas pod hasłem tym kryje zgoda na zachowanie w sferze prywatnej porządku usprawiedliwiającego dyskryminację ze względu na płeć, orientację seksualną, światopogląd. Przede wszystkim jednak brak tu rozeznania całej gamy powiązań między sferą polityczną, prawną, publiczna, a sferą relacji prywatnych. Znów jestem nieco zakłopotany, bo wydawało mi się, że przekonanie o istnieniu granicy między prywatnym i politycznym może być dla współczesnego humanisty jedynie ciekawostką historyczną. Coś jak to, że rzeczywistość składa się z ruchów pneumy albo świat z eteru…
Rozumiem, że walka o wolność z reżimem totalitarnym oznaczała w pierwszym rzędzie prawo do wolności w sferze prywatnej. Ale przecież nie wyklucza to tej oczywistej obserwacji, że sfera prywatna jest także przedmiotem polityki. Przecież takie tematy jak wychowanie dzieci, przemoc domowa, antysemityzm, in vitro itp. dotyczą prywatności, a zarazem wypełniają codzienną debatę publiczną i są przedmiotem stanowionego przez polityków prawa. A więc prywatność jest a priori polityczna i taka była zawsze, a że odkryliśmy to stosunkowo niedawno (jakieś kilka dekad temu) co najwyżej zmusza nas do podjęcia szczegółowych rozważań na ten temat.
Postulat oddzielenia prywatności od całej reszty tkanki społecznej to archaiczny i abstrakcyjny slogan liberalny, służący utrzymaniu status quo, a przede wszystkim niemający nic wspólnego z rzeczywistą troską o równe prawo wszystkich obywateli do cieszenia się wolnością i równością. Jeszcze wyraźniej widać, jak bardzo związane jest to z obroną niesprawiedliwych, konserwatywnych modeli życia w rozwinięciu tego zarzutu: „Pogłębia przy tym – także w sposób typowy dla historycznej lewicy – antagonizmy grupowe, gdyż organizując manifestacyjne poparcie dla jednych, antagonizując grupy nastawione w tej sprawie bardziej tradycyjnie. Przyczynia się więc do budowy społeczności gettowych o stylu uprawiania polityki i życia obywatelskiego cechującego ludzi zamkniętych w oblężonej twierdzy. Dużo bardziej właściwa wydaje się, przynajmniej dla budowy fundamentów zdrowego i pozbawionego uprzedzeń współżycia społecznego, postawa respektująca sferę prywatności. To w tej sprawie powinno się wykazywać nieustępliwość”. No cóż, tak już jest z walką o jakąś sprawę, że prowadzi do antagonizmów grupowych. Nie inaczej było z historią komandosów. To nie antagonizujące konsekwencje podnoszonych przez nową lewicę postulatów martwią Toruńczyk, ale ich treść.
Jak wiadomo, każdy bojownik najlepiej wie, jak wygrywać wojny już zakończone. I być może taki jest los wielkich zwycięzców, że zostają już na zawsze zakładnikami swojego zwycięstwa. To pokolenie zawsze już będzie walczyło z totalitaryzmem i o demokrację, choćby nie było już żadnego totalitaryzmu, a demokratyczne wyzwanie oznaczało coś więcej niż tylko wolne wybory i likwidację cenzury. Od czasu Wielkiego Zwycięstwa każde zagrożenie będzie już urastało do totalitaryzmu, a każde demokratyczny postulat wykraczający poza dotychczasowe rozumienie demokracji – do zagrożenia. Co było odwagą myślenia wtedy, staje się strachem przed myśleniem dziś. Co emancypowało wówczas, jest konserwatywne dziś. A mówiąc wprost: świat przez te kilka dekad po prostu się zmienił.
Tak jak kiedyś komandosi w dramatyczny sposób odpytali realny socjalizm z wierności głoszonym zasadom, tak my pytamy, czy sprawiedliwość, równy udział w wolności od opresji i wolności do samorealizacji nie powinien przysługiwać wszystkim – bez względu na płeć, orientację seksualną, narodowość, wyznawaną lub niewyznawana wiarę. Krótko mówiąc, staramy się przełożyć na konkretne postulaty ogólne wartości, których nauczycielami w dużej mierze byli dla nas przedstawiciele pokolenia Barbary Toruńczyk.
Na koniec więc pozwolę sobie przywołać jeszcze raz słowa waszego (ale i naszego do pewnego stopnia) mistrza. Odpowiedź Kołakowskiego na pytanie: „Czym jest odwaga filozoficzna?”: „Jest to po prostu zdolność doprowadzenia własnej myśli do ostatecznych konsekwencji bez szukania wykrętów”.
Tekst ukazał się w 16-17 numerze „Krytyki Politycznej”, jest odpowiedzią na esej Barbary Toruńczyk Opowieść o pokoleniu Marca: przesłanie dla nowej lewicy, który opublikowaliśmy w numerach 15 i 16-17.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 30.06.2009 )
|
|
|
|