Rodzina
zawsze był w centrum zainteresowania kina, zwłaszcza tego formacji
hollywoodzkiej. Gdy mówimy o obrazach rodziny w kinie, nie możemy
uciec od ideologii. Z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na
ideologiczny charakter samego medium filmowego, po drugie, ze względu
na ideologiczność samego pojęcia „rodziny”.
Kino
znajduje się w specjalnej relacji z - by użyć althusseriańskiego
terminu - praktyką ideologiczną społeczeństwa. Przypomnijmy, że
dla Althussera społeczeństwo jest totalnością złożoną z wielu
praktyk: ekonomicznej, teoretycznej, ideologicznej etc. Praktyka
ideologiczna jest tą częścią całości społecznej, w której
wytwarzają się wyobrażenia jednostek na temat ich własnych
stosunków społecznych, rzeczywistości społecznej i ekonomicznej,
jaką tworzą. W althusserowskiej wersji marksizmu praktyka
ideologiczna jest koniecznym momentem każdej całości społecznej,
nie może istnieć społeczeństwo, które byłoby w stanie
przekroczyć ideologię (rozumianą jako sposób wytwarzania przez
społeczeństwo nienaukowej świadomości o sobie samym)1.
Teoria filmu zajmująca się relacją kina i ideologii, zwłaszcza
teorie francuskie i brytyjskie z przełomu lat 60. i 70.,
zainspirowane przez filozofię Louisa Althussera, definiowała kino
jako maszynę do wytwarzania fałszywych wyobrażeń człowieka o
jego własnym społecznym bycie, medium wypływające z
idealistycznych ideologii mieszczańskich, będące ich wizualizacją
i narzędziem reprodukcji ich hegemonii2.
Jednak
kino wchodzi w relacje z dominującymi ideologiami, w kręgu których
powstaje, nie tylko jako reprodukujący je aparat. Jak zauważa
Pierre Macherey (francuski teoretyk literatury, marksista ze szkoły
Althussera, współautor Czytania
kapitału),
„dzieło sztuki nie tyle wyraża ideologię, ile wyposaża ją w
zmysłową reprezentację i figurację”, a przez to „inscenizując
jej działanie, mimowolnie demaskuje jej mechanizmy i staje się jej
krytyką”.3
Frederic Jameson, marksistowski filozof (teoretyk) kultury ze Stanów,
stawia z kolei tezę o podwójnym, ideologicznym, a jednocześnie
utopijnym charakterze kultury popularnej, w tym kina. Jameson, za
Normanem Hollandem (amerykańskim literaturoznawcą orientacji
kognitywistycznej), przyjmuje, że „zadaniem dzieła sztuki
(zwłaszcza należącego do kultury popularnej) jest zarządzanie
pragnieniem, symboliczne spełnienie popędu, który uległ represji,
przy jednoczesnej ochronie psyche
przed niszczącymi, archaicznymi popędami”4.
Dlatego w wymiarze społecznym kultura popularna może być
jednocześnie utopijna i ideologiczna, tłumić społeczne pragnienia
(sprawiedliwości, wolności etc.), a jednocześnie wizualizować
utopie będące ucieleśnieniem tych pragnień. Poprzez ideologiczną
funkcję kultury popularnej Jameson rozumie jej rolę w
reprodukowaniu społecznego status quo5,
charakterystycznych dla niego stosunków władzy, społecznych
hierarchii etc. Dzieła kultury popularnej pozostają w stałym
związku ze społecznymi lękami, obawami, nadziejami, zarządzają
nimi w taki sposób, by nie zagrażały one istniejącym stosunkom
społecznym. Kultura masowa wychodzi naprzeciw rzeczywistym
społecznym obawom, lękom, antagonizmom charakterystycznym dla
społeczeństwa mieszczańskiego. Daje im wyraz, by następnie
stłumić je poprzez pracę narracji, która rozwiązuje wszelkie
społeczne konflikty w zafałszowany, wyimaginowany sposób, tworząc
ideologiczną (gdyż wzmacniającą zastany porządek) iluzję
społecznej harmonii6.
Nie
można jednak redukować funkcji kultury popularnej do jej
ideologicznego wymiaru, ma ona także swój wymiar utopijny. Poprzez
funkcję utopijną kultury masowej Jameson rozumie jej zdolność do
przedstawiania (przez swoje wytwory, takie jak: filmy, komiksy,
teksty literackie) społecznych nadziei na radykalną zmianę,
całościowych alternatyw dla zastanego porządku
społeczno-ekonomiczno-politycznego. „Dzieła kultury masowej
legitymizują zastany - jeśli nie jeszcze gorszy - porządek
społeczny, ale nie mogą skutecznie zarządzać społecznymi lękami
i nadziejami, nie dając im wyrazu, […] a przez to - w jakkolwiek
poplątany sposób - dając
nadzieję na zmianę”7.
W
dalszej części tekstu spróbuję zastanowić się, w jaki sposób
ten podwójny - ideologiczny i utopijny - charakter kultury
masowej widoczny jest w tym, jak współczesne kino portretuje
rodzinę. Zajmę się tu właściwie wyłącznie przemysłowo
produkowanym kinem komercyjnym i produkcją telewizyjną ze Stanów
Zjednoczonych. Nie dlatego, bym specjalnie cenił ten rodzaj kina (i
filmy, o których będę pisał), ale uważam, że ten model kina
jest najsilniej i najszerzej działającym medium dla pracy
ideologii. To takie kino kształtuje wyobraźnię i zarządza
pragnieniami większości widzów z euroatlantyckiego obszaru
kulturowego.
Wszystko
po staremu
Kiedy
mówimy o ideologicznych aspektach obrazu rodziny w kinie, nie możemy
ani przez moment zapominać o tym, jak silnie samo to pojęcie jest
nacechowane ideologicznie. W zespole ideologii
konserwatywno-liberalnych rodzina przedstawiana jest jako sfera
prywatna przeciwstawiona sferze publicznej. Granica rodziny ma być
granicą polityki, za którą rozciąga się obszar wolny od
politycznego konfliktu, przestrzeń „naturalnego”, spontanicznego
ładu. Tymczasem rodzina, jaka wykształciła się w kręgu
zachodniego kapitalizmu (rozumiana zarówno jako jednostka
ekonomiczna, jak i jako instytucja wytwarzająca określone struktury
odczuwania) jest - jak każda instytucja społeczna - społecznym
konstruktem ukształtowanym przede wszystkim przez czynniki
ekonomiczne. Jak zauważa Immanuel Wallerstein, współczesna rodzina
została ukształtowana przez kapitalistyczny sposób produkcji jako
najbardziej racjonalna - z punktu widzenia logiki akumulacji
kapitału - najmniejsza jednostka społeczno-ekonomiczna8.
Wraz z rozwojem kapitalizmu rozmiar rodziny zmniejszał się, aż
powstała rodzina nuklearna charakterystyczna dla dojrzałego,
dwudziestowiecznego kapitalizmu9.
Jeśli
przyjrzymy się klasycznemu kinu hollywoodzkiemu (czyli mniej więcej
od narodzin kina dźwiękowego do początków lat 70.), widać
wyraźnie, że jest ono swoistą formą nowoczesnego mitu tego typu
rodziny. Mitu rozumianego w barthesowskim sensie jako naturalizacja
historii, dyskurs zmieniający to, co historyczne (a więc przygodne,
czasowe i względne), w to, co naturalne (a więc ponadczasowe i samo
przez się prawomocne). To, że amerykańskie kino tego okresu, pod
panowaniem kodeksu Hayesa10
i przed rewolucją obyczajową lat 60., w centrum swojego spojrzenia
stawiało białą, nuklearną rodzinę z podmiejskiej klasy średniej
(poza takimi gatunkami jak western czy film gangsterski), nie dziwi i
nie jest specjalnie odkrywcze. Ciekawe jest, że mimo wszystkich
przemian, jakie zaszły w Ameryce od lat 60., wizerunek nuklearnej
rodziny i związanej z nią polityki seksualnej, jaki przedstawia
przemysłowa produkcja filmowa głównego nurtu, zmienił się w tak
niewielkim stopniu.
Doskonałym
przykładem tego, jak w tej dziedzinie „wszystko zmieniło się po
to, by mogło nadal pozostać takie samo”, jest film Miasteczko
Pleasantville Gary’ego
Rossa z 1998 roku. Rodzeństwo współczesnych nastolatków, David i
Jennifer, przenosi się ze współczesnej Ameryki w świat
przedstawiony czarno-białego serialu
(fragmenty, w których bohaterowie przebywają w „filmie w filmie”,
także kręcone są na taśmie czarno-białej przypominającej tę,
jakiej używała amerykańska telewizja w latach 50.) dla młodzieży
z lat 50. Serial przedstawia wizję Ameryki jak ze snu ówczesnych
konserwatystów. Serialowa Ameryka to małe miasteczko, gdzie wszyscy
się znają, zamieszkane przez białe, nuklearne rodziny z klasy
średniej; panowie mają solidne prace, panie zajmują się domem,
małżonkowie kochają się i są sobie wierni, a w sypialniach mają
osobne łóżka (nakazywał to kodeks Hayesa). Każda taka para
cieszy się dwójką potomków niesprawiających problemów z
alkoholem, seksem, nie mówiąc o narkotykach czy wywrotowych
poglądach polityczno-społecznych.
W
tym świecie David, chłopak nieśmiały i zagubiony w rzeczywistości
Ameryki lat 90. (a przy tym fan serialu), czuje się całkowicie
bezpiecznie, wydaje mu się, że znalazł miejsce, w którym wreszcie
jest szczęśliwy. Więcej problemów z życiem w serialowym
miasteczku ma jego siostra, to ona staje się zarzewiem buntu przeciw
panującym tam porządkom. Bunt rozsadza cały filmowy świat
przedstawiony, nawet na poziomie jego formy, w miasteczku zaczynają
pojawiać się kolory, co budzi przerażenie jego szacownych
mieszkańców. Między starszym pokoleniem, którego większość
jest przeciw „kolorowej rewolucji”, a młodszym wywiązuje się
ostry konflikt. W końcu zwyciężają młodzi, Pleasentville staje
się kolorowe, otwiera się na świat (wcześniej bohaterowie serialu
nie mogli opuścić miasteczka, którego przestrzeń była
zakrzywiona, a główna ulica spotykała na swoim początku swój
koniec), dzieci opuszczają domy rodziców etc.
Cały
problem z tym filmem polega na tym, że w wyniku konfliktu poza
kolorami nie zmieniło się tak naprawdę nic. Głównym polem
konfliktu między młodymi a ich rodzicami jest seks. David doskonale
czuje się w serialowym miasteczku z lat 50. przede wszystkim
dlatego, że nie słyszy tam podstawowego nakazu współczesnego
superego dotyczącego seksualności: „Ciesz się!”. W „realnym
świecie” Ameryki lat 90. chłopak jest zagubiony, czuje, że nie
spełnia podstawowego obowiązku, jaki nakłada na niego kultura;
obowiązku posiadania udanego, satysfakcjonującego, bogatego życia
seksualnego. Dlatego purytanizm Ameryki lat 50. wydaje mu się
wyzwoleniem. Odwrotnie niż dla jego siostry, która z tym
podstawowym nakazem ponowoczesnej etyki seksualnej radzi sobie
zdecydowanie lepiej.
Co
jest jednak efektem rewolucji seksualnej, jaka - jak przekonuje nas
film - dokonuje się w świecie serialu (a metaforycznie w Ameryce
po wyjściu z ery Eisenhowera)? Właściwie nic, trudno za rewolucję
uznać stworzenie przez nastoletnich mieszkańców miasteczka kilku
heteroseksualnych par, które pewnie za kilka lat zamieszkają w
domkach podobnych do tych, jakie zamieszkiwali ich rodzice, może
trochę bardziej kolorowych i z połączonymi łóżkami w
małżeńskiej sypialni. Nikt z mieszkańców miasteczka nie okazał
się gejem lub lesbijką, nikt nie zdecydował się na życie w
trójkącie czy komunie, seksualność, jaką odkrywają młodzi
bohaterowie, jest bardzo grzeczna i mieszczańska.
W
Pleasentville wszystko zmieniło się po to, by mogło zostać takie
samo. A na głębokim poziomie struktur narracyjnych film okazuje się
po prostu historią o produkcji pary złączonej romantyczną,
seksualną miłością, pary, z której wkrótce powstanie z
pewnością nuklearna rodzina (śledzimy przede wszystkim historię
Davida, który w serialowym miasteczku odnajduje miłość swojego
życia, z którą udaje mu się stworzyć udany seksualny związek).
Gdyby chociaż widz dostał sygnał, że ta rodzina będzie bardziej
partnerska niż patriarchalna rodzina z lat 50., ale film kompletnie
nie problematyzuje patriarchatu.
Rozpusta
w służbie konserwatyzmu
Jeśli
przyjrzeć się większości filmów hollywoodzkich, to jakkolwiek by
wydawały nam się one seksualnie obsceniczne, wulgarne,
półpornograficzne etc., tak naprawdę w swojej głębokiej treści
są bardzo konserwatywne. Spójrzmy na serię odnoszących za oceanem
sukcesy komedii produkowanych przez Judda Apatowa (min. Wpadka,
40-letni
prawiczek)11.Ich
bohaterami są w przeważającej większości biali mężczyźni w
wieku od lat nastu do czterdziestu. Zajęci są głównie rozmowami
(w męskim gronie) o seksie, pornografii, postaciach popkultury, a
przede wszystkim o tym, jak zapewnić sobie jak największą liczbę
seksualnych podbojów. Jednak w ostatecznym rachunku cały ten
festiwal obsceniczności (przede wszystkim werbalnej) służy
skojarzeniu heteroseksualnej pary zdolnej stworzyć stały związek
oparty na zasadzie seksualnej wyłączności i romantycznej miłości.
I znów wracamy do modelu filmu o produkcji pary.
Wszystkie
przywoływane przez kino tego typu obscena służą wzmocnieniu
bardzo tradycyjnego obrazu rodziny i koncepcji seksualności, są
wobec nich swoistą wewnętrzną transgresją. Co ciekawe, w wielu
komediach tego typu (także np. w filmach z serii American
Pie) głównym
bohaterem jest mężczyzna o niespecjalnie intensywnym życiu
seksualnym otoczony przez promiskuitycznych kolegów. Bohater, z
którym identyfikuje się widz, zamiast promiskuityzmu wybiera
długotrwały, oparty na romantycznej miłości związek z jedną
kobietą. Ciekawy jest tu podwójny stosunek interpasywności, jaki
zachodzi między nimi. Interpasywność jest specyficznym rodzajem
relacji, w której podmiot „deleguje” swoją radość, żałobę
czy jakiekolwiek inne funkcje na Innego (którym może być
jednostka, wspólnota czy nawet przedmiot). Doskonałym przykładem
interpasywności jest obyczaj zapalania świeczek w określonych
intencjach modlitewnych w kościołach katolickich (świeczka „modli
się za nas”) czy fascynacja bogatego Zachodu przedoświeceniowymi
kulturami, które mają być „za nas” „autentyczne i
niewyalienowane”. W filmach, o których mowa, interpasywność
działa w następujący sposób: z jednej strony koledzy głównego
bohatera (z którym widz z założenia ma się identyfikować) są
„rozpustni” „za niego”, ich model życia seksualnego
(przygodny seks z dużą ilością partnerek) legitymizuje jego wybór
trwałego związku opartego na romantycznej miłości, tworząc w nim
przekonanie, że miał inny wybór i że spośród różnych
życiowych opcji wybrał tę najlepszą. Z drugiej strony ten sam
bohater jest w dojrzałym, emocjonalnym związku „za” swoich
kolegów, którzy właśnie dlatego mogą cieszyć się urokami
życia, jakie wiodą, że istnieje wyjątek i że być może także
na nich czeka „ta jedyna miłość”.
Pseudohedonistyczny
i pozornie rozpustny, bardzo szowinistyczny, półpornograficzny
dyskurs idealnie dopełnia się w tych filmach z naiwną wersją
romantycznej miłości idealnie przystosowanej do wymogów pracy i
konsumpcji, jakie nakłada na jednostkę późny kapitalizm. Czy na
polskim gruncie to samo dopełnianie się identycznych dyskursów nie
zachodzi w komediach Olafa Lubaszenki (Chłopaki
nie płaczą,
Poranek
kojota,
E=mc2)?
Przy całym karnawale szowinistycznej obsceniczności, jaki
uruchamiają12,
są one realizacją konserwatywnego wzorca filmu o „produkcji
pary”?
Załóż
za mnie rodzinę!
Weźmy
inny przykład, kina, które pozornie nie ma nic wspólnego ze
sprawami rodziny, miłości, polityki seksualnej etc. - kina
należącego do takich gatunków jak film katastroficzny, science
fiction czy film terrorystyczny. Piszę pozornie, gdyż w podtekście
właściwie każdego wyprodukowanego w tym modelu filmu można
dostrzec wątek rodziny. Jeśli wierzyć psychoanalitycznej teorii
filmu, treścią większości dzieł filmowych (tekstów kultury w
ogóle) jest tak naprawdę dynamika rodziny organizowana przez mit
edypalny. Slavoj Žižek wielokrotnie zwraca uwagę, że gdyby z
większości hollywoodzkich produkcji, należących do takich
gatunków jak film katastroficzny, science fiction, film
terrorystyczny itp., usunąć wszelkie charakterystyczne dla
konwencji elementy (katastrofy, statki kosmiczne, terrorystów),
pozostaje historia pojednania rozbitej wcześniej rodziny (przy czym
właściwie zawsze jest to rodzina nuklearna, jednoipółpokoleniowa,
nigdy rozszerzona)13
albo
motyw produkcji pary (wzorcowym przykładem może być klasyczny film
terrorystyczny pt. Speed,
gdzie fajerwerki efektów specjalnych, pościgi i wybuchy prowadzą
prosto do stworzenia pary z głównych postaci).
Nuklearna
rodzina i fundująca ją heteroseksualna para stanowią ostateczny
horyzont i treść hollywoodzkiego kina, które ciągle krąży wokół
nich, tak jakby nie mogło wyobrazić sobie alternatywy w postaci
innej formy organizacji seksualności i relacji emocjonalnych między
ludźmi. Oczywiście w wyniku przemian obyczajowych ostatnich lat
jest to rodzina mniej patriarchalna, bardziej partnerska, często
zrekonstruowana po jednym czy drugim rozwodzie.
Przytłaczająca
większość (poza wyjątkami, o których za chwilę) przemysłowej
produkcji filmowej w tej dziedzinie nie tylko nie jest w stanie
pomyśleć i ukazać alternatywy „bardziej postępowej”, ale
nawet bardziej tradycyjnej. Jak zwraca uwagę Jameson, kino
hollywoodzkie jest kinem „bez dziadków”, obowiązującym modelem
jest rodzina jednoipółpokoleniowa (dorosła para plus niepracujące
dzieci).
Jeśli
w filmie należącym do formacji hollywoodzkiej (a w zasadzie można
to samo powiedzieć o amerykańskim kinie niezależnym) pojawia się
rodzina rozszerzona, wielopokoleniowa, to tylko i wyłącznie wśród
odróżniających się od krajobrazu podmiejskiej, białej Ameryki,
mniejszości etnicznych (przy czym także na ogół białych)14.
Mogą to być amerykańscy Włosi (cały szereg filmów o mafii, od
Ojca
chrzestnego
poczynając, ma w tle rozszerzoną rodzinę, dekonstrukcja tego
towarzyszącego filmom gangsterskim mitu rodziny dokonuje się
dopiero w Chłopcach
z ferajny
Scorsese, a w produkcji telewizyjnej w Rodzinie
Soprano),
Grecy (Moje
wielkie
greckie wesele),
Polacy (Ślub
po polsku),
na ogół przedstawiciele nie-protestanckiej Ameryki należący do
niższej klasy średniej, niezintegrowani z podmiejską,
konsumpcyjną, pozbawioną pamięci i silnych tożsamości Ameryką
klas średnich. Według Jamesona ta projektowana na mniejszości
utopia rodziny wyraża dwie rzeczy. Po pierwsze, specyficzny stosunek
dominującego nurtu amerykańskiej kultury do mniejszości
etnicznych, pomieszanie fascynacji nimi (jako grupami, które
zachowały prawdziwe, silne, intensywne, organiczne więzi społeczne,
w których życie jest „bardziej autentyczne” etc.) z lękiem i
pogardą. Po drugie zaś, obraz rozszerzonej rodziny połączonej
silnymi więzami społecznymi wyraża tęsknotę za rzeczywistą,
organiczną społeczną więzią, jaką zniszczył kapitalizm.
Dlatego według Jamesona pozornie głęboko konserwatywny obraz
rozszerzonej, wielopokoleniowej rodziny zawiera w sobie utopijny
impuls, pragnienie wyjścia poza kapitalizm, charakterystyczne dla
niego zjawiska społecznej anomii i alienacji, jest wyrazem
pragnienia autentycznej wspólnoty15.
Do
pewnego stopnia Jameson ma rację, ale nie zauważa niezwykle
istotnej cechy charakteryzującej relację głównego nurtu
amerykańskiej kultury do rozszerzonej rodziny (przypisanej
mniejszościom etnicznym), mianowicie interpasywności, jaką jest
ona naznaczona. Mniejszości etniczne mają być „autentyczne”,
niewyalienowane, połączone szerokimi, intensywnymi, wykraczającymi
poza ramy patriarchalnej rodziny więzami rodzinnymi itd., poniekąd
„za nas”. Inny tworzy wspólnotę po to, by widz z klasy średniej
mógł dalej spokojnie żyć w warunkach stwarzanych przez
współczesny kapitalizm alienacji i rozpadu społecznych więzi, a
także wyzwolenia spod kontroli wspólnoty, jaką nakładało na
jednostkę bardziej tradycyjne społeczeństwo.
Tego
wymiaru interpasywności wydają się pozbawione obrazy pojednania
rodziny (opisywane wyżej), wokół których krąży hollywoodzka
produkcja głównego nurtu. Łatwo wskazać ich ideologiczną
funkcję, to, jak tworzą swoisty mit rodziny. Z jednej strony filmy
te naturalizują nuklearną rodzinę i struktury odczuwania, jakie
się w niej wykształciły, konstruują ją jako jedyną dającą
całkowite, kompletne emocjonalne oparcie jednostce, jedyną formę
współżycia między ludźmi zdolną do stworzenia naprawdę
istotnych więzi emocjonalnych itd. Ale nie na tym polega
ideologiczna funkcja tych obrazów.
Zresztą,
czy we współczesnym kapitalizmie, w którego najbardziej
zaawansowanych gospodarczo sektorach populacji rozmiar gospodarstwa
domowego zmniejsza się stopniowo do jednej osoby, ciągle trzeba
naturalizować rodzinę nuklearną? Czy wobec tego nie można
traktować filmowych obrazów „rodzinnego pojednania” jako wyrazu
tęsknoty - potencjalnie zawierającej utopijny impuls - za
wcześniejszą, bardziej stabilną, dającą większą poczucie
socjalnego i egzystencjalnego bezpieczeństwa formą kapitalizmu?
Problem polega na tym, że te obrazy (pojednania rodziny w obliczu
katastrofy) dają dojść do głosu temu utopijnemu impulsowi tylko
po to, by go politycznie spacyfikować.
Przyjrzyjmy
się jeszcze raz filmom, których schemat fabularny realizuje wzorzec
katastrofy (na ziemię spada meteoryt, atakują kosmici lub
terroryści) prowadzącej do pojednania i rekonstrukcji rodziny. Czy
katastrofa, z którą mierzą się bohaterowie tych filmów, nie jest
po prostu metaforą współczesnego kapitalizmu, w którym (jeszcze
intensywniej niż w całej jego historii) „wszystko, co stałe,
rozpływa się w powietrzu, wszystko, co święte, ulega
profanacji”(Marks)? I czy rekonstrukcja rodziny w obliczu
katastrofy nie jest wezwaniem widza do ucieczki przed codzienną
katastrofą życia w późnym kapitalizmie, alienacją, rozpadem
więzi społecznych, niepewnością egzystencji, w cztery ściany
rodzinnej przestrzeni, w której oparta na czystej, niewyalienowanej
więzi rzeczywistość jest jedyną, prywatną alternatywą dla
świata „na zewnątrz” rządzonego przez egoistyczną walkę o
byt? Zresztą czy rodzina nie pełniła takiej funkcji w ideologii
mieszczańskiej już w XIX wieku? Tylko że wcześniej towarzyszyły
jej silnie obecne w kulturze symbolicznej utopie, obrazy
alternatywnej - wobec kapitalizmu - rzeczywistości
społeczno-politycznej. Dziś, co często powtarza Žižek16,
kulturze popularnej łatwiej wyobrazić sobie katastrofę, w wyniku
której planeta Ziemia przestaje istnieć, niż jakąkolwiek,
najbardziej choćby skromną alternatywę dla liberalnego
kapitalizmu.
Czy
nie jest tak, że jedynymi utopiami, jakie jest w stanie przedstawić
współczesna popkultura, są z jednej strony utopia rodziny (jako
jedynego miejsca wolnego od narzucanej przez kapitalizm alienacji), a
z drugiej swoista „utopia bezpieczeństwa”? Czy nie jest tak, że
ideologiczną funkcją wszelkiej filmowej i telewizyjnej produkcji
straszącej widza wszechobecnymi zagrożeniami generowanymi przez
pospolitą czy zorganizowaną przestępczość (albo - jak w
serialu 24
- międzynarodowy terroryzm) nie jest inwestowanie emocji widza w
swoistą „utopię bezpieczeństwa”, w której szczytem pragnienia
„nie jest świat bardziej społecznie sprawiedliwy czy równy, ale
bardziej bezpieczny”17.
Te dwie utopie (rodziny i bezpieczeństwa) często zresztą spotykają
się ze sobą w jednym filmie.
Dobrym
przykładem jest film Strach
w reżyserii Jamesa Foleya. Nastolatka z klasy średniej mieszkająca
w domu zamienionym przez jej ojca architekta w istną twierdzę w
buncie przeciw rodzicom wiąże się z chłopakiem z proletariatu.
Chłopak okazuje się psychopatą, gdy dziewczyna z nim zrywa, nie
przyjmuje tego do wiadomości i pewnej nocy razem z kolegami
fizycznie atakuje rodzinę dziewczyny w jej domu (ma o tyle ułatwione
zadanie, że jego była partnerka udostępniła mu kiedyś wszystkie
kody dezaktywujące zabezpieczenia w jej domu twierdzy). Jednak
rodzina pokonuje napastników, wychodzi wzmocniona z kryzysu, kody
dostępu do ufortyfikowanego domu zostają zmienione. Wszyscy są
znów bezpieczni, a bohaterka zapewne do końca życia zapamięta, by
nie zadawać się z ludźmi z nie swojej klasy.
Sprywatyzowane
utopie
Nie
należy jednak zapominać, że także w kinie popularnym pojawiają
się inne, alternatywne modele organizacji rodziny, życia
emocjonalnego i seksualnego, związanych z nimi struktur odczuwania.
Najczęstszym modelem jest swoista „rodzina ponowoczesna”, w
której przypadkowe więzi pokrewieństwa uzupełniane są przez
sieci przyjaźni, dopuszczane są inne formy realizacji seksualności
(w tym homoseksualność) niż tradycyjny, heteroseksualny związek
monogamiczny, dominującą formą organizacji seksualności staje się
seryjna monogamia18.
Najlepszym przykładem obrazu takiej rodziny w kinie popularnym jest
komedia Był
sobie chłopiec, oparta
na brytyjskiej powieści i rozgrywająca się w Londynie, która bez
wątpienia należy do głównego nurtu hollywoodzkiej produkcji (choć
ideologia, którą ten film artykułuje, stanowi w nim nurt
mniejszościowy). Jak pisał po polskiej premierze filmu Bartosz
Żurawiecki: „W finałowej sekwencji filmu widzimy szczęśliwą
rodzinę składającą się z rodziców takich, takich i siakich,
dzieci tych i owych, konkubentów, kochanków, przyjaciół i kogo
Pan Bóg tam jeszcze zesłał. […] Wariant solidny i pragmatyczny,
zważając, że w razie potrzeby poszczególne elementy mogą ulec
wymianie lub przesunięciu (przyjaciółka kochanką, sąsiad
narzeczonym itd)”19.
Taka
wizja budzi naturalną sympatię środowisk lewicowych i rzeczywiście
trudno nie odczuwać pewnej satysfakcji z tego, że popkultura
przedstawia alternatywę dla dominującego modelu organizacji rodziny
i seksualności. Jest jednak coś, co nie pozwala do końca cieszyć
się tą wizją, mianowicie ideologiczny kontekst, w jakim się
pojawia. Bo czy utopia „ponowoczesnej”, zrekonstruowanej rodziny
nie odgrywa wobec bardziej „alternatywnego” segmentu populacji
dokładnie tej samej ideologicznej roli, co wizja „pojednanej
rodziny nuklearnej” z filmów o katastrofie wobec jej bardziej
konserwatywnej części? Czy
utopia „rodziny ponowoczesnej” (choć o wiele sympatyczniejsza od
afirmacji podmiejskiego konformizmu) nie wykonuje tej samej pracy
depolityzacji widowni, czy nie zarządza ich utopijnym pragnieniem
autentycznej społecznej więzi, kierując je wyłącznie ku sferze
prywatnej, a nie politycznej?
Wspaniałym
filmem, doskonale pokazującym, dlaczego nie można tworzyć utopii
prywatnej bez wcześniejszej utopii politycznej, jest obraz Abdela
Kechiche’a, Wina
Woltera. W
przeciwieństwie do omawianych tutaj filmów należy on do formacji
europejskiego kina artystycznego. Bohater filmu Jallell jest
nielegalnym, marokańskim imigrantem we Francji. Czuje się tam
wyobcowany, mieszka w schronisku dla bezdomnych, po nieudanym związku
z kobietą ląduje załamany w zakładzie psychiatrycznym.
Jednocześnie na samym dnie francuskiego społeczeństwa, wśród
bezdomnych, pacjentów szpitala psychiatrycznego, takich jak on
sans-papiers,
znajduje sieć przyjaźni tworzących głęboką emocjonalną więź
odpowiadającą więzi rodzinnej. Analogicznie jak w filmie Był
sobie chłopiec, tylko
w trochę innym środowisku niż londyńskie klasy średnie. W
zakładzie psychiatrycznym Jallell poznaje młodą Francuzkę Lucie,
która leczy się tam m.in. z uzależnienia od seksu i - mimo
wielkich trudności - udaje się im stworzyć szczęśliwy związek.
Wydaje się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze do happy
endu, gdy w ostatniej scenie (której siła polega na tym, że tylko
dyskretnie sugeruje widzowi, co się stało, nie ucieka w spektakl, w
łatwą manipulację emocjami odbiorcy) Jallell zostaje deportowany
przez władzę z powrotem do Maroka. Utopia szczęścia prywatnego
nie jest możliwa, dopóki nie zostanie zrealizowana utopia
polityczna.
Tymczasem
główny nurt amerykańskiej produkcji filmowej (a to ona kształtuje
wyobraźnię świata euroatlantyckiego) ciągle powtarza widzom, że
jedyną możliwą do pomyślenia utopią, alternatywą dla
egoistycznego świata kapitalistycznego darwinizmu społecznego, jest
szczęśliwa rodzina. Łatwo, w przypływie lewicowego purytanizmu,
zakrzyknąć, że wobec tego nie ma najmniejszego znaczenia, czy jest
to rodzina tradycyjna, nuklearna, patriarchalna, partnerska czy
ponowoczesna.
Otóż
problem polega na tym, że ma to zasadnicze znaczenie. Nie można
ignorować tego, że pod tym względem popkultura filmowa oferuje
treści emancypacyjne, choć - jak pokazałem powyżej - są one
w niej o wiele słabsze, niż mogłoby to wynikać z żalów
konserwatystów rozpaczających nad ogólnym permisywizmem i
relatywizmem popkultury. Ale - by znów odwołać się do kategorii
Jamesona - element ideologiczny przeważa nad utopijnym i
popkultura daje dojść do głosu postępowym, emancypacyjnym
treściom po to, by zutylizować je dla wzmocnienia panującej
ideologii.
Co
powinna wobec tego robić lewica? Nie ma sensu odrzucać całej
popkultury i uciekać - w poszukiwaniu treści emancypacyjnych -
wyłącznie w obszar „sztuki wysokiej” (choć broniłbym tezy, że
prawdziwe treści emancypacyjne znajdują się właśnie tam), co w
przypadku kina oznaczałoby formację autorską i awangardową.
Zamiast tego trzeba uważnie badać prace ideologii, ideologiczne
funkcje spełniane przez teksty kultury popularnej. Przede wszystkim
teksty filmowe (kinowe i telewizyjne), gdyż dziś to one kształtują
wyobrażenie jednostek o nich samych i świecie, w którym żyją.
Trzeba także konsekwentnie proponować subwersywne, wydobywające na
wierzch emancypacyjne elementy (obecne tam nawet i wbrew ich twórcom)
odczytania tekstów popkultury, stale mając przy tym w pamięci
maksymę Susan Sontag, że nie ma czegoś takiego jak
nadinterpretacja.
Tekst ukazał się w 16/17 numerze KP.
1
Na temat althusseriańskiej koncepcji ideologii por. Luis Althusser,
Pour Marx, Maspero, Paris 1965 (książka ukaże się w 2009
w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w przekładzie Michała Herera),
tenże: Ideologie i aparaty ideologiczne państwa, przeł.
Andrzej Staroń, Nowa Krytyka on-line, http://www.nowakrytyka.pl/spip.php?article279.
2
Por. Łucja Demby, Poza rzeczywistością. Spór o wrażenie
realności w historii francuskiej myśli filmowej, Rabid, Kraków
2002, str. 53-73, Alicja Helman,
Ideologia [w] Słownik pojęć filmowych, tom 2,
Wiedza o kulturze, Wrocław 1991.
3
Za Frederic Jameson, Reification and
Utopia in Mass Culture [w] Frederic
Jameson, Signatures of Visible,
London 1992, s. 33.
4
Tamże, s. 30.
5 Tamże.
6
Tamże, s. 25-26.
7
Tamże, s. 30.
8
Immanuel Wallerstein, Houshold
Structures and Lobor-Force Formation in the Capitalist
World-Economy, [w] Joan Smith,
Wallerstein, Hans-Dieter Evers (red.), Households
and the World-Economy, Beverly
Hills-London-New Delhi 1984, s. 17.
9
Tamże, s. 20.
10
Zespół zasad, którymi kierowała się
wewnętrzna cenzura obyczajowa w kinie hollywoodzkim w latach
1934-1998. Kodeks Hayes ściśle określał takie kwestie jak to,
ile czasu może trwać w filmie pocałunek, w jaki sposób na jednej
kanapie może siedzieć niezamężna para, zakazywał pokazywania
romantycznych związków między białymi kobietami i czarnymi
mężczyznami itp.
11
Na temat filmów Apatowa zob. Michał Walkiewicz, Reformator
amerykańskiej komedii?, Gazeta Filmowa.pl,
http://wyborcza.pl/1,91947,5690842,Reformator_amerykanskiej_komedii_.html.
12
Na ten temat zob. Małgorzata Sadowska, Bartosz Żurawiecki, Trzy
po trzy (do kwadratu), „Świat filmu” nr 2/ 2002.
13
Slavoj Žižek, Pervert’s Guide to
Family, lacan
dot com, http://www.lacan.com/zizfamily.htm.
14
Jameson, wyd. cyt., s. 33.
15 Tamże.
16
Np. w filmie Žižek! Astry Taylor.
17
Sebastian Michalik, Spektakl praworządności, „Bez
Dogmatu” nr 72, s. 14.
18
Warto zauważyć, że ten wzorzec silniej obecny był w głównym
nurcie produkcji telewizyjnej (przede wszystkim w sztandarowym dla
clintonowskiej Ameryki serialu Przyjaciele), niż w głównym
nurcie komercyjnej, przemysłowej produkcji filmowej. Warto zwrócić
też uwagę na to, że pod względem kwestii reprezentacji rodziny i
problematyzowania seksualności główny nurt produkcji telewizyjnej
wydaje się być trochę mniej konserwatywny niż główny nurt
produkcji filmowej (nie mówię tu oczywiście o formacji kina
autorskiego, awangardowego, czy o kinie niezależnym). W telewizji
łatwiej znaleźć obrazy związków homoseksualnych (L
Word), czy pochwałę kobiecego (Seks w wielkim mieście),
czy męskiego (np. Dwóch i pół) promiskuityzmu. Przy czym,
co ciekawe wszystkie te seriale rozgrywają się w świecie wyższych
klas średnich (ewentualnie górnych warstw średnich klas
średnich), czy środowiskach o względnie wysokim kapitale
kulturowym. Tak jak kiedyś „emocjonalna głębia” i „prawdziwe
uczucia”, tak dziś alternatywne style organizacji życia
rodzinnego i seksualnego przypisane są silnie przez kulturę
symboliczną do określonej klasy.
19
Bartosz Żurawiecki, Był sobie chłopiec, „Film” 7/2002,
s. 59.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...