> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Czy prawica roztopi się w wolnym rynku? Drukuj
Sławomir Sierakowski   
24.08.2007
Rządząca dziś Polską prawica - PiS wraz z przystawkami - świetnie nadaje się na symbolicznego wroga całej rozsądnej, światłej i liberalnej reszty polskiego świata. Populiści, obskuranccy fundamentaliści, wrogowie powszechnie akceptowanych reguł demokracji - czy taka jest w istocie polska prawica? Czy raczej jest ona tylko wygodnym straszakiem, który ma nas skłonić do obrony za wszelką cenę kapitalistyczno-demokratycznego staus quo? Rządy braci Kaczyńskich mają przecież także bardziej pragmatyczne oblicze, kiedy gładko podporządkowują się oni władzy wolnego rynku albo na użytek światlejszej publiczności tonują swoje wypowiedzi, cynicznie tłumacząc koalicję z LPR i Samoobroną sejmową matematyką. W najnowszym numerze „Krytyki Politycznej” proponujemy Państwu nieco głębszy wgląd w tożsamość polskiej prawicy.

Trzej bohaterowie wywiadów otwierających ten numer „Krytyki” wydają się bardzo różni, a na wiwisekcję zgodził się tylko jeden, Cezary Michalski, dwaj pozostali - Jan Rokita i Radek Sikorski - starali się pozostać politykami. Mimo to pewne cechy są im wspólne.

Wszyscy trzej opierają swoją tożsamość na dawnych podziałach i antykomunizmie. To dla nich rodzaj sztandaru, a także nieustannego alibi moralnego, które na zawsze ma ich postawić po właściwej stronie. Bez wątpienia to raczej element postpolityki niż autentycznej polityczności. Podziały te bowiem nie są już nawet anachroniczne, trwające mocą swojej historyczności, lecz w coraz większym stopniu są jedynie „embelmatami” różnicy, niezbędnymi, aby tworzyć wrażenie, że jakieś fundamentalne podziały wciąż istnieją i porządkują w prawomocny sposób scenę polityczną. Za taką interpretacją pośrednio przemawia także fakt, iż mimo dominacji prawicowych języków w sferze publicznej, nasi bohaterowie nie czują się w pełni usatysfakcjonowani prawicowością Polski. I nie chodzi wcale o estetyczne trudności w odbiorze rządzących albo przesadne obawy o radykalizm Kaczyńskich, o to, że bracia zbudują państwo niedemokratyczne. Michalski mówi o „liberalizmie zmęczenia”, próbując wydobyć swoje poglądy ponad bezrefleksyjną postpolityczność, Rokita przeczuwa konieczność głębokiej reformacji prawicy, zaś Sikorski wskazuje na nieskuteczność prawicy w kształtowaniu rzeczywistości według swoich idei.

Dlaczego prawicowi intelektualiści są tak niezadowoleni, a nawet nieco zgorzkniali? Można doskonale zrozumieć, dlaczego nie podoba się im prawicowy rząd, ale dlaczego tak źle czują się w Polsce, gdzie poza rządem prawicowa jest ogromna część sfery publicznej? Gdzie antykomunizm i konserwatyzm zwyciężyły spektakularnie i bezapelacyjnie. Sami przecież przyznają, że spór ideologiczny w Polsce wygrali.

A jednak nieusatysfakcjonowanie trzech bohaterów naszego numeru może być uzasadnione.

Po lekturze trzech rozmów można odnieść wrażenie, że prawica zbliża się do podobnego kryzysu tożsamości, w jakim od lat prawie wszędzie na świecie tkwi lewica. Dla lewicy konfrontacja z późnym kapitalizmem oznaczała albo marginalizację, albo kolaborację z wolnym rynkiem („trzecia droga”). W tym samym czasie konserwatyści stanęli u sterów ekonomicznej liberalizacji, utożsamiając swoje ideały z efektami tego procesu. Zredefiniowali pojęcie wolności, ograniczając jej rozumienie do negatywnej „wolności od” i uznali, że każda pozytywna „wolność do” ma potencjalnie totalitarny charakter. Tym samym państwo i jego rola w życiu gospodarczym społeczeństwa trafiło na listę podejrzanych, zaś sam liberalizm został zredukowany do liberalizmu ekonomicznego, który miał najlepiej gwarantować swobodę jednostki. W rezultacie idee liberalne, które wcześniej służyły wyrównywaniu szans - gdy liberałowie, jak John M. Keynes, budowali państwa opiekuńcze, i jak John Rawls, uzasadniali je filozoficznie - nagle zaczęły sprzyjać rosnącym nierównościom. W tej sytuacji musiało dojść do połączenia liberalizmu z konserwatyzmem, który dostarczał uzasadnień dla starych i nowych nierówności.

Dziś okazuje się, że sojusz konserwatyzmu z ekonomicznym liberalizmem w ostatnich dekadach tylko opóźnił samodzielną dominację wolnego rynku nad sceną polityczną. Wolnego rynku, który okazał się wyjątkowo niewierny i nauczył się zarabiać także na emancypacji obyczajowej, tolerancji i różnorodności, stając się ich częściowym sojusznikiem, a zarazem protektorem odważnej jedynie w kwestiach kulturowych „trzeciodrogowej” lewicy. W „Krytyce” o tym, jak kapitalizm schwytał gejów i lesbijki w pułapkę fałszywej nadziei na uznanie, opowiada Igor Stokfiszewski w tekście towarzyszącym zdjęciom Sławka Beliny.

Im dalej od Wielkiej Brytanii, miejsca narodzin lewicy „trzeciej drogi”, tym bardziej wiernopoddańcze gesty i głośniejsze zachwyty nad kapitalizmem. I tym cichsze głosy w sprawach obyczajowych. Tymczasem prawica promująca wolny rynek, coraz bardziej się mu podporządkowuje i dziś już ogon zaczyna machać psem. Trzej bohaterowie tego numeru, ze względu na role, jakie pełnią w życiu publicznym, różnią się świadomością sprzeczności, w jakie popadła prawicowość. Z miejsca, z którego rzeczywistość polityczną postrzega Radek Sikorski, widać raczej objawy niż źródła nadchodzącego kryzysu ideologicznego. Jan Rokita wydaje się najbardziej reprezentatywny dla opisywanych tu procesów - „znajduje” rozwiązanie tam właśnie, gdzie „skończona”, choć oczywiście nie zatrzymana historia ma pobiec - mówi o potrzebie reformacji na prawicy oznaczającej wiele cesji obyczajowych. Natomiast Cezary Michalski wie doskonale, co się dzieje z prawicą, lewicą i polityką i przechodzi na pozycje centrysty, liberała, ale liberała z konieczności, liberała ze zmęczenia. Nie broni ani lewicy, ani prawicy, a swój pakt podporządkowania podpisuje samodzielnie i świadomie, wcześniej dokonując rozrachunku z własną polityczną przeszłością.

Zwycięstwo hegemonii neoliberalnej stworzyło dwa nowe zjawiska w sferze politycznej. Z ograniczenia pola polityczności jedynie do kwestii kulturowych narodziła się nie tylko „trzecia droga”, ale i prawicowy populizm. Cała energia wkładana przez takich polityków jak Jarosław Kaczyński w poszukiwanie układu, tropienie agentów, obiecywanie „rewolucji moralnej” bierze się właśnie z wyrzucenia poza debatę prawdziwego sporu o gospodarkę. Można jeszcze ogłosić podział na „Polskę solidarną” i „Polskę liberalną”, ale nie sposób już wywiązać się z tych haseł. Już nie można powierzyć sterów polityki gospodarczej innym politykom niż Zyta Gilowska czy Stanisław Kluza. Żeby wyjaśnić społeczne problemy, powstanie masowej biedy i rosnące nierówności, trzeba uciec się do sztucznego języka tajemniczego zła i stale odwracać uwagę wyborców kolejnymi atakami na widzialnych i niewidzialnych wrogów. Z kraju i ze świata. Z czasów obecnych i minionych.

Zauważmy, że status „trzeciej drogi” jak i „prawicowego populizmu” nie jest podmiotowy. Oba zjawiska narodziły się jako skutki zwycięstwa neoliberalizmu. Marginalizując się, podmiotowość utraciła także lewica, która nie chciała pójść „trzecią drogą”. Dziś obserwujemy, jak podmiotowość traci ostatni suwerenny aktor życia politycznego - niepopulistyczna prawica.

Spór między „Rzeczpospolitą” i „Dziennikiem” wydaje się tu bardzo symptomatyczny. Próbująca zachować tradycyjnie konserwatywną postawę „Rzeczpospolita” ściera się dziś z silniejszym finansowo „Dziennikiem” i atakuje go za zdradę prawicowych ideałów. Zwycięstwo „Dziennika”, który otwiera się na wiele dalekich od prawicowych wartości tematów (od eutanazji po ekologię), nad zachowawczą „Rzeczpospolitą” oznaczałoby krok w stronę czegoś na kształt prawicowej „trzeciej drogi”. Wszystko w każdym razie wskazuje na to, że na prawicy, podobnie jak wcześniej na lewicy, coraz szerzej rozwierać się będą nożyce między tracącymi znaczenie fundamentalistami a zwycięskimi postmodernistami. A tych, którzy nie zgodzą się na utratę suwerenności cyniczna postpolityczna prawica i lewica wrzucać będą do worka z fundamentalistami. Redukować do marginesów z dala od cywilizowanego centrum. Bo cynik ma to do siebie, że z utraconej wiary pozostaje mu pragnienie, aby ktoś wierzył za niego. Dlatego zapewne będzie coraz więcej „zmęczonych liberałów”, stale pocieszających się istnieniem rozmaitych fanatyków, marginesów, fundamentalistów i tym podobnych. Liberałów zmęczonych oczywiście wieloletnim funkcjonowaniem na tych samych marginesach i w roli tych samych fanatyków oraz krętą etycznie drogą, jaką należało przejść, aby wreszcie się znaleźć w bezpiecznym centrum, gdzie Sloterdijkowscy cynicy zasiadają obok tych, którzy Sloterdijka z pewnością nie czytali.

Im mniej suwerenni stawać się będą wszyscy uczestnicy walki politycznej, tym więcej walk i sporów będziemy obserwować. W poprzednim numerze „Krytyki” opisaliśmy, jak usunięcie ze sfery politycznej możliwości wyboru między realnie różniącymi się drogami uprawiania polityki gospodarczej czyni konflikt polityczny dysfunkcjonalnym i wprowadza na scenę populistów. Taki konflikt jest tym głośniejszy, im mniejsze jest jego znaczenie dla rzeczywistego biegu spraw publicznych. Cała energia polityczna kanalizuje się w sporach wokół lektur szkolnych, pomników, teczek, komentowania wzajemnych oskarżeń itd. Już dziś zaskoczeni jesteśmy temperaturą życia politycznego - okazało się, że w polityce wcale nie ma wakacji! A temperatura ta pewnie będzie rosnąć wraz z coraz większym wyobcowaniem sfery politycznej i wypłukiwaniem demokratycznych instytucji z polityczności. Zaś obywatele skazani będą na naiwną wiarę w eksperckie zarządzanie tymi sferami życia społecznego, które oderwano od polityki. A jedynym - jak mówił Slavoj Žižek w wykładzie w REDakcji „Krytyki” zarejestrowanym na dołączonej do tego numeru płycie CD - sposobem mobilizacji tych, którzy w czasach nowych nierówności spadać będą na dół hierarchii, pozostanie strach. I tylko strach - tak po prawej (przed agentami, układem, imigrantami, terroryzmem itd), jak i po lewej stronie (np. przed molestowaniem seksualnym) - ożywiać będzie sferę publiczną, ale w sposób daleki od prawdziwej polityki.

Chytry rozum wolnego rynku polega właśnie na tym, abyśmy zapatrzeni w tę postpolityczną pianę walk i kłótni nie dostrzegli zaniku prawdziwej polityki po obus stronach sceny politycznej i szkodliwych konsekwencji tego procesu dla całych grup społecznych oraz demokracji jako takiej.

W tym numerze „Krytyki” kontynuujemy przegląd filozoficznych stanowisk, będących odpowiedzią na kryzys demokracji w epoce postpolitycznej. Rozpoczynamy systematyczną prezentację wielkiego tematu współczesnej humanistyki, jakim jest myśl postsekularna, od samych jej źródeł (Benjamin, Schmitt, Bloch). W kolejnym numerze opublikujemy najważniejsze głosy w toczącej się współcześnie debacie o postsekularyzmie.

Wybraliśmy właśnie ten temat, bo należy on do najciekawszych obecnie na lewicy reakcji na cynizm czasów postopolitycznych. Wątpliwe jest bowiem, aby lewicy wystarczyło formułowanie jedynie samoograniczających się projektów, które funkcjonują w zespoleniu z własną postmodernistyczną krytyką. Wydaje się, że nie sposób pokonać hegemonii neoliberalnej i wyrwać się z postpolityczności, formułując projekt mniej ambitny niż „koniec historii” neoliberałów. Myśl postsekularna opiera się na przekonaniu, że warunkiem koniecznym zrealizowania uniwersalistycznej wizji jest moment wiary - decyzja, aby rzucić się w nieznane i podjąć związane z tym ryzyko. Stąd pojawiająca się coraz częściej w rozważaniach filozofów lewicy religia, która stanowić ma matrycę umożliwiającą pomyślenie zmiany społecznej i politycznej.

Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.68074 Seconds