Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Anatomia klęski III RP |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
19.01.2007 |
Numer ten poświęcamy klasycznym rozważaniom z cyklu „słoń a sprawa polska”. Słoniem są tu najistotniejsze teksty z teorii i filozofii politycznej ostatnich kilkudziesięciu lat, dotykające problemów demokracji liberalnej i jej kryzysu. Są one dla nas narzędziem, przy pomocy którego chcemy dobrać się do „sprawy polskiej”, zrekonstruować kluczowe założenia, na których opierał się projekt demokracji w Polsce po '89 roku i odkryć prawdziwe źródła jego klęski.
Nasze przedsięwzięcie rozgrywa się w czterech krokach, którym odpowiadają cztery kolejne podrozdziały. W iluzji konsensusu przypominamy główne zasady wiary w liberalno-demokratyczny konsensus. Zamieszczamy rozmowę z Jürgenem Habermasem oraz teksty Johna Rawlsa i Anthony'ego Giddensa – autorów, którzy patronowali rozmaitym formułom współczesnej demokracji liberalnej. Wierzą oni, że można i należy zbudować system polityczny, który będzie bezkonfliktowo i harmonijnie godził różne perspektywy i wartości. Innymi słowy, że kres zimnej wojny jest jednocześnie końcem polityki w jej antagonistycznym wymiarze.
W demokracji liberalnej opartej na zasadzie konsensusu zbędne albo coraz bardziej umowne staje się rozróżnienie na lewicę i prawicę. Obiecuje ona zniesienie antagonizmów społecznych w jednej, pluralistycznej i demokratycznej sferze publicznej. Każdy może się w niej znaleźć, jeśli akceptuje kilka ogólnych zasad sformułowanych za pomocą neutralnych pojęć, w oczywisty sposób słusznych. Wystarczy, by obywatel argumentował racjonalnie, wspierał modernizację, akceptował wolność słowa, pluralizm, godność jednostki ludzkiej i prawa człowieka. Czy jest ktoś, kto by się pod tymi hasłami nie podpisał? Czy jest ktoś, kto chciałby argumentować nieracjonalnie? Wrota wydają się otwarte dla wszystkich, a obietnica uzgodnienia opinii i interesów w pluralistycznej wymianie – realna i kusząca.
Za wieloletnią dominacją konsensualnego paradygmatu demokracji stało oczywiście wrażenie, że nie ma alternatywy dla porządku, jaki zatriumfował po upadku komunizmu. Poczucie to dotyczyło zarówno sfery polityki, jak ekonomii i nie było wynikiem rozstrzygnięcia sporu między konkurującymi odpowiedziami na trapiące nas problemy. Rzecz w tym, że do żadnego realnego sporu nigdy nie doszło. Mechanizm, który zadziałał w tym przypadku można by nazwać sakralizacją konsensusu, uświęceniem arbitralnych rozstrzygnięć: pewne odpowiedzi były niedopuszczalne, ba! nawet pewne pytania, gdyż uznano, że o pewnych świętościach w ogóle nie warto i nie powinniśmy dyskutować. Oczywiście, o ile jesteśmy rozsądni. Mniej lub bardziej ukryty teologiczny mechanizm wielu pozornie sekularnych posunięć jest współcześnie jednym z najciekawszych obszarów badań z pogranicza filozofii i teorii społecznej. Chodzi o tzw. myśl postsekularną. Giorgio Agamben w wywiadzie dotyczącym jego najnowszego projektu studiów nad teologią ekonomiczną wskazuje głębokie źródła wielu współczesnych rozstrzygnięć. Julian Kutyła przygląda się związkom liberalizmu i katolicyzmu w twórczości postaci istotnej dla zrozumienia polskiej transformacji – Mirosława Dzielskiego.
Skąd więc populizm i dlaczego pojawia się w systemie opartym na tak szlachetnych i zniewalająco słusznych hasłach? Otóż, mówiąc najkrócej, właśnie stąd, że są one tak zniewalające… Do czasu. Praktyka tak skonstruowanej demokracji polega na podziale różnic między ludźmi i grupami społecznymi na te, które mają prawo być wyartykułowane w sferze publicznej oraz na pozostałe. Jedni aktorzy sfery publicznej określani są w związku z tym jako „racjonalni” i „rozumni”, inni „duszą się” w sferze prywatnej („niepoważni”, „fanatyczni”, „ideologiczni”). Drzwi okazują się otwarte tylko dla niektórych.
„Nieracjonalni” zazwyczaj rzeczywiście stają się nieracjonalni. Pozostawieni samym sobie, sfrustrowani, zaczynają popierać wyjaśnienia swojej sytuacji – w istocie trudnej do wytłumaczenia – które oferują populiści. Jak bowiem racjonalnie wyjaśnić swoją pogarszającą się sytuację, słysząc dookoła o sukcesach i postępującym wzroście? I jak znaleźć w sferze publicznej kogoś, kto by nas reprezentował, jeśli może się w niej znaleźć tylko ktoś, kto nas nie reprezentuje, ergo nie przeciwstawia się „racjonalności gospodarczej” i „odpowiedzialności za państwo”? Tym samym sfera publiczna, choć pozornie wciąż odzwierciedla wszystkie interesy i opinie, faktycznie artykułuje jedynie ich część. Nie przypadkiem w ankiecie tygodnika „Wprost”, w której parę miesięcy temu wzięli udział dziennikarze największych mediów w Polsce, widzimy pełną akceptację dla liberalizmu ekonomicznego posuniętego do granic absurdu (zdecydowana większość dziennikarzy opowiada się np. za podatkiem liniowym). Okazuje się, że poglądy tych, którzy mają reprezentować nasze opinie albo zajmować stanowisko bezstronne, nie pokrywają się z opiniami reszty społeczeństwa, które tym samym traci możliwość reprezentacji swoich interesów i opinii w takich instytucjach demokracji jak media masowe i zależny od nich światek klasy politycznej.
W sytuacji braku różnic w obrębie klasy politycznej jedyną wyraźną różnicą staje się podział na klasę polityczną i populistów. Zauważmy przy okazji, że etykietka populizmu bywa często awaryjnym sposobem powtórnego delegitymizowania głosów wydobywających się na powierzchnię. Rozdział pochwała antagonizmu pokazuje, że dominujące we współczesnej demokracji liberalnej indywidualistyczne i racjonalistyczne podejście do polityki uniemożliwia rozpoznanie natury zbiorowych tożsamości i uchwycenie pluralistycznej natury świata społecznego, wraz z istniejącymi w niej konfliktami. Dzięki analizom Chantal Mouffe i Ernesto Laclau, zakorzenionym w Gramsciańskiej tradycji myślenia o polityce, wydobywamy na wierzch szkodliwe skutki hegemonii liberalnej, wynikające z zanegowania nierozerwalnie związanego z politycznością antagonizmu. Zaś w tekstach Davida Osta, Macieja Gduli, Krzysztofa Tomasika i Barbary Szelewy przykładamy tę krytykę do rozmaitych obszarów rzeczywistości politycznej w Polsce.
Kolejny rozdział ma zapoznać czytelnika z najciekawszymi współcześnie próbami wyjścia poza agonistyczną krytykę demokracji liberalnej. Prezentujemy w nim wizje Slavoja Žižka i Alaina Badiou i ich omówienie w esejach Joanny Bednarek i Pawła Mościckiego.
Z rozważaniami teoretycznymi współgrają pozostałe części numeru. Manifest Artura Żmijewskiego postuluje przywrócenie sztukom wizualnym znaczenia poprzez odzyskania ich dla hegemonicznej walki o kształt społeczeństwa. Otwierająca numer sztuka Pawła Demirskiego, wzbogacona ilustracjami Wilhelma Sasnala, opisuje środkami dramaturgicznymi konflikty społeczne współczesnej Polski. Równie istotne dla przesłania całości są kontrowersyjne i szokujące prace Santiago Sierry, głęboko wnikające w konsekwencje kapitalistycznej kultury dla życia człowieka.
Zza filozoficznych konstrukcji wyłania się podstawowa procedura zastosowana w Polsce po 1989 r.: podział sfery publicznej nie według różnych wizji przemian rywalizujących o hegemonię, lecz na „modernizatorów” i „tradycjonalistów”. Taki podział wykluczał demokratyczną dyskusję o modernizacji, o możliwości zmiany lub korekty projektu. A modernizatorami byli tylko ci, którzy ściśle akceptowali określony kanon. Kto się nie zgadzał – wypadał z „poważnego” obiegu i poważnej debaty, a wpadał we frustracje.
Projekt IV Rzeczypospolitej nie jest projektem alternatywnym, tylko populistyczną reakcją na projekt III Rzeczypospolitej. Dlatego obserwujemy tak wiele radykalnych słów i tak mało zmian – przede wszystkim w polityce gospodarczej. Z tego samego powodu mimo braku realnych osiągnięć popularność nowej władzy nie spada. Popularność ta nie wynika z oceny działań, ale z długo tłumionej reakcji na niesprawiedliwość transformacji.
W inaugurującej Serię Krytyki Politycznej książce Rewolucja u bram Slavoj Žižek zastanawia się nad sensem zarzutów o neofaszyzm stawianym ugrupowaniom populistycznym, takim jak Heidera czy Berlusconiego. Podobnie na rządy Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha reagują elity III RP. Tego typu zmartwienia liberalnych demokratów są obłudne, a zarzuty chybione. Jak zauważa Žižek, faszyzm to konkretny projekt polityczny, podczas gdy za działaniami Berlusoniego czy Kaczyńskich nie kryje się nic, żaden tajny ideologiczny projekt, tylko pewność, że wszystko będzie dalej normalnie funkcjonować. Ich rządy to postpolityka w najczystszej postaci, a wybory takich ludzi jak Kazimierz Marcinkiewicz, Zyta Gilowska, Stanisław Kluza czy Sławomir Skrzypek na kluczowe stanowiska świadczą o postpolitycznym przekonaniu podzielanym przez elity zarówno III RP jak i IV RP, że rządzenie sprowadza się do menedżerskiego zarządzania pozbawionego politycznego wymiaru. Mówiąc krótko, tacy politycy jak Berlusconi czy Kaczyński to w istocie obrońcy globalnego kapitału w owczych skórach populistycznych nacjonalistów. Granice konsensusu okazują się jeszcze szersze…
Na zakończenie powiedzmy wprost: zacieranie się granic między lewicą i prawicą w Polsce i na świecie nie jest żadnym krokiem w stronę demokracji, lecz zagrożeniem dla jej przyszłości. Skoro świat polityki wszędzie ma coraz bardziej jednowymiarowy charakter, uniemożliwiając przemiany stosunków władzy (nie stanowisk między podobnymi do siebie partiami, ale faktycznej władzy), do głosu zaczynają dochodzić partie populistyczne wyrażające frustracje wykluczonych nie tylko ekonomicznie czy kulturowo, ale także wykluczonych ze sfery reprezentacji politycznej. Najważniejszym wyzwaniem dla współczesnej demokracji nie jest zatem populizm, lecz akceptacja rzeczywistego pluralizmu w sferze publicznej. Zamiast pozostawiać władzę (politykę) w rękach tych, którzy nią dziś dysponują i dzięki „sojuszowi języka i pieniądza” (czyli kapitału i dyskursu dominującego) delegitymizują wszystkich innych pretendentów, należy ustanowić formy władzy zgodne z wartościami demokratycznymi. Wpierw jednak należy zrozumieć panujący kontekst ideologiczny. Temu właśnie poświęciliśmy nasz najnowszy numer.
Na podobny temat
|
|
|
|
Pani Kingo studiowałam na warszawskie...
...to się viking chyba wreszcie poczu...