> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Zillah Eisenstein: Hillary jest biała Drukuj
Zillah Eisenstein   
24.05.2008

Wydaje się oczywiste, że tej jesieni to Barack Obama będzie kandydatem Demokratów. Mimo to trzeba sobie wyjaśnić, w jaki sposób kampania Hillary Clinton jest chybiona, aby jej spuścizna nie przyniosła już więcej szkody wielorasowemu, wieloklasowemu feminizmowi/kobietyzmowi, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą.

  

Nikt z ekspertów ani dziennikarzy nie wydaje się przejmować czarnymi kobietami w obecnym momencie, po prawyborach w Indianie, Karolinie Północnej i Zachodniej Wirginii. Zamiast tego oczy wszystkich, a zwłaszcza Hillary i Billa, kierują się w stronę tzw. „białej-ciężko-pracującej klasy robotniczej”. Troska Hillary o białych wyborców zdradza jej stosunek do płci i do bycia kobietą. Płeć jest dla niej biała, tak jak rasa jest czarna. Clintonowie mogą nie zważać na Afroamerykanów, myśląc, że zwycięstwo będzie możliwe dzięki zagraniu kartą genderową, z całą historią jej białości.

  

I w tym sęk. Hillary Clinton przedstawia się swojemu elektoratowi jako kobieta. Twierdzi, że chce przebić szklany sufit (dla) płci. Jednak prawdą jest, że nie jest ona po prostu kobietą, ale jest zarówno kobietą, jak i białą. Już sam fakt, że ignoruje ona swoją rasę, w sposób, na jaki Obama nie może sobie pozwolić, jest dowodem na znormalizowane uprzywilejowanie białości. W tym przypadku biały nie jest kolorem, ale jest tym właściwym kolorem, standardem, przez który ocenia się innych. Tak więc po cichu, niepostrzeżenie, ale świadomie, posługuje się swoim kolorem, aby kreować swoje rozumienie płci i w ten sposób mobilizować starsze białe kobiety oraz gniewnych białych mężczyzn. Przedstawia się jako kobieta, ale jej prawdziwa władza wynika z białości. Mizoginia - strach, nienawiść, złe traktowanie i dyskryminacja kobiet - potwierdza, że przywilejem Hillary jest jej białość.

  

Gdy mowa o kobietach, najczęściej nie wspomina się o białości - nie ma takiej potrzeby. Kolor określa się, kiedy jest nie-biały. Kobiety domyślnie są białe, o ile nie stwierdzono inaczej, zwłaszcza gdy mowa o płci, prawach kobiet, czy feminizmie. Jest tak pomimo faktu, że to grupa czarnych kobiet rzuciła przed laty wyzwanie Sądowi Najwyższemu w pierwszej w historii USA sprawie dotyczącej dyskryminacji płciowej.

  

Hillary mówi o sobie jako kobiecie, a następnie oddzielnie wypowiada się na temat rasy, tak jakby nie ucieleśniała obydwu jednocześnie. Ma „rasę” w tym samym stopniu, co Barack, lecz nie jest ona dla niej problemem. Rasa to jego problem, nawet jeśli nie tak wielki, jak by ona chciała. W ten sposób Hillary jako (biała) kobieta, posługując się rasą, staje do walki z Obamą (jako czarnym). Tak więc Hillary (jako kobieta) jest fałszywie, błędnie przeciwstawiana Barackowi (jako czarnemu). To białość uprzywilejowuje jej płeć i przeciwstawia ją rasie. Hilary rozgrywa rasę tak, jakby była ona kluczowa dla jej płci i jej feminizmu, nie mówiąc przy tym ani słowa. Ponownie ożywia i przepisuje historię XIX-wiecznego amerykańskiego feminizmu, który postawił prawa wyborcze czarnych mężczyzn naprzeciw praw wyborczych białych kobiet, zmuszonych na nie czekać dłużej. Ostatnio zaś retoryka praw kobiet była stosowana, aby uzasadnić bombardowanie Talibów i śniadych mieszkańców Afganistanu i Iraku. Feminizm ma długą historię nieradzenia sobie z tą kwestią, więc nie jest to nic nowego. To, o czym się zapomina, to fakt, że prawa kobiet występują, albo powinny występować, we wszystkich kolorach.

  

Barack Obama powiedział, że chce podjąć nowe wyobrażenia na temat rasy i postępu, jaki w tej kwestii nastąpił. Nie jest on „post-rasistą”, ale rozpoznaje nowe formy istniejących dziś stosunków społecznych określonych przez rasę. Chociaż musi odnieść się do rasy, mówi, że nie chce być „rasowym” kandydatem. Zdaje sobie sprawę, że Ameryka ma nowe-stare hierarchie rasowe ze złożonymi tożsamościami, i że on sam reprezentuje białą i afrykańską czarność, cokolwiek mogłoby to dla niego znaczyć. Hillary tymczasem twierdzi, że kandyduje jako kobieta, ale nie odnosi się do płci, ponieważ gniewni biali mężczyźni i kobiety nie byliby z tego zadowoleni. Tak więc ani patriarchat, ani dyskryminacja ze względu na płeć, ani strukturalna hierarchia męskości z jej klasowymi i rasowymi aspektami, nie są nigdy poruszane w jej kampanii. Posługuje się ona białością jako bronią, udając, że mówi o płci. Ale ani słowem nie wspomina o niedopuszczalnej amerykańskiej mizoginii ani o płciowej hierarchii w pracy, ani o żadnej z wielkich rasowych czy klasowych niesprawiedliwości, które określają dziś warunki życia kobiet. Tym samym nadużywa własnej płci.

  

Feminizmy wszelkich odcieni przekroczyły już pogląd, że feminizm to sprawa białych kobiet, albo że feminizmy powinny być szczególnie wdzięczne białej części głównego nurtu amerykańskiego ruchu kobiecego. Wiele kobiet, w szczególności kobiet kolorowych, ale również wiele białych kobiet wie, że nie sposób rozdzielić rasy i płci. I to właśnie dlatego większość tych kobiet, niezależnie od koloru skóry, głosuje na Baracka Obamę. Nie wolno dopuścić, aby Hilary pociągnęła feminizm wstecz dla własnych politycznych ambicji. Nie dziwi, że to właśnie starsze białe kobiety popierają ją bardziej niż inni. Utożsamiają się one ze starym pojęciem kobiecości - homogenicznym wyobrażeniem, że wszystkie kobiety mają taką samą tożsamość, z którą rasa i klasa nie mają związku, więc nie trzeba ich nazywać ani o nich dyskutować. To właśnie dlatego młodsze kobiety oraz bardziej postępowe działaczki ruchu praw obywatelskich i ruchu kobiecego, z których niektóre są starsze, w tak dużym stopniu popierają Obamę.

  

Moja opinia o Hillary Clinton ma swoją historię, zbiegającą się z jej własną historią. Nigdy nie byłam jej fanką. Pisałam o niej krytycznie już ponad dekadę temu. Nie tylko nie występowała jako feministka w czasach, gdy mieszkała w Białym Domu, lecz nawet nigdy nie mówiła w imieniu kobiet ani nie kandydowała z prokobiecym programem. Kiedy wiele z nas, jej rówieśniczek, udzielało się w ruchu praw obywatelskich i działało przeciw wojnie w Wietnamie - ona wolała się w to nie angażować.

  

Jedyne przemówienie dotyczące wyzysku kobiet wygłosiła w Pekinie, w Chinach, jak gdyby tylko kobiety za granicą, lecz w żadnym razie nie w Stanach Zjednoczonych, doświadczały niewysłowionej dyskryminacji. Teraz kandyduje na urząd prezydenta i stała się uzbrojoną, zagrzewającą do wojny białą kobietą, która prosi o twój głos, jeśli jesteś wściekłym białym reaganowskim Demokratą. Może uważa, że sposób na przebicie szklanego sufitu dla kobiet jest jeden: trzeba zmężnieć.

  

Twierdzę, że Hillary nie przełamuje barier płciowych, lecz raczej przyjęła i rozszerzyła męskość/mizoginię w stosunku do kobiet. Mizoginia zaś zawsze występuje w formie określonej rasowo. Pozostaje kobietą na poziomie ciała, i dlatego też przedstawia się jako przynęta dla roszczeń feministycznych. Zaś kluczowe dla tego statusu przynęty jest jej białe ja. Susan Faludi napisała w „New York Timesie”, że Hillary osiąga sukces przy biało-męskim wsparciu, ponieważ chce walczyć i angażować się w niebezpieczne zabawy jak jeden z chłopaków. Prawdopodobnie chce „włączyć się do bójki” i w ten sposób zdobyła ich zaufanie. „Przebiła szklaną podłogę i przyłączyła się do bijatyki”, torując drogę dla kobiet, aby wreszcie udało im się przebić „przez szklany sufit wprost do Białego Domu”. Barbara Ehrenreich w „The Nation” po pewnym wahaniu akceptuje tę diagnozę, aby jeszcze silniej skrytykować Clinton za jej bezwzględność. Ehrenreich pisze, że Clinton „rozprawiła się z mitem o wrodzonej moralnej wyższości kobiet w najgorszy możliwy sposób - demonstrując moralność niższość kobiet”.

  

Hillary udowodniła, że czasami najlepszym człowiekiem na dane stanowisko jest kobieta odgrywająca mężczyznę. Innymi słowy, Hillary po prostu przybrała męskie taktyki i strategie. Może rozwalać razem z najlepszymi. Hillary nie tylko wyraziła zgodę na wojnę w Iraku, ale wielokrotnie ponawiała ją przez następne kilka lat - aż do momentu, gdy zaczęła kandydować na urząd prezydenta. Zgodziła się, razem z Billem Clintonem, na niegodziwą blokadę handlową Iraku, podczas gdy setki tysięcy dzieci umierały z głodu po wojnie 1991 roku. Ostatnio wspierała zastraszające bombardowania Libanu przez Izrael i opowiedziała się za „całkowitym zrównaniem z ziemią” Iranu.

  

Ale to tylko fragment smutnej historii. Przyjęcie przez Hillary męskiego machismo obejmuje samą mizoginię, którą większość feministek chce rozmontować. Zamiast zmagać się z podziałem płciowym, Hillary po prostu przesuwa się na jego drugą stronę. Zamiast przedstawić nową wizję tego, czym mogłaby być prezydentura kobiety, oferuje nam starą wersję białych przywilejów i militaryzmu. Granie kartą rasową pozwala jej ignorować i rozmydlać związane z patriarchatem strukturalne przywileje. Mimo to wiele białych kobiet pisze, jak Marie Cocco w „Washington Post” z 15 maja, że z kiedy kampania się skończy, z ulga odetchną od towarzyszącej jej mizoginii. Cocco wylicza seksistowskie T-shirty i cały szereg będących w obiegu komercyjnych gadżetów. Jednak chociaż wstrętne mi są wszelkie formy degradowania dziewcząt i kobiet, czy - skoro już o tym mowa - każdej istoty ludzkiej, nie wydaje mi się, żeby taka krytyka tego problemu była wystarczająca.

  

Hillary Clinton nie powinna być nigdy poniżana za bycie kobietą. Jednak bycie kobietą występuje we wszystkich kolorach i klasach. Hillary zachowała się niewybaczalnie. Posłużyła się rasą - przywilejem białości - w imieniu płci. My, wielkie „my” - wielość różnie definiowanych feminizmów w USA i na całym świecie - jesteśmy zdolne do czegoś lepszego. Czarne feministki w Ameryce, ruch kobiecy w latach 70. i 80. XX w., zadbały o to, żeby przełamać podział rasa/płeć i wyjaśnić, że płeć jest zawsze rasowa, a rasa zawsze płciowa. Niepodobna doświadczać jednego bez drugiego. Jedynie kiedy białość przedstawia się jako niewidoczny standard, można myśleć o płci i rasie jako czymś oddzielnym. Hillary jest biała i jest kobietą, a Barack jest czarny i jest mężczyzną. Są oni jednym i drugim. Każdy i każda jest.

  

Manipulacje i fałszywe przedstawianie płci przez Hillary ujawniają status jej płci jako przynęty. Bycie kobietą nie wystarcza, aby twierdzić, że płeć jest elementem politycznej strategii. Takie roszczenia muszą być zakorzenione w zaangażowaniu w zakończenie dyskryminacji płciowej oraz jej rasowych i klasowych przejawów i w wyrzeczeniu się rozbudzania rasowych i klasowych podziałów w nadziei zostania pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta. Clinton nie ma wspólnej tożsamości politycznej z kobietami wszystkich klas, kolorów i narodowości tylko dlatego, że ma ciało kobiety. Najpierw musi uznać to ciało i żądać dla niego praw - praw reprodukcyjnych, żłobków i przedszkoli, opieki zdrowotnej, edukacji itp. Clinton nie ma wielorasowego programu dla kobiet, ponieważ brakuje jej programu antyrasistowskiego.

  

Tymczasem nie posiada się ona z zachwytu z wygranej w Zachodniej Wirginii. Zachodnia Wirginia to dla niej „prawie niebo”. Twierdzi, że to dowód dla całego kraju, że w listopadzie może wygrać z poparciem „ciężko pracujących białych Amerykanów”. Ale Zachodnia Wirginia ani nie jest niebem, ani nie jest taka jak większość kraju. Może wyglądać tak, jak Stany Zjednoczone wyglądały dawno temu, ale właśnie tu leży problem. Nie ma tam różnorodności ras, epok i kultur, jaka charakteryzuje dziś Stany Zjednoczone. Tak jak nie ma jej w wizji Hillary. Płeć Hillary to przynęta. Wygląda jak kobieta, ale ani nie jest feministką, ani nie mówi w imieniu większości kobiet. Mówi w imieniu białych ludzi, utożsamiając się ze swoją płcią jako kobieta. Ale przechytrzyła samą siebie. Jeśli kobieta szykuje się do dręczenia reszty świata siłą wojny i przewagą białego przywileju, miejmy nadzieję, że my - owo wielkie „my” - „my”, które obejmuje nasze różnice, pokona reprezentowane przez nią siły polityczne.

  

A to oznacza budowanie na listopadowe wybory koalicji, która zagwarantuje, że w kampanii Obamy niemizoginiczny program będzie częścią jego antyrasistowskiej polityki.


  

Podziękowania dla Beverly Guy-Sheftall, Chandry Talpade Mohanty, Carli Golden, Rosalind Petchesky, oraz Richarda Stumbary za lekturę wcześniejszych szkiców tego tekstu.

  


przełożyła Joanna Erbel

  


Zillah Eisenstein jest profesorą nauk politycznych w Ithaca College, feministką i działaczką antyrasistowską, autorką dziesięciu książek o różnych nurtach feminizmu i teoriach feministycznych na całym świecie. Jej najnowsza książka to Sexual Decoys: Gender, Race and War in Imperial Democracy (2007).

  


Artykuł „Hillary jest biała” ukazał się na witrynie www.CommonDreams.org 18 maja 2008. Dziękujemy Autorce za zgodę na publikację polskiego przekładu.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.05.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.72799 Seconds