|
Wydaje
się oczywiste, że tej jesieni to Barack Obama będzie kandydatem
Demokratów. Mimo to trzeba sobie wyjaśnić, w jaki sposób
kampania Hillary Clinton jest chybiona, aby jej spuścizna nie
przyniosła już więcej szkody wielorasowemu, wieloklasowemu
feminizmowi/kobietyzmowi, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak
i za granicą.
Nikt
z ekspertów ani dziennikarzy nie wydaje się przejmować
czarnymi kobietami w obecnym momencie, po prawyborach w Indianie,
Karolinie Północnej i Zachodniej Wirginii. Zamiast tego oczy
wszystkich, a zwłaszcza Hillary i Billa, kierują się w stronę
tzw. „białej-ciężko-pracującej klasy robotniczej”. Troska
Hillary o białych wyborców zdradza jej stosunek do płci i
do bycia kobietą. Płeć jest dla niej biała, tak jak rasa jest
czarna. Clintonowie mogą nie zważać na Afroamerykanów,
myśląc, że zwycięstwo będzie możliwe dzięki zagraniu kartą genderową, z całą historią jej białości.
I
w tym sęk. Hillary Clinton przedstawia się swojemu elektoratowi
jako kobieta. Twierdzi, że chce przebić szklany sufit (dla) płci.
Jednak prawdą jest, że nie jest ona po prostu kobietą, ale jest
zarówno kobietą, jak i białą. Już sam fakt, że ignoruje
ona swoją rasę, w sposób, na jaki Obama nie może sobie
pozwolić, jest dowodem na znormalizowane uprzywilejowanie białości.
W tym przypadku biały nie jest kolorem, ale jest tym właściwym
kolorem, standardem, przez który ocenia się innych. Tak więc
po cichu, niepostrzeżenie, ale świadomie, posługuje się swoim
kolorem, aby kreować swoje rozumienie płci i w ten sposób
mobilizować starsze białe kobiety oraz gniewnych białych mężczyzn.
Przedstawia się jako kobieta, ale jej prawdziwa władza wynika z
białości. Mizoginia - strach, nienawiść, złe traktowanie i
dyskryminacja kobiet - potwierdza, że przywilejem Hillary jest jej białość.
Gdy
mowa o kobietach, najczęściej nie wspomina się o białości -
nie ma takiej potrzeby. Kolor określa się, kiedy jest nie-biały.
Kobiety domyślnie są białe, o ile nie stwierdzono inaczej,
zwłaszcza gdy mowa o płci, prawach kobiet, czy feminizmie. Jest tak
pomimo faktu, że to grupa czarnych kobiet rzuciła przed laty
wyzwanie Sądowi Najwyższemu w pierwszej w historii USA sprawie
dotyczącej dyskryminacji płciowej.
Hillary
mówi o sobie jako kobiecie, a następnie oddzielnie wypowiada
się na temat rasy, tak jakby nie ucieleśniała obydwu jednocześnie.
Ma „rasę” w tym samym stopniu, co Barack, lecz nie jest ona dla
niej problemem. Rasa to jego problem, nawet jeśli nie tak wielki,
jak by ona chciała. W ten sposób Hillary jako (biała)
kobieta, posługując się rasą, staje do walki z Obamą (jako
czarnym). Tak więc Hillary (jako kobieta) jest fałszywie, błędnie
przeciwstawiana Barackowi (jako czarnemu). To białość
uprzywilejowuje jej płeć i przeciwstawia ją rasie. Hilary rozgrywa
rasę tak, jakby była ona kluczowa dla jej płci i jej feminizmu,
nie mówiąc przy tym ani słowa. Ponownie ożywia i przepisuje
historię XIX-wiecznego amerykańskiego feminizmu, który
postawił prawa wyborcze czarnych mężczyzn naprzeciw praw
wyborczych białych kobiet, zmuszonych na nie czekać dłużej.
Ostatnio zaś retoryka praw kobiet była stosowana, aby uzasadnić
bombardowanie Talibów i śniadych mieszkańców
Afganistanu i Iraku. Feminizm ma długą historię nieradzenia sobie
z tą kwestią, więc nie jest to nic nowego. To, o czym się
zapomina, to fakt, że prawa kobiet występują, albo powinny
występować, we wszystkich kolorach.
Barack
Obama powiedział, że chce podjąć nowe wyobrażenia na temat rasy
i postępu, jaki w tej kwestii nastąpił. Nie jest on
„post-rasistą”, ale rozpoznaje nowe formy istniejących dziś
stosunków społecznych określonych przez rasę. Chociaż musi
odnieść się do rasy, mówi, że nie chce być „rasowym”
kandydatem. Zdaje sobie sprawę, że Ameryka ma nowe-stare hierarchie
rasowe ze złożonymi tożsamościami, i że on sam reprezentuje
białą i afrykańską czarność, cokolwiek mogłoby to dla niego
znaczyć. Hillary tymczasem twierdzi, że kandyduje jako kobieta, ale
nie odnosi się do płci, ponieważ gniewni biali mężczyźni i
kobiety nie byliby z tego zadowoleni. Tak więc ani patriarchat, ani
dyskryminacja ze względu na płeć, ani strukturalna hierarchia
męskości z jej klasowymi i rasowymi aspektami, nie są nigdy
poruszane w jej kampanii. Posługuje się ona białością jako
bronią, udając, że mówi o płci. Ale ani słowem nie
wspomina o niedopuszczalnej amerykańskiej mizoginii ani o płciowej
hierarchii w pracy, ani o żadnej z wielkich rasowych czy
klasowych niesprawiedliwości, które określają dziś warunki
życia kobiet. Tym samym nadużywa własnej płci.
Feminizmy
wszelkich odcieni przekroczyły już pogląd, że feminizm to sprawa
białych kobiet, albo że feminizmy powinny być szczególnie
wdzięczne białej części głównego nurtu amerykańskiego
ruchu kobiecego. Wiele kobiet, w szczególności kobiet
kolorowych, ale również wiele białych kobiet wie, że nie
sposób rozdzielić rasy i płci. I to właśnie dlatego
większość tych kobiet, niezależnie od koloru skóry,
głosuje na Baracka Obamę. Nie wolno dopuścić, aby Hilary
pociągnęła feminizm wstecz dla własnych politycznych ambicji. Nie
dziwi, że to właśnie starsze białe kobiety popierają ją
bardziej niż inni. Utożsamiają się one ze starym pojęciem
kobiecości - homogenicznym wyobrażeniem, że wszystkie kobiety
mają taką samą tożsamość, z którą rasa i klasa nie mają
związku, więc nie trzeba ich nazywać ani o nich dyskutować. To
właśnie dlatego młodsze kobiety oraz bardziej postępowe
działaczki ruchu praw obywatelskich i ruchu kobiecego, z których
niektóre są starsze, w tak dużym stopniu popierają Obamę.
Moja
opinia o Hillary Clinton ma swoją historię, zbiegającą się z jej
własną historią. Nigdy nie byłam jej fanką. Pisałam o niej
krytycznie już ponad dekadę temu. Nie tylko nie występowała jako
feministka w czasach, gdy mieszkała w Białym Domu, lecz nawet nigdy
nie mówiła w imieniu kobiet ani nie kandydowała z
prokobiecym programem. Kiedy wiele z nas, jej rówieśniczek,
udzielało się w ruchu praw obywatelskich i działało przeciw
wojnie w Wietnamie - ona wolała się w to nie angażować.
Jedyne
przemówienie dotyczące wyzysku kobiet wygłosiła w Pekinie,
w Chinach, jak gdyby tylko kobiety za granicą, lecz w żadnym razie
nie w Stanach Zjednoczonych, doświadczały niewysłowionej
dyskryminacji. Teraz kandyduje na urząd prezydenta i stała się
uzbrojoną, zagrzewającą do wojny białą kobietą, która
prosi o twój głos, jeśli jesteś wściekłym białym
reaganowskim Demokratą. Może uważa, że sposób na przebicie
szklanego sufitu dla kobiet jest jeden: trzeba zmężnieć.
Twierdzę,
że Hillary nie przełamuje barier płciowych, lecz raczej przyjęła
i rozszerzyła męskość/mizoginię w stosunku do kobiet. Mizoginia
zaś zawsze występuje w formie określonej rasowo. Pozostaje kobietą
na poziomie ciała, i dlatego też przedstawia się jako przynęta
dla roszczeń feministycznych. Zaś kluczowe dla tego statusu
przynęty jest jej białe ja. Susan Faludi napisała w „New
York Timesie”,
że Hillary osiąga sukces przy biało-męskim wsparciu, ponieważ
chce walczyć i angażować się w niebezpieczne zabawy jak jeden z
chłopaków. Prawdopodobnie chce „włączyć się do bójki”
i w ten sposób zdobyła ich zaufanie. „Przebiła szklaną
podłogę i przyłączyła się do bijatyki”, torując
drogę dla kobiet, aby wreszcie udało im się przebić „przez
szklany sufit wprost do Białego Domu”. Barbara Ehrenreich w „The
Nation”
po pewnym wahaniu akceptuje tę diagnozę, aby jeszcze silniej
skrytykować Clinton za jej bezwzględność. Ehrenreich pisze, że
Clinton „rozprawiła się z mitem o wrodzonej moralnej wyższości
kobiet w najgorszy możliwy sposób - demonstrując moralność
niższość kobiet”.
Hillary
udowodniła, że czasami najlepszym człowiekiem na dane stanowisko
jest kobieta odgrywająca mężczyznę. Innymi słowy, Hillary po
prostu przybrała męskie taktyki i strategie. Może rozwalać razem
z najlepszymi. Hillary nie tylko wyraziła zgodę na wojnę w Iraku,
ale wielokrotnie ponawiała ją przez następne kilka lat - aż do
momentu, gdy zaczęła kandydować na urząd prezydenta. Zgodziła
się, razem z Billem Clintonem, na niegodziwą blokadę handlową
Iraku, podczas gdy setki tysięcy dzieci umierały z głodu po wojnie
1991 roku. Ostatnio wspierała zastraszające bombardowania Libanu
przez Izrael i opowiedziała się za „całkowitym zrównaniem
z ziemią” Iranu.
Ale
to tylko fragment smutnej historii. Przyjęcie przez Hillary męskiego
machismo
obejmuje samą mizoginię, którą większość feministek chce
rozmontować. Zamiast zmagać się z podziałem płciowym, Hillary po
prostu przesuwa się na jego drugą stronę. Zamiast przedstawić
nową wizję tego, czym mogłaby być prezydentura kobiety, oferuje
nam starą wersję białych przywilejów i militaryzmu. Granie
kartą rasową pozwala jej ignorować i rozmydlać związane z
patriarchatem strukturalne przywileje. Mimo to wiele białych kobiet
pisze, jak Marie Cocco w „Washington
Post”
z 15 maja, że z kiedy kampania się skończy, z ulga odetchną od
towarzyszącej jej mizoginii. Cocco wylicza seksistowskie T-shirty i
cały szereg będących w obiegu komercyjnych gadżetów.
Jednak chociaż wstrętne mi są wszelkie formy degradowania
dziewcząt i kobiet, czy - skoro już o tym mowa - każdej istoty
ludzkiej, nie wydaje mi się, żeby taka krytyka tego problemu była wystarczająca.
Hillary
Clinton nie powinna być nigdy poniżana za bycie kobietą. Jednak
bycie kobietą występuje we wszystkich kolorach i klasach. Hillary
zachowała się niewybaczalnie. Posłużyła się rasą -
przywilejem białości - w imieniu płci. My, wielkie „my” -
wielość różnie definiowanych feminizmów w USA i na
całym świecie - jesteśmy zdolne do czegoś lepszego. Czarne
feministki w Ameryce, ruch kobiecy w latach 70. i 80. XX w., zadbały
o to, żeby przełamać podział rasa/płeć i wyjaśnić, że płeć
jest zawsze rasowa, a rasa zawsze płciowa. Niepodobna doświadczać
jednego bez drugiego. Jedynie kiedy białość przedstawia się jako
niewidoczny standard, można myśleć o płci i rasie jako czymś
oddzielnym. Hillary jest biała i jest kobietą, a Barack jest czarny
i jest mężczyzną. Są oni jednym i drugim. Każdy i każda jest.
Manipulacje
i fałszywe przedstawianie płci przez Hillary ujawniają status jej
płci jako przynęty. Bycie kobietą nie wystarcza, aby twierdzić,
że płeć jest elementem politycznej strategii. Takie roszczenia
muszą być zakorzenione w zaangażowaniu w zakończenie
dyskryminacji płciowej oraz jej rasowych i klasowych przejawów
i w wyrzeczeniu się rozbudzania rasowych i klasowych podziałów
w nadziei zostania pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta.
Clinton nie ma wspólnej tożsamości politycznej z kobietami
wszystkich klas, kolorów i narodowości tylko dlatego, że ma
ciało kobiety. Najpierw musi uznać to ciało i żądać dla niego
praw - praw reprodukcyjnych, żłobków i przedszkoli, opieki
zdrowotnej, edukacji itp. Clinton nie ma wielorasowego programu dla
kobiet, ponieważ brakuje jej programu antyrasistowskiego.
Tymczasem
nie posiada się ona z zachwytu z wygranej w Zachodniej Wirginii.
Zachodnia Wirginia to dla niej „prawie niebo”. Twierdzi, że to
dowód dla całego kraju, że w listopadzie może wygrać z
poparciem „ciężko pracujących białych Amerykanów”. Ale
Zachodnia Wirginia ani nie jest niebem, ani nie jest taka jak
większość kraju. Może wyglądać tak, jak Stany Zjednoczone
wyglądały dawno temu, ale właśnie tu leży problem. Nie ma tam
różnorodności ras, epok i kultur, jaka charakteryzuje dziś
Stany Zjednoczone. Tak jak nie ma jej w wizji Hillary. Płeć Hillary
to przynęta. Wygląda jak kobieta, ale ani nie jest feministką, ani
nie mówi w imieniu większości kobiet. Mówi w imieniu
białych ludzi, utożsamiając się ze swoją płcią jako kobieta.
Ale przechytrzyła samą siebie. Jeśli kobieta szykuje się do
dręczenia reszty świata siłą wojny i przewagą białego
przywileju, miejmy nadzieję, że my - owo wielkie „my” -
„my”, które obejmuje nasze różnice, pokona
reprezentowane przez nią siły polityczne.
A
to oznacza budowanie na listopadowe wybory koalicji, która
zagwarantuje, że w kampanii Obamy niemizoginiczny program będzie
częścią jego antyrasistowskiej polityki.
Podziękowania
dla Beverly Guy-Sheftall, Chandry Talpade Mohanty, Carli Golden,
Rosalind Petchesky, oraz Richarda Stumbary za lekturę wcześniejszych
szkiców tego tekstu.
przełożyła
Joanna Erbel
Zillah
Eisenstein
jest profesorą nauk politycznych w Ithaca College, feministką i
działaczką antyrasistowską, autorką dziesięciu książek o
różnych nurtach feminizmu i teoriach feministycznych na całym
świecie. Jej
najnowsza książka to Sexual
Decoys: Gender,
Race and War in Imperial Democracy
(2007).
Artykuł
„Hillary jest biała” ukazał się na witrynie
www.CommonDreams.org
18 maja 2008. Dziękujemy Autorce za zgodę na publikację polskiego przekładu.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...