Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Smoleński: Polska niektórych Polaków |
|
|
Jasiek Smoleński
|
|
04.11.2007 |
- Zwyciężymy, bo to zwycięstwo jest potrzebne Polsce. Jest potrzebne po to, by w tym państwie, w Rzeczypospolitej Polskiej, żył jeden naród polski, a nie różne narody - powiedział na konwencji PiS w Białymstoku premier Jarosław Kaczyński.
Potem tłumaczono, że premierowi nie chodził o żadne kwestie narodowościowe, że przecież premier nie ma nic przeciwko mniejszościom. Mówiono, że premierowi chodziło o społeczeństwo.
Mimo to warto się zastanowić, czy ta wypowiedź nie mówi czegoś o klimacie, który panuje dziś w polskiej sferze publicznej, o zasadach rządzących dyskursem politycznym. Czy homogeniczność Polski nie jest zakładana, by tak rzec, a priori, uważana za „oczywistą oczywistość”?
Do kogo puszczał oko premier, a kto premiera usłyszał
Te „niefortunne” - niektórzy by powiedzieli, że niedopuszczalne - słowa padły, i to w miejscu, gdzie żyje bardzo wiele mniejszości narodowych i religijnych. Na białostocczyźnie podziały narodowościowe i religijne pokrywają się z podziałami politycznymi. Prawosławni to najczęściej osoby pochodzenia białoruskiego i z reguły głosujący na lewicę. Katolicy z kolei głosują na PiS. Województwo podlaskie jest bastionem prawicy. Ale premier nie tylko puszczał w ten sposób oka do podlaskich katolików. Od kiedy poparcie jawnego ksenofoba i antysemity ojca Rydzyka oraz wiernych słuchaczy Radia Maryja pomogło jego partii w zdobyciu władzy, Kaczyński stał się zakładnikiem katolickich narodowców. Co jakiś czas musi powiedzieć coś, co przekona ich, że nadal jest z nimi, że nie zdradził.
W tak różnorodnym środowisku nie trudno, by jacyś narodowi nadgorliwcy „opacznie” zinterpretowali słowa Jarosława Kaczyńskiego. Różnice łatwo prowadzą do konfliktów. Nie zapominajmy, że to właśnie na Podlasiu neonaziści urządzili sobie majówkę z koncertem zespołu „No remorse”, na którego teledyskach są sceny z defilad armii hitlerowskiej i działaczy skrajnej prawicy rzucających koktajle Mołotowa w ośrodki dla imigrantów. Na tą majówkę przyjechali naziści z kilku krajów europejskich. Wbrew pozorom przywołanie tutaj tego zdarzenia nie jest nadużyciem. To prawda, że premier neonazistów nie popiera, najpewniej ich nie lubi, co można wywnioskować z jego niechęci do Niemców (Adolf Hitler był Austriakiem, ale w powszechnej świadomości kojarzony jest z Niemcami) i do nich w ogóle się nie zwracał. Ale to nie jest istotne. Ważne, kto go usłyszał. A że skandaliczne słowa Jarosława Kaczyńskiego w jakiś sposób dotarły do organizatorów i przynajmniej części uczestników nazimajówki, jest niemal pewne.
Przykra demagogia…
Mirosław Kupicz, sekretarz Związku Ukraińców w Polsce, przyznaje, że o nieszczęśliwej wypowiedzi premiera słyszał jedynie z ust znajomych. Chciałby mieć nadzieję, że premier się przejęzyczył. - Ale to brzmi trochę jak slogany z czasów PRL-u, by Polska była jednolita narodowościowo - mówi.
Trzeba pamiętać, że Ukraińcy za PRL-u przeżyli piekło brutalnego wynaradawiania. „Akcję Wisła” można zrzucić na przeciwne społeczeństwu władze komunistyczne, ale pacyfikacje ukraińskich wsi na kresach to już dzieło między innymi Armii Krajowej, którą o uległość wobec komunistów trudno podejrzewać.
Wiktoria Babenko, z pochodzenia Ukrainka, chodziła do liceum w Warszawie. Teraz studiuje na czwartym roku Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych na Uniwersytecie Warszawskim. Czasów PRL nie może pamiętać, do Polski przyjechała w roku 1991, gdy miała sześć lat. Ale słowa Kaczyńskiego też ją dotknęły. - To demagogia - mówi otwarcie. - Ale boli.
Według niej państwo polskie nie jest przyjazne cudzoziemcom. Sama od jakiegoś czasu dostaje kartę pobytu tylko na 10 miesięcy, choć wcześniej dostawała na 12. Nie wini za to Kaczyńskich, lecz rosnącą biurokrację, unijną i polską. Ale PiS jej nie zaskoczył. Gdy był u władzy nie zrobił nic, by ułatwić cudzoziemcom życie.
…czy agresywny język kampanii?
Są też tacy, którzy myślą inaczej.
Mufti Tomasz Miśkiewicz, polski Tatar: - Moim zdaniem, premierowi chodziło o jeden naród, który współpracuje w budowaniu ojczyzny. Polscy Tatarzy przyznają się do polskiego obywatelstwa i jestem przekonany, że mniejszość tatarska nie odebrała tego w innym kontekście niż patriotyczny - dodaje pytany, czy zna kogoś, kto uznał słowa Kaczyńskiego za ksenofobiczne.
- Nie odbieram tego jako atak na mniejszość niemiecką - mówi przewodniczący Związku Młodzieży Mniejszości Niemieckiej, Piotr Koziol. - Trwała kampania wyborcza, język polskiej debaty publicznej jest bardzo agresywny i może ranić niektórych - tłumaczy.
Eugeniusz Czykwin, działacz mniejszości białoruskiej i poseł LiD też wierzy, że premier wypowiedział niefortunne zdania w przedwyborczym zapale. - Nie ma dowodu, że premier chciał kogokolwiek obrazić.
Wiadomo, przed wyborami mówi się wiele, a myśli się dopiero po nich, i to najczęściej o tym, jak wykręcić się z przedwyborczych obietnic.
Faktycznie przejęzyczenie?
Czykwin, redaktor „Przeglądu Prawosławnego”, przypomina jednak, że w Polsce nadal pokutuje stereotyp Polaka-katolika. A w tym wypadku każdy prawosławny jest obcy. Przypomina też, że wyniki różnych badań pokazują, że mniejszości białoruska i ukraińska - tych na wschodzie kraju jest najwięcej - czują się negatywnie naznaczone.
- W Białymstoku wciąż żywa jest pamięć o burzeniu prawosławnych cerkwi w 1938 roku i powojennych pacyfikacjach wiosek białoruskich przez podziemie. W takim miejscu Jarosław Kaczyński powinien ważyć słowa - mówi. Dodaje, że dopiero za rządów PiS, białoruskie imprezy kulturalne nie otrzymały grosza dofinansowania ani z ministerstwa kultury ani z resortu spraw wewnętrznych. A dostawały nawet za PRL-u.
Dla wielu z tych imprez oznacza to likwidację.
- Gdyby „niefortunne” słowa wyrwać z kontekstu wszystkich wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, to mógłbym przyjąć jego późniejsze tłumaczenia, że nie ma nic przeciwko mniejszościom - mówi doktor Jerzy Gorzelik z Uniwersytetu Śląskiego, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska. - Ale widać, że polityka, jaką prowadzi PiS ma prowadzić do kulturowej uniformizacji. Sądzę, że tamte słowa premiera w jakiś sposób pokazują, co tak naprawdę myśli. Nie przypisuję oczywiście Kaczyńskiemu bardzo radykalnego programu. PiS to nie Młodzież Wszechpolska. Mniejszości, które mają swe reprezentacje państwowe, i których interesy chronią bilateralne umowy, nie mają się czego obawiać, ale grupy takie jak Ślązacy, nie mogą liczyć na postęp w swojej sprawie. - tłumaczy Gorzelik. - Ta wypowiedź wpisuje się doskonale w cały kontekst polityki, którą uprawiają Kaczyńscy, której symbolem jest dziadek z Wehrmachtu. Chodzi o politykę historyczną, ale jest to polityka warszawskocentryczna, odwołująca się przede wszystkim do historii Królestwa Kongresowego. Nie ma w niej miejsca dla innej świadomości historycznej, jaką prezentują na przykład Ślązacy – dodaje.
Polacy o słowach byłego premiera
„Niefortunne” słowa wypomniał byłemu już premierowi LiD. Politycy Lewicy i Demokratów na początku zarzucili Kaczyńskiemu ksenofobię. Potem jednak złagodzili swoją krytykę. Wyrazili nadzieję, że nie myślał tego, co powiedział, że były to słowa nieszczęśliwie dobrane i faktycznie nie odnosiły się do kwestii narodowościowych.
Inaczej sprawę postrzega profesor Joanna Tokarska-Bakir, specjalistka do spraw mniejszości z Polskiej Akademii Nauk: - Wypowiadanie takich słów w Białymstoku, gdzie gospodarzami są również ludzie o pochodzeniu białoruskim, jest policzkiem dla mniejszości! - mówi. - Pamiętajmy też, że stamtąd niedaleko jest do Jedwabnego i należałoby uszanować pamięć zamordowanych tam Żydów. Premier podobno użył tego sformułowania w kontekście korupcji, ale nie rozumiem, jak prawnik mógł pomylić dwie różne kategorie: narodu i obywatelstwa. Mam wrażenie, że rząd Kaczyńskich nadaje wysoki priorytet niektórym sprawom, o których wiadomo, że znajdą się na pierwszych stronach gazet, jak na przykład pobicie naczelnego rabina polski, Michaela Schudricha, a ignorują sprawy innych mniejszości, np. sprofanowanie pomnika Szewczenki w Białym Borze na Pomorzu i podpalenie szkoły ukraińskiej w Bartoszycach, które zdarzyły się tej samej nocy - dodaje.
Swoją drogą było to pierwsze podpalenie ukraińskiej szkoły od 1989 roku.
Nacjonalistyczny paradygmat w polityce
Przed nieszczęsną konwencją i po niej, w wielu przemówieniach, Jarosław Kaczyński wielokrotnie odmieniał słowo „naród” przez wszystkie przypadki. Mówił o „interesach narodowych”, „jedności narodu”. „Naród” pojawiał się w wypowiedziach, w których równie uprawnione, lub nawet bardziej, byłyby kategorie takie jak „społeczeństwo” czy „obywatele”.
Z wypowiedzi Kaczyńskiego wyłania się rozumienie „narodu” jako pierwotnego wobec „obywatelstwa” i „społeczeństwa”. Warunkiem bycia „obywatelem” lub „członkiem społeczeństwa” jest przynależność do „narodu”. W tego typu myśleniu wiązanie łączące ethnos i demos uznaje się za wieczne i ostateczne, a nie przygodne i wytworzone w trakcie procesu historycznego. Co więcej, „naród” jako wspólnota polityczna jest naturalizowany i mitologizowany - nie bez powodu polityka historyczna uprawiana przez rząd PiS była polityką patriotyzmu powstańczo-martyrologicznego przekazywanego genetycznie. W dyskursie proponowanym przez Kaczyńskiego przynależność do „narodu” zawężona jest do trzech kwestii: jednorodnej, zgodnej z PiS-owską, świadomości historycznej, związanego z nią bezkrytycznego stosunku do własnej historii oraz bezwzględnej wierności państwu.
Oznacza to, że polskim dyskursem politycznym rządzi paradygmat nacjonalistyczny. Kaczyński nie jest wyjątkiem, ciasnym ksenofobem pośród oświeconych liberałów, lecz najlepiej artykułuje prawa rządzącą polską polityką. „Pierwiastek albo śmierć” jest jedynie parafrazą hasła „Nicea albo śmierć”, którego autorem była Platforma Obywatelska. Tuż po wyborach parlamentarnych w 2005 roku, gdy okazało się, że PO nie stworzy koalicji z PiS, Jan Rokita napisał tekst, w którym mówił, że w głosowaniu objawiła się „racjonalna Wola Narodu” (pisana wielkimi literami!)[„O naprawie państwa”, „Gazeta Wyborcza” z 3 listopada 2005]. Nie warto też łudzić się, że Platforma radykalnie zmieniła swój punkt widzenia: przechodząc z PiS do PO Radek Sikorski, były członek Ruchu Odbudowy Polski powiedział, że „on się nie zmienił”.
Pojmowanie narodu jako ostatecznego horyzontu identyfikacji politycznej nie jest właściwe tylko PiS-owi i ma swoje konsekwencje zarówno w polityce zewnętrznej, jak i wewnętrznej. „Silna Polska w Europie” to „silne polskie państwo narodowe w opozycji do innych państw narodowych”. Ciasny nacjonalistyczny paradygmat zamyka Polskę na ideę integracji europejskiej opartej na uniwersalistycznych pryncypiach demokracji i praw człowieka. Stawia to nas w roli uwsteczniającej, a z Unii Europejskiej tworzy arenę walki między państwami narodowymi. PiS i PO kroczą tą samą drogą.
Słowa premiera w innym kontekście
Jeszcze raz spójrzmy na słowa byłego premiera. Tym razem, tak jak chciałby ich autor, wyrwijmy je z kontekstu innych jego wypowiedzi, i przyjmijmy za dobrą monetę wymówkę, że w Białymstoku mówił o korupcji i różnicach między Polską bogatą a Polską biedną.
I w tym PO oraz LiD okazali się sojusznikami byłego premiera. Partie te swym milczeniem na temat różnorodności w Polsce jedynie przyznają Kaczyńskiemu rację. Temat różnic w polskim społeczeństwie pojawia się tylko, gdy należało kogoś ocenić lub wskazać, że nie jest on tym dobrym, tzn. prawdziwym Polakiem. Założenie, że my, Polacy jesteśmy tacy sami, jesteśmy homogenicznym monolitem, jest oczywistością na tyle oczywistą, że nie trzeba nawet o niej wspominać. Choć ta oczywistość ma się nijak do rzeczywistości.
O różnicach w społeczeństwie polskim z ust polityków możemy usłyszeć wtedy, gdy dzieli się je na „dobrych” i „złych” Polaków. Premier tych złych wskazał: to łapownicy i inni odpowiedzialni za nierówności ekonomiczne na łonie narodu. Ale znów, Kaczyński nie jest w tym osamotniony. Donald Tusk również dzielił Polaków na lepszych i gorszych mówiąc o „moherowej koalicji” czy wyborze między Wschodem a Zachodem. Dawał do zrozumienia, że ci, co poparli lub poprą PiS są „moherami” albo wielbicielami rosyjskiego modelu demokracji, jakkolwiek by patrzeć – tymi gorszymi. Natomiast wypowiedzi o tym, że nie wszyscy jesteśmy katolikami, czy że są pośród nas lesbijki i geje, słowem wypowiedzi o różnicach a nie o ukrytych za nimi ocenach szukać ze świecą. Nawet socjalliberalny LiD unika mówienia o sprawach mniejszości.
Powszechnie obowiązujący i rzadko kiedy prostowany stereotyp Polaka-katolika ma podwójne konsekwencje: każdy Polak jest katolikiem (i przez to jest zachwycony „konsensem” dotyczącym życia poczętego, bo przecież tego uczył Papież-Polak) oraz każdy obywatel polski jest pochodzenia polskiego. Radykalna homogenizacja społeczeństwa na poziomie dyskursu łączy się z równie brutalnym wykluczeniem wszystkich nie pasujących do - bardzo restrykcyjnego - wzoru prawdziwego Polaka z jednej strony, z drugiej zaś ruguje wewnętrzną różnorodność z rozumienie społeczeństwa. Nie-Polak i nie-katolik to synonimy oznaczającego takiego samego obcego i są zarazem jednoznacznie oceniające. Każdy, kogo należy ocenić negatywnie, jest porównywany do obcego, niezależnie od tego, czy ma być nim działający przeciw narodowi łapownik czy zafascynowany rosyjskimi standardami demokracji moher. A stąd już łatwo do wniosku, że każdy obcy jest jak rak na ciele Narodu.
Jasiek Smoleński (ur. 1985) - jest studentem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim i dziennikarzem portalu Gazeta.pl.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 04.11.2007 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...