|
W zeszłym tygodniu „biały szczyt” zakończył dwumiesięczne obrady, przedstawiając nam ich owoc – „Rekomendacje”, których status i znaczenie są bardzo niejednoznaczne, podobnie zresztą, jak znaczenie samego szczytu. Mimo wszystko warto się przyjrzeć dokumentowi przyjętemu na zakończenie „białego szczytu”. To bardzo pouczająca lektura, bo pokazuje, w jaki sposób o reformie systemu ochrony zdrowia myśleć nie należy. Bez całkowitej zmiany podejścia będziemy skazani na zbiór niedopasowanych do siebie doraźnych rozwiązań, które będą prowadziły do rezygnacji z zasad sprawiedliwości społecznej oraz do przedkładania efektywności finansowej nad dobro obywateli.
Grzechy główne
„Rekomendacje konferencji białego szczytu” powielają niemal wszystkie fundamentalne błędy, jakie zwykle popełnia się w Polsce, mówiąc o problemach służby zdrowia. Bez wyeliminowania tych błędów żadna poważna reforma się nie uda.
Już pierwszy punkt, zakładający, że w systemie ochrony zdrowia centralną rolę odgrywa „pacjent”, skażony jest anachronicznym wyobrażeniem tego systemu. System bowiem nie powinien być nastawiony na „pacjenta”, lecz na obywatela. Głównym celem nie jest leczenie chorych, ale eliminowanie ryzyka chorobowego, czyli prewencja. To rozwiązanie nie tylko najtańsze i najbardziej efektywne, ale także zgodne z obecną wiedzą medyczną.
Z „nastawieniem na pacjenta” wiąże się drugi błąd. W następnym punkcie dokumentu czytamy: „Konieczne jest uczynienie z reformy ochrony zdrowia jednego z głównych kierunków polityki społecznej państwa”. Widać tu założenie o reaktywnym modelu systemu ochrony zdrowia, który nastawiony jest na „obsługiwanie” pacjentów dopiero wtedy, gdy ich choroba zaczyna stanowić problem społeczny. Przy tak zdefiniowanych zadaniach systemu ochrony zdrowia debata koncentruje się na tym, czy pacjentów lepiej obsługiwać będzie rynek, czy państwo. Jeśli natomiast zgodzimy się, że system ochrony zdrowia powinien przede wszystkim eliminować ryzyka chorobowe, to reforma ochrony zdrowia nie będzie rozpatrywana tylko w ramach polityki społecznej państwa, ale także w ramach innych polityk, m.in.: gospodarczej, finansowej i edukacyjnej. Trzeba pamiętać, że decyzje podejmowane w tych obszarach mogą mieć pośrednie negatywne konsekwencje dla zdrowia obywateli. Szczególne znaczenie ma ład gospodarczy, któremu w Polsce nadaje się neoliberalny kształt. Prowadzi to do atomizacji społeczeństwa, jednostki zmuszane do ciągłej konkurencji, eksploatowane i łudzone perfidną obietnicą niewyobrażalnych zysków podporządkowują pracy całe swoje życie. Skutkiem tego jest życie w ciągłym stresie, co jak pokazują liczne wyniki badań jest główną pośrednią przyczyną zachorowalności na choroby cywilizacyjne. Niewielu z nas będzie bogaczami, ale wszyscy prędzej czy później trafimy do kardiologa, onkologa bądź psychiatry. Nowoczesne myślenie o reformie służby zdrowia wymaga uwzględnienia jej celów we wszystkich resortach polityki państwa.
Ci, którzy próbują nam wmówić, że to rynek, a nie państwo, lepiej „obsłuży” pacjentów, fałszywie utożsamiają efektywność finansową i dostępność określonych procedur medycznych z poprawą stanu zdrowia. Stąd postulat „zbudowania mocnych podstaw finansowych systemu ochrony zdrowia. Jest to warunek prawidłowego funkcjonowania systemu, dostępności i jakości udzielanych świadczeń oraz zapewnienia godziwych warunków pracy i płacy jego pracownikom” (pkt. 5). Oczywiście trzeba zwiększyć nakłady finansowe, ale nie można sugerować, że to wystarczy i przełoży się na poprawę zdrowotności obywateli. Zresztą, widać wyraźnie, że o poprawie zdrowotności nikt tu nie myśli – ostatecznym celem ma być dostęp do świadczeń zdrowotnych. Nacisk powinien zostać położony na wypracowanie mechanizmów oceny efektywności poszczególnych terapii zdrowotnych, a takich mechanizmów w Polsce brak. Co z tego, że mam dostęp do lekarza, jeśli leczy on mnie w taki sposób, który mi nie pomaga.
Ukryta prywatyzacja
Te grzechy główne w myśleniu o reformie systemu ochrony zdrowia przekładają się oczywiście na propozycje konkretnych rozwiązań. Jednym z nich jest dobrowolna prywatyzacja zakładów opieki zdrowotnej i przekształcenie ich w spółki prawa handlowego, czyli jeden z najważniejszych pomysłów PO na reformę służby zdrowia. Prywatyzacja zoz-ów stworzy ryzyko uwłaszczenia się lekarzy na majątku publicznym. Prezydent wyczulony na ten problem już jakiś czas temu zapowiedział, że nie podpisze tej ustawy.
Premier z kolei zszedł na szczęście z wyżyn neoliberalnych dogmatów i wypowiedział się negatywnie o innym zaleceniu dokumentu podsumowującego prace „białego szczytu” - wprowadzeniu odpłatności za wizytę u lekarza.
Obawy powinien budzić postulat „Sprzedaży świadczeń w ramach »wolnych mocy«”, czyli umożliwienie publicznym zakładom opieki zdrowotnej sprzedaży wolnych świadczeń. Pozornie nie ma nic złego w tym, że jakaś placówka wykona odpłatnie pewne świadczenia i nie zakłóci to wykonywania świadczeń w ramach kontraktu z NFZ. Skoro limity są tak niskie, że na niektóre świadczenie trzeba czekać po kilka miesięcy, a aparatura medyczna stoi popołudniami niewykorzystana, dlaczego nie wprowadzić odpłatnych świadczeń? Kolejki by się skróciły, bo kogo byłoby stać na badanie, po prostu by za nie zapłacił. Zwiększyłaby się dostępność do badań, a lekarze mogliby dorobić. Problem w tym, że takie rozwiązania mogą prowadzić do ukrytej prywatyzacji. Placówka zdrowotna może przestać się starać o kontrakt z NFZ albo zmniejszyć jego wartość i przestawić się na klientów prywatnych. Również NFZ mógłby zmniejszyć limity, bo skoro ludzie są w stanie płacić za dane świadczenie, to zaoszczędzone na nim pieniądze można przeznaczyć na inne cele. Jeśli premierowi rzeczywiście zależy na zapewnieniu wszystkim równego dostępu do ochrony zdrowia, to powinien zwrócić uwagę na negatywne konsekwencje tego postulatu.
„Biały szczyt” zarekomendował również wprowadzenie prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Ten postulat łamie zasady solidarności społecznej. W dokumencie podsumowującym prace „białego szczytu” mowa jest nie tylko o ubezpieczeniach dodatkowych, obejmujących te świadczenia, które nie znalazły się w koszyku świadczeń gwarantowanych, ale również o „ubezpieczeniach alternatywnych dla ubezpieczenia powszechnego w Narodowym Funduszu Zdrowia”. Kiedy mamy do czynienia z konkurującymi ze sobą ubezpieczycielami, nie da się zachować zasady solidarności społecznej, bo ryzyko chorobowe rozkłada się na mniej osób, a im mniej osób, tym większe składki trzeba płacić, a im większe składki, tym więcej ludzi wykluczonych – nieobjętych ubezpieczeniem.
W trakcie obrad „białego szczytu” ustalono także, że „rolnicy powinni płacić składkę, tak jak inni obywatele”. Zgodnie z art. 20 ustawy o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, wysokość składki zdrowotnej płaconej przez rolników jest zindywidualizowana i zależy m.in. od wielkości gospodarstwa. Chcąc pozbawić ludność rolniczą jej przywilejów, należy wziąć pod uwagę kilka argumentów, które skłaniają raczej do ich utrzymania. Po pierwsze, obszary wiejskie nadal są bardzo słabo rozwinięte pod względem infrastruktury medycznej, wizyta u lekarza często wiąże się z koniecznością pokonania wielu barier, związanych z podróżą do lekarza, kosztami przejazdu itp. Po drugie, jeśli zgodzimy się, że społeczno-materialne warunki, w jakich dorastamy i żyjemy, mają wpływ na naszą zachorowalność (co potwierdzają wyniki badań socjologiczno-epitemiologicznych), to powinniśmy też przyjrzeć się dyskryminacji, jakiej pod tym względem przez długi czas poddawani byli rolnicy. Stanowili ostatnią grupą społeczną, która w PRL nabyła uprawnienia do korzystania z bezpłatnych świadczeń zdrowotnych – stało się to dopiero w 1971 roku. Przez cały okres PRL dysproporcje w zakresie infrastruktury, ilości lekarzy, ilości udzielanych porad były ogromne. Jeśli nawet kogoś było stać na zapłacenie za wizytę u lekarza, to często w okolicy nie było nikogo, kto mógłby go przyjąć. Od roku 1948 do połowy lat 50. władze uniemożliwiły rolnikom korzystanie z pomocy lekarskiej nawet za opłatą – likwidując słabe i nieliczne spółdzielnie zdrowotne. Państwo powinno zabrać się dziś za eliminowanie negatywnych konsekwencji podjętych niegdyś złych decyzji, a nie je wzmacniać.
Biały szczyt zwołany przez premiera pod koniec stycznia miał stanowić, nomen omen, platformę dla grup i środowisk zainteresowanych reformą ochrony zdrowia. Miał pozwolić na wspólne zastanowienie się nad kierunkiem reform i kształtem przyszłego systemu ochrony zdrowia. Sama idea szczytu, autorstwa minister Kopacz i premiera Tuska, jest godna pochwały. Wydawało się, że szczyt wreszcie zapoczątkuje nowy sposób wypracowywania reform w sektorze zdrowotnym: uwzględniający interesy i postulaty wielu środowisk. Z ostatnich wypowiedzi premiera i minister zdrowia jasno jednak wynika, że nie chodziło wcale o wspólne wypracowanie rozwiązań, ale o stworzenie pozorów społecznej zgody na zaproponowane ustawy zdrowotne.
—
Łukasz Raciborski - socjolog, doktorant w Instytucie Socjologii UW
Na podobny temat
|
Ale Piątek się wysilił. Nie ma polotu...
Ojej, jak bardzo wiem o czym jest ten...