> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pawlak: Zasypani w teczkach Drukuj
Antoni Pawlak   
05.04.2005
A może jestem agentem

To zacietrzewienie Wildsteina nie byłoby niczym szczególnym, gdyby nie wydarzenie, które unieśmiertelniło jego nazwisko. Które postawiło go w jednym rzędzie z Herostratesem. Oto bowiem Wildstein ukradł i rozpowszechnił spis katalogowy warszawskiego IPN.
Tak się składa, że i moje nazwisko znalazło się w tym spisie. „Antoni Pawlak” to dość popularny zestaw imienia i nazwiska. Niemniej jest wysoce prawdopodobne, że w tym wypadku chodzi o mnie. Chociażby dlatego, że pierwszy proces za działalność polityczną miałem w 1972 roku. Przyznam, że źle się czuję na tej liście. Przede wszystkim dlatego, że – jak wiadomo – jest to nieuporządkowany spis funkcjonariuszy SB, agentów, kandydatów na agentów oraz tak zwanych osób pokrzywdzonych. I tylko od dobrej lub złej woli czytających listę zależy, do której z tych kategorii zechcą mnie wrzucić.
Wildstein zapewnia, że nigdy nie mówił, iż ta lista jest spisem agentów. To prawda, nie mówił. Ale jest człowiekiem zbyt inteligentnym, by nie wiedzieć, nie spodziewać się, że lista ta będzie czytana właśnie jako lista agentów. Do tego nie trzeba bowiem być Seneką – wystarczy być Wildsteinem.
Bronisław Wildstein w rozmowie z dziennikarzem „Życia Warszawy” powiedział: „Jeśli ktoś się czuje pokrzywdzony dlatego, że znalazł się na tej liście, to jest to jakieś dziwne przewrażliwienie”. Nie dość więc, że jestem na tej liście, to jestem także „jakoś dziwne przewrażliwiony”. Trudno. Przeżyję.
Wiem, co w życiu zrobiłem dobrego. Wiem także, co zrobiłem złego, jako że nie ma ludzi bez grzechu. Ale nigdy nie chciałem zaglądać do teczek, które zostawiła nam w spadku Służba Bezpieczeństwa. Między innymi dlatego, że nie mam najmniejszej ochoty dowiadywać się, kto przez lata PRL na mnie donosił. Raz dlatego, że nie czuję się władny, by oceniać ludzi, którzy robili to nie zawsze z podłości, a niekiedy ze strachu. Dwa dlatego, że we własnym imieniu tym ludziom wybaczyłem. Mam do tego prawo. Powód trzeci jest taki, że nie wydaje mi się rzeczą najrozsądniejszą zamykać się w przeszłości. Nie widzę też żadnego powodu, by wzorem Wildsteina czy Wyszkowskiego, pielęgnować w sobie trującą roślinę nienawiści. A poza tym mam, jestem o tym przekonany, jeszcze wiele ważnych rzeczy do zrobienia w życiu, nie chcę tracić czasu na to, by babrać się w gównie.
To prawo zostało mi przez Wildsteina odebrane. Piotr Najsztub w wywiadzie dla tygodnika „Przekrój” zapytał Wildsteina – „Ale pan jest w stanie zrozumieć człowieka, który nie był donosicielem, ale nie chce zaglądać do swojej teczki?”. Odpowiedź brzmiała: „Ja rozumiem taką rację, ale jej nie akceptuję”. To znamienna odpowiedź. Oto Wildstein nie akceptuje moich racji. Nie akceptuje i użyje wszelkich dostępnych mu środków, by zmusić mnie, bym do swojej teczki jednak zajrzał. To bolszewickie myślenie mające w sobie wiele z uszczęśliwiania na siłę. Nie mogę zaakceptować takiego myślenia.
„Czuję się jak Żydzi w czasie okupacji. Mam teraz nosić na ubraniu kolorowy trójkąt, że jestem na liście? A jak zostanę zweryfikowana, to zielony listek, że jestem niewinna?” – mówi jedna z bohaterek reportażu Wojciecha Staszewskiego „Ostatnia kolejka Peerelu” („Duży Format” z 14 lutego 2004). Ja także dzięki Wildsteinowi noszę na ubraniu kolorowy trójkąt. Nie mam jednak zamiaru uginać się pod jego szantażem i występować do IPN o certyfikat moralności. Taki certyfikat mogą mi wystawić tylko moje czyny lub moi przyjaciele. W żadnym zaś przypadku oficerowie SB za pośrednictwem dziennikarza lub archiwisty IPN.
Oczywiście znajdą się tacy, którzy kierowani wildsteinową logiką stwierdzą, że skoro nie chcę występować do IPN o status pokrzywdzonego, to najpewniej byłem agentem. Mogę na to odpowiedzieć tylko w jeden sposób – że posłużę się zgrabną formułą Jerzego Pilcha – „mam w dupie”.
Kiedy dowiedziałem się o tym zaskakującym wyczynie Bronisława Wildsteina wysłałem do niego maila. Napisałem: „jesteś bydlakiem”. Podtrzymuję to rozpoznanie.




Aktualizacja    ( 26.11.2006 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.91940 Seconds