|
Polskie debaty o
przyjęciu europejskiej waluty sprowadzają się najczęściej do
rytualnego pytania „kiedy?”. Przy tak postawionym problemie
możliwe są dwa warianty: albo szybciej, albo wolniej. Ostatnio w
rachunku pojawiła się nowa zmienna - referendum. Referendum w tak
ważnej kwestii jest potrzebne i uzasadnione, ale musimy zdawać
sobie sprawę, że pomysł ten nie zmienia nic istotnego w
parametrach debaty. Prawdziwe pytanie nie polega na tym, kiedy
przyjąć euro, ale jakie ma być to euro, które Polska
przyjmie. Chodzi nie tylko o tempo zmiany waluty, lecz również
o jej polityczną konstrukcję.
Pomysł, że
lekarstwem na kryzys będzie zmiana waluty, dałoby się może jakoś
zrozumieć, gdyby strefa euro była od kryzysu wolna. Tymczasem
widzimy, że zarówno Unia Europejska, jak i poszczególne
kraje także borykają się z kryzysem. W czymże więc mogłoby nam
pomóc przyjęcie ich waluty? Proponowanie przyjęcia euro
brzmi jak niezdarny unik rządu, albo jak kolejny przykład tej samej
szamańskiej ekonomii, którą od prawie dwóch dekad
serwuje się nam jako oczywistą oczywistość.
To jednak nie
wyczerpuje kwestii „co ma euro do kryzysu”. Dzisiejszy system
monetarny Unii Europejskiej nosi ślady ekonomii politycznej
obowiązującej na początku lat 90. Ustalone w traktacie z
Maastricht (1992) kryteria konwergencji stały się głównymi
wytycznymi zarówno polityki Europejskiego Banku Centralnego,
jak i rządów narodowych. Obejmują one m.in. walkę z
inflacją, długiem publicznym i deficytem budżetowym oraz fetysz
„niezależności” banku centralnego, pomijają zaś problemy
wzrostu gospodarczego, kosztów ekologicznych czy zatrudnienia.
Krótko mówiąc, wyrażają wąskie, neoliberalne
rozumienie gospodarczej integracji.
Wśród
ekonomistów z lewa i z prawa toczą się dyskusje dotyczące
racjonalności rozwiązań z Maastricht. Według Josepha Stiglitza
były one właściwą odpowiedzią na specyficzne problemy początku
lat 90. ubiegłego wieku. Rewolucja technologiczna umożliwiła
wówczas jednoczesną walkę z recesją i zmniejszanie deficytu
budżetowego. Błędem było natomiast utrwalanie polityki możliwej
i pożądanej w tym wyjątkowym momencie jako obowiązującego na
wieki wieków credo. Mówiąc obrazowo, jeśli
chemoterapia sprawdza się czasem w przypadku raka, to niekoniecznie
jest dobrym lekarstwem na nadciśnienie. Inni ekonomiści, do których
należy Amartya Sen, są wobec dogmatów z Maastricht o wiele
bardziej krytyczni. Ich zdaniem od samego początku ucieleśniały
one dwa aspekty neoliberalnej ideologii: ekstremizm antydeficytowy i
ekstremizm antyinflacyjny. Takie myślenie nie tylko nie sprawdza się
w dzisiejszych warunkach, ale od samego początku było błędne.
Dlatego próba
gwałtownego zastąpienia złotówki euro to zły pomysł.
Rząd, który nie ma najwyraźniej pomysłu na poradzenie sobie
z kryzysem, próbuje przerzucić odpowiedzialność na Unię
Europejską, która też jak dotąd nie ma pomysłu. Rząd
zachowuje się nieodpowiedzialnie wobec społeczeństwa, które
go wybrało. Wracając do naszej medycznej analogii, na problemy
wywołane wieloletnim serwowaniem chemoterapii jako leku na
nadciśnienie rząd proponuje… więcej chemoterapii.
Dziś, gdy cały
świat płaci cenę za nieodpowiedzialną politykę neoliberałów,
najwyższy czas zastanowić się, jak zmienić skonstruowane przez
nich instytucje. Pierwszym krokiem mogłoby być wpisanie do zadań
Europejskiego Banku Centralnego (wzorem amerykańskiej Rezerwy
Federalnej) celów społecznych, takich jak troska o
zatrudnienie i wzrost gospodarczy, oraz zapewnienie (wzorem Szwecji)
udziału związków zawodowych w kształtowaniu polityki
pieniężnej. Zwłaszcza to drugie rozwiązanie jest potrzebne.
Wysokość stóp procentowych jest nie tylko kwestią
techniczną, którą można pozostawić „ekspertom”. Jest
to także kwestia głęboko polityczna, gdyż każdorazowo przechyla
szalę bądź to na korzyść świata pracy, bądź to na korzyść
rentierów. Dlatego obie strony powinny być reprezentowane
przy ich ustalaniu.
Oczywiście samo
zobowiązanie EBC do kierowania się celami społecznymi to za mało
- Fed ma wszak taki obowiązek, a nie uchroniło to USA przed
kryzysem. Podobnie udział przedstawicieli świata pracy w tworzeniu
polityki monetarnej nie rozwiąże wszystkich problemów
stworzonych przez neoliberalizm. Może to
być jednak pierwszy krok w stronę sprawiedliwszego i bardziej
stabilnego porządku gospodarczego.
Ale, można zapytać,
czy między euro a złotówką jest wobec tego różnica?
Przecież także polska polityka gospodarcza oparta jest na
antyinflacyjnym i antydeficytowym ekstremizmie, a w Radzie Polityki
Pieniężnej ani śladu po przedstawicielach związków
zawodowych. Otóż właśnie przyjęcie euro może być dobrą
okazją, by poprawić te reguły gry. Jeśli Polska skłoniłaby Unię
Europejską do przedefiniowania konstrukcji EBC, znaleźlibyśmy się
w awangardzie europejskiej odpowiedzi na kryzys. Bylibyśmy krajem, z
którego możemy być dumni - krajem, który rozpocznie
debatę o naszej wspólnej europejskiej przyszłości.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...