To dobra wiadomość, że Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu postanowiło - ku ogólnemu zdziwieniu - zainteresować się wreszcie problemem nierównego dostępu do edukacji. Autorom „Strategii rozwoju edukacji na lata 2007-2013” chodzi, krótko mówiąc, o to, żeby było sprawiedliwiej. Jednak sposoby, jakie proponują dla osiągnięcia tego celu, świadczą o tym, że wkraczając na grunt tak obcy swoim rutynowym zainteresowaniom, nie ustrzegli się oni kilku złudzeń i błędnych założeń. Nierówności edukacyjne są rzeczywistym i dotkliwym problemem. Ale autorzy strategii chcą zaradzić temu problemowi za pomocą rozwiązań, które, łagodząc być może do pewnego stopnia jego objawy, oznaczałyby zarazem pogłębienie i utrwalenie jego przyczyn.
Najbardziej dyskutowanym (i najbardziej dyskusyjnym) pomysłem strategii jest propozycja wprowadzenia powszechnej odpłatności za studia wyższe. Zdaniem jego zwolenników na bezpłatne studia dostają się obecnie przede wszystkim dzieci z najzamożniejszych domów, których rodzice zainwestowali w korepetycje, dodatkowe lekcje i kursy przygotowawcze. Dzieci z rodzin niezamożnych, których nie było stać na takie przygotowania, dostają się najczęściej na studia płatne. Chodzi więc o to, żeby płacili ci, których na to stać, zaś system zwolnień z opłat i stypendiów socjalnych ma zagwarantować, że ci, których nie stać na płacenie za studia, będą mogli studiować za darmo. Środki na stypendia mają zostać uzyskane dzięki temu, że państwo zostanie częściowo zwolnione z obowiązku utrzymywania uniwersytetów, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczy na rozbudowany system stypendialny.
Jakie błędy kryją się w tym projekcie?
Po pierwsze, problemu nierówności edukacyjnych nie można rozpatrywać w oderwaniu od całokształtu nierówności społecznych. Według zwolenników płatnych studiów niesprawiedliwość obecnego systemu polega na tym, że ci, którzy mogliby płacić, nie płacą. Takie postawienie sprawy maskuje jednak i uprawomocnia znacznie bardziej fundamentalną niesprawiedliwość, jaką jest samo istnienie i pogłębianie się podziału klasowego. Nieprawdą jest, że nierówności społeczne w Polsce są czymś naturalnym i samo przez się zrozumiałym, na dodatek zupełnie niezależnym od działań i zaniechań kolejnych rządów. Złudzeniem jest pomysł, że można zaradzić nierównościom w dostępie do studiów, akceptując przy tym bez zastrzeżeń wzrost nierówności we wszystkich innych dziedzinach życia. Nierówności edukacyjne nie są jakąś wyizolowaną kwestią, lecz jednym z wielu - obok np. strzeżonych osiedli i powszechnego łamania praw pracowniczych - przejawów podziału klasowego w polskim społeczeństwie.
Po drugie, problemu nierównego dostępu do studiów wyższych nie można rozpatrywać w oderwaniu od całości systemu szkolnego. Przez ostatnie piętnastolecie szkoła w coraz mniejszym stopniu sprzyjała wyrównywaniu szans życiowych uczennic i uczniów, a w coraz większym - odtwarzaniu i pogłębianiu społecznych nierówności. Pogorszyło się zaopatrzenie bibliotek szkolnych, obniżyła się jakość podręczników. Reforma sprzed kilku lat zmieniła strukturę szkolnictwa, co jest sprawą drugorzędną, zamiast inwestować w nauczycieli i stwarzać im warunki do realizacji własnych twórczych pomysłów. Reforma programowa przesunęła akcent na kształcenie umiejętności i zainteresowań potrzebnych raczej konsumentom towarów i pracownikom nowoczesnych przedsiębiorstw niż obywatelkom demokratycznego państwa. Szkoła nie rozwija już umiejętności myślenia i nawyków intelektualnych wymaganych przez Uniwersytet. Szkoła jednocześnie nie nadąża za przemianami społecznymi (nie odpowiada na nowe potrzeby) i znajduje się w ich awangardzie (nowe podziały społeczne właśnie w szkole przejawiają się w sposób najostrzejszy). Nie są to jednak w żadnym sensie tego słowa „naturalne” procesy. Jeśli, jak twierdzą zwolennicy pomysłu płatnych studiów, edukacja szkolna nie zapewnia wiedzy niezbędnej do podjęcia studiów dziennych, to znaczy to również, że Ministerstwo Edukacji nie wywiązuje się ze swoich zadań. Zamiast się tym głośno chwalić, urzędnicy Ministerstwa powinni raczej zatroszczyć się o to, żeby szkoła zapewniała wszystkim uczniom i uczennicom edukację na godnym poziomie.
Po trzecie, problemów szkolnictwa nie można rozpatrywać w oderwaniu od ogólnej kondycji usług publicznych. Kryzys publicznej edukacji jest częścią szerszego procesu, polegającego na konsekwentnym wycofywaniu się państwa z kolejnych obszarów władzy i odpowiedzialności oraz związanym z tym przerzucaniu coraz to nowych zadań rządu na społeczeństwo i jednostki, zmuszane do zastępowania państwa w jego elementarnych funkcjach. Prywatyzacja dóbr publicznych wydaje się przejściowo służyć interesom najbogatszych, w dłuższym okresie jest jednak szkodliwa dla wszystkich, także dla nich. Wykształcenie obywatelek i obywateli, podobnie jak czysta woda, zdrowie publiczne czy bezpieczeństwo na drogach, leży w interesie wszystkich. Błędem jest traktowanie studiów wyższych jako usługi edukacyjnej przynoszącej korzyść tylko jej bezpośrednim konsumentom. Od jakości i powszechności wykształcenia zależy nie tylko dobrobyt kraju, lecz także jego polityczna kultura i prestiż. Oczywiście zamożniejsi powinni łożyć na edukację więcej niż mniej zamożni (w tym punkcie trzeba się zgodzić z autorami strategii), ale powinni to robić nie jako indywidualni konsumenci edukacyjnego „towaru”, lecz jako obywatele i obywatelki Rzeczypospolitej - płatnicy progresywnego podatku dochodowego.
Propozycja wprowadzenia powszechnej odpłatności za studia wynika zatem nie tylko z błędnego rozpoznania źródeł kryzysu edukacji publicznej, lecz również z braku wiedzy na temat tego, na czym polega dobra edukacja. Pomysłowi temu przyświeca niewłaściwy ideał, towarzyszy złe zdefiniowanie problemu i naiwna socjologia, zgodnie z którą kwestie społeczne można traktować jako wyizolowane problemy dopuszczające cząstkowe rozwiązania. Jest też przynajmniej w połowie niewiarygodny. Jeśli rząd obiecuje, że sięgnie do kieszeni obywateli, aby uzyskane w ten sposób środki przeznaczyć na system stypendialny, to można mu wierzyć tylko częściowo. Że trzeba będzie płacić za coś, co dotąd było bezpłatne - w to wierzymy, bo to dla nas nic nowego. Że rząd jest gotów podjąć jakieś nowe obowiązki - w to można i należy wątpić.
W „Strategii rozwoju edukacji” znajdują się też inne pomysły, pozwalające lepiej zrozumieć sposób myślenia jej autorów. Proponują oni np. „usprawnienie systemu zarządzania szkół wyższych (przy zachowaniu ich autonomii) z wykorzystaniem najlepszych praktyk stosowanych w gospodarce”. Nietrudno zrozumieć, że chodzi tu o podporządkowanie Uniwersytetu logice rynku. Logika propozycji „zachowamy autonomię, ale w taki sposób, żeby ją ograniczyć” stosuje się także do idei płatnych studiów: „zmniejszymy nierówności, ale w taki sposób, żeby je zwiększyć”.
Rosnące nierówności edukacyjne (i inne) są faktem. Fakt ten przedstawiany jest przez rządzących jako „zły los”, który spadł na nas nie wiadomo skąd i na który niewiele można zaradzić. Ale to nie jest zły los. To jest zła polityka.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...