|
Znamy już oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych. Znamy też pierwsze ich interpretacje, poznaliśmy nawet pierwszego kandydata na stanowisko premiera. Ostateczne zwycięstwo formacji braci Kaczyńskich, która na samym finiszu prześcignęła prowadzącą prawie do końca w sondażach Platformę Obywatelską, część komentatorów przypisuje nagłemu zwrotowi w lewo, jaki dokonał się w retoryce PiS-u pod koniec wyborczej kampanii. To, że właśnie tak odczytano zachowanie przedwyborcze PiS-u może świadczyć tylko o tym, jak źle z lewicą i lewicowym językiem jest w Polsce.
To znamienne, że opublikowaną na łamach „Faktu” propozycję skierowaną do lewicowych wyborców Lech Kaczyński rozpoczął od przedziwnej, jak na warunki dzisiejszego politycznego dyskursu, apoteozy PRL-owskiej codzienności („Polski teatr miał w latach 60. swój wspaniały okres”, „na polskie filmy chodziło się z przyjemnością i fascynacją”). Dzięki temu zabiegowi retorycznemu, każdy z nas mógł choć przez chwilę poczuć się niczym w ogniu debat dekomunizacyjnych z początku lat 90. Potem co prawda następowała seria spraw nieco bardziej dziś istotnych dla szeroko pojętej lewicy niż stan polskiej kinematografii 40 lat temu, jednak większość z nich została w kuriozalny sposób zdementowana przez Jarosława Kaczyńskiego. Winą za ich umieszczenie w tekście obarczono przemęczonego współpracownika, zapewniając przy tym o całej sympatii dla redakcji „Faktu”, która nadała tekstowi dość niefortunny tytuł („Mam ofertę dla lewicy”).
Ten, wydawałoby się, drobny incydent pokazuje, w jakich podziałach najlepiej czują się Kaczyńscy. Najłatwiej wszak walczy się z wrogiem samodzielnie spreparowanym. Idealna lewica to dla nich mniej lub bardziej uwikłani w system postkomuniści. Taka właśnie lewica jest dla partii Kaczyńskich niezbędna, bo to dzięki niej mogą oni prezentować się w dyskursie publicznym jako przeciwstawieni spadkobiercom UB - spadkobiercy AK (co zyskało symboliczne wzmocnienie w postaci Muzeum Powstania Warszawskiego).
Dlatego najlepszym pomysłem na przejęcie w przyszłości władzy od partii Kaczyńskich nie powinno być odwoływanie się do strachu przed prawicowymi czystkami, strachu odwołującego się do wspólnych zasobów postkomunistycznej pamięci („co oni tu chcą dekomunizować, przecież wszyscy pamiętamy, że w PRL nie było wcale tak najgorzej”), ale przedstawienie szeroko zakrojonego programu zmian.
Mimo ciągłego wołania o nowym początku, liderzy PiS-u nieustannie reprodukują w polu politycznym podział, który stworzył podwaliny III RP. Wydawało się, że podział ten odszedł w polityczny niebyt wraz ze zwycięstwem pragmatycznej retoryki SLD cztery lata temu. Kompromitacja SLD przyczyniła się również częściowo do kompromitacji tej retoryki, (którą dużą część przejęła PO, stąd ten blisko 40-procentowy przepływ elektoratu z SLD do PO) i tym samym umożliwiła powrót do języka z pierwszej połowy lat 90.
Na nowego Ministra Finansów PiS szykuje dr Cezarego Mecha. Opracowany przez zespół pod jego kierunkiem program naprawy finansów publicznych „Rozwój przez zatrudnienie” mógłby stać się ciekawym punktem wyjścia do prawdziwej debaty na temat kierunków rozwoju naszego kraju. Pozostaje jednak problem, jak realizować aktywną politykę gospodarczą państwa bez tak podstawowych instrumentów nowoczesnej polityki gospodarczej, jak chociażby sprawnie działające raportowanie budżetowe. Podejrzewam niestety, że gdy za rok koalicji przyjdzie pisać własny projekt budżetu, będzie on zdumiewająco podobny do tegorocznego.
Zobaczymy tym samym, czym w istocie był skomasowany atak PiS-u na program gospodarczy PO, która pod wziętym z sufitu hasłem „3x15” schowała wiele podobieństw do programu PiS (np. szereg „Narodowych programów” dotyczących różnych dziedzin życia czy nieustanne odwołania do zasady „solidarności społecznej”) i co więcej broniła tego niedorzecznego hasła niczym niedoszły „premier z Krakowa” ustaleń traktatu nicejskiego. Zobaczymy, czy była to tylko sprytna przedwyborcza zagrywka, która miała jedynie pomóc w prześcignięciu PO w wyborczym wyścigu o fotel premiera czy początek politycznego sporu o gospodarkę. Obawiam się, że niestety tym pierwszym. Mało kto dziś pamięta, ale po wyborach w 1991 roku, gdy Jarosław Kaczyński przygotowywał się do objęcia fotela premiera (który w efekcie przypadł Janowi Olszewskiemu) na swojego ministra finansów typował podobno Jana Winieckiego, przy którym Leszek Balcerowicz to otwarty na polityczno-gospodarczą debatę socjalista. Każdy może zmieniać poglądy, z tym większym zainteresowaniem śledzimy poczynania nowej koalicji.
Najniższa w III RP wyborcza frekwencja potwierdziła, że wyborcy w coraz mniejszym stopniu odnajdują się w podziałach i sporach organizujących polską scenę polityczną. Narzekanie na niską frekwencję stało się już rodzajem powyborczego rytuału. Na ogół towarzyszy mu utyskiwanie na niski poziom klasy politycznej.
Amerykańscy publicyści podobno uważają, że jeżeli ludzie nie chodzą na wybory, to znaczy że w kraju dobrze się dzieje, bo nie mają przeciw czemu protestować. Wystarczy spojrzeć na bardziej szczegółowy rozkład frekwencji, żeby w odniesieniu do ostatnich wyborów tezę tę natychmiast obalić, im dalej od dużych ośrodków miejskich, tym frekwencja niższa. Regiony dotknięte najwyższym bezrobociem, jak Warmia i Mazury, to również regiony, w których frekwencja wyborcza była najmniejsza. Ta nieprzypadkowa zbieżność pokazuje, że aktywizacja obywatelska nie może kończyć się na działalności organizacji pozarządowych (których liczba przecież stale rośnie, jest ich już ponad 50 tysięcy), czy czekaniu na wzrost PKB (od 1989 roku frekwencja w wyborach parlamentarnych nieustannie spadała niezależnie od wahnięć koniunktury gospodarczej). Obywatele powinni też mieć poczucie, że politycy wnoszą do publicznej debaty sprawy dla nich istotne, a nie reprodukują podziały, w których czują się dobrze już tylko oni sami.
Na podobny temat
|
Weiniger opowiada seksizmy, a feminis...
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...