|
W wigilijnej
„Gazecie Wyborczej” Michał Cichy przeprosił powstańców za swój artykuł „Polacy
- Żydzi: czarne karty Powstania”, opublikowany w 1994 roku w „Gazecie”.
Czytając te przeprosiny, odnoszę nieodparte wrażenie, że oto historyk składa w
hołdzie powstańcom rzetelność swojej dziedziny naukowej. Co gorsza, robi to w
momencie, gdy władze jego kraju uchwalają ustawę zawierającą następujące
słowa: „Kto publicznie pomawia Naród
Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne
bądź nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3” (art.
55a ustawy o IPN).
Czym zatem był
artykuł Cichego z 1994 roku? Otóż był on również przeprosinami - wówczas Cichy
przepraszał za recenzję książki Calka Perechodnika „Czy ja jestem mordercą?”.
Książka Perechodnika jest wyrazem rozczarowania Żyda w czasach Zagłady -
rozczarowania postawami Niemców, Polaków i Żydów, rozczarowania własnymi
postawami. Perechodnik nie waha się pisać o wszystkich okrucieństwach, jakich
był świadkiem w tych mrocznych czasach. W recenzji Michał Cichy napisał, że
Perechodnikowi udało się przeżyć Powstanie, w czasie którego „AK i NSZ wytłukły
mnóstwo niedobitków z getta”. Po przeczytaniu samego Perechodnika język
recenzenta nie wyda się wcale oskarżający - wydaje się delikatnie oddawać to,
co było codziennością dla wielu Żydów ukrywających się w Warszawie.
W tekście „Polacy -
Żydzi: czarne karty Powstania” Cichy przeprasza za to sformułowanie, a
jednocześnie podaje przykłady licznych zbrodni na Żydach dokonanych przez
Polaków w czasie Powstania. W listach, które w odpowiedzi na artykuł napłynęły
do „Gazety Wyborczej”, znaleźć można więcej takich przykładów. Miały one uświadomić
czytelnikom, do czego odnoszą się słowa Perechodnika i słowa jego recenzenta.
Artykuł w ani jednym miejscu nie oskarżał wszystkich uczestników Powstania o
dokonanie tych zbrodni ani nawet o przyzwolenie na nie.
Dlaczego zatem dziś
Michał Cichy czuje potrzebę przeproszenia za tamten niezwykle koncyliacyjny
artykuł? Pisze on, że w 1994 roku działał „jak lustrator, przekonany, że prawda
ponad wszystko - ponad pokój i ponad ludzki ból”. Czy czytając „Czarne karty
Powstania” będzie odczuwał ból ktoś, kto w tamtym czasie przeciwstawiał się
antysemityzmowi w niektórych formacjach AK i NSZ? Czy zmąci on pokój człowieka,
który pomagał Żydom, narażając się na represje ze strony opisywanych przez
Cichego dowódców? Zwykle ludzie porządni nie są skłonni stosować wielkich
kwantyfikatorów w odniesieniu do własnej grupy. Wręcz przeciwnie - świadomość
istnienia czarnych owiec czyni ich los jeszcze bardziej bohaterskim. Dlatego
też odsłanianie „czarnych kart” ma niezwykły walor edukacyjny. Tylko dzięki nim
zrozumiemy prawdę o tych, którzy zachowali się godnie.
Michał Cichy swojego ostatniego artykułu w 2006 roku nie
poświęcił jednak harcerzom wyzwalającym Gęsiówkę, Żegocie czy Irenie
Sendlerowej. Zamiast tego złożył samokrytykę, sugerując, że samo pisanie o
„czarnych kartach” jest w istocie swojej złe. W ten sposób to teraz, a nie
przed 12 laty, stał się historycznym lustratorem. Tylko lustratorzy nie
dostrzegają w ludziach zmienności, nie rozumieją historycznych warunków i
społecznego zróżnicowania. Fakt staje się dla nich prawdą o historii,
teraźniejszości i przyszłości. Lustrator na podstawie dawnych faktów oskarża
całe grupy: łże-elity, wykształciuchów, wnuków KPP. Własną historię lustrator
traktuje tak samo. Historia zbrodni w Jedwabnem czy w Radziłowie jest dla niego
„obrazą narodu polskiego”, a nie poszerzeniem naszej wiedzy o nieznane dotąd
fakty. Zamiast potępić zbrodniarzy ze swojej grupy, lustrator sięga do grupy
obcej - szuka żydowskich prokuratorów w Anglii, zapominając o polskich
prokuratorach wiodących spokojne życie w jego kamienicy. Dlatego też lustrator
w gruncie rzeczy boi się faktów. Historyk faktów się nie boi, bo nie musi
wyciągać z nich bieżących politycznych uogólnień.
Ważny jest też moment, w którym Cichy publikuje swoją
samokrytykę. IV Rzeczpospolita od swych początków marzy o pojednaniu z Żydami.
Nie ze wszystkimi jednak. I na zupełnie nowych warunkach. Ma to być swoisty
sojusz religijno-neokonserwatywny, w którym Polska chce występować w roli
głównego europejskiego sojusznika Izraela, a w zasadzie tylko jego
„jastrzębiej” części. Lech Kaczyński już w pierwszym dniu po wyborach
podkreślił, że wzorem dla jego prezydentury ma być postać Ariela Szarona. Za
tym fikcyjnym pojednaniem ma też stać odpowiednia narracja historyczna: Polacy
zawsze ratowali Żydów, a Żydzi zawsze popierali polską niepodległość. W samym
Muzeum Powstania Warszawskiego pojawia się plansza o Żydach walczących w
Powstaniu Warszawskim. Choć mało kto wspomina dziś, że najczęściej walczyć oni
musieli w AL. O „czarnych kartach” nie ma oczywiście mowy.
Architekci polityki historycznej IV RP będą mieli jednak nie
lada problem. Historii stosunków polsko-żydowskich nie tworzą dziś sami Polacy.
Jest też druga strona - ta, która nie akceptuje endeka jako polskiego ministra
edukacji (izraelska dyplomacja już interweniowała w tej sprawie); która
przekazuje swoim uczniom historie o pogromach w polskich miasteczkach i mordach
na Żydach w czasie wojny. I nie chodzi tu tylko o garstkę polskich Żydów, lecz
również Żydów z Izraela, Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej. Ich dzieci
coraz częściej pojawiają się w Polsce, odwiedzają polskie muzea i miejsca
pamięci. Jaką wizję przeszłości przekażą im architekci IV RP przemilczający
„czarne karty”? Czy w tej historii obok Ireny Sendlerowej i „Żegoty” znajdzie
się też miejsce dla szmalcowników, dla niechęci AK wobec partyzantów żydowskich
na białostocczyźnie, dla pogromowców z Radziłowa? Tego rodzaju wielogłosowej
historii nadal brakuje.
Badania, które przeprowadziło
Forum Dialogu między Narodami w trakcie spotkań młodzieży polskiej i żydowskiej
dowiodły, że młodzi Polacy i Żydzi nie potrafią ze sobą rozmawiać o
przeszłości. Próby rozmawiania o historii prowadzą do wiecznego ścierania się
dwóch wyidealizowanych narracji. Po takich spotkaniach młodzi Polacy i Żydzi
stają się jeszcze bardziej do siebie uprzedzeni. Dzieje się tak głównie
dlatego, że młodzi Polacy nie potrafią mówić o różnorodności zachowań w czasach
Zagłady - o Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, ale też o tym, że nie każdy
potrafi ryzykować własnym życiem. O tych, którzy nawet w „epoce pieców” marzyli
o Polsce bez Żydów. A to jest niestety historia, którą poznają od swoich
dziadków młodzi Żydzi. Więc jeśli dziś Michał Cichy każe przemilczać historię,
to pewnie za dziesięć lat będzie musiał przepraszać potomków żydowskich ofiar,
którzy nie znajdą wspólnego języka z młodymi Polakami. Przeprosić też będzie
musiał historyków, gdyż jego ostatni artykuł odbiera historii jakiekolwiek
pozory naukowości.
Na podobny temat
|
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...
Teraz mięso jest bardzo zdrowe i jaje...