|
Godność (ale tylko ta zewnętrzna, do tego koniecznie urażona!) nie przestaje być kluczową kategorią polskiej polityki. Kiedyś stanowiła głównie problem braci Kaczyńskich, choć miewała – jak przy aferze „kartoflanej” – międzynarodowe konsekwencje. Dziś tej tradycji dzielnie broni nie tylko Anna Fotyga („napluto nam w pysk”), ale już niemal wszystkie strony sporu.
Wszyscy bronią honoru polskiego żołnierza. Ostatnio do posłów PiS i publicystów kilku prawicowych portali dołączył minister Jerzy Miller, zapowiadając walkę o dobre imię dowódcy lotnictwa – status pasażera (cóż, że w kabinie pilotów…) ma go chronić przed zniesławieniem. Bo zgodnie z prawem nie wolno publikować informacji o stanie pasażerów przed katastrofą – także tych o zawartości alkoholu we krwi. Czy cokolwiek z tego „godnościowego” wyścigu wynika? Dla naszej polityki i – co równie ważne – dla realnego „polskiego żołnierza”, o którego tak mocno zabiegają już nie tylko Beata Kempa z Antonim Macierewiczem?
Wygląda na to, że tzw. strona polska (rząd i przybudówki) postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i „odzyskać podmiotowość”. Tyle że na poziomie czysto PR-owskim. Bo jak inaczej potraktować wczorajszą konferencję prezentującą nagrania z wieży kontrolnej? Usłyszeliśmy tam na własne uszy, że na lotnisku panował niewyobrażalny chaos decyzyjny, że „koszarowy” język skrywał panikę i bezradność kontrolerów, że wywierano na nich presję silniejszą niż mogli wywrzeć nasi pasażerowie na naszych pilotów, wreszcie – że smoleńskie radary pomagają zorientować się czy ktoś leci, czy nie leci, ale na pewno nie służą do sprowadzania na ziemię samolotu we mgle. Coś nowego? Aha, i jeszcze że MAK w swoim raporcie o tym nie napisał. Ale to chyba też już wiedzieliśmy. Część z tych informacji znali też polscy piloci przed wylotem.
Polska konferencja miała stanowić kontrę do wywodów MAK i przekonać świat o jego stronniczości. Być może i słusznie, bo część zagranicznej prasy trochę zbyt dobrze bawiła się przy relacji o pijanym dowódcy lotnictwa. Problem w tym, że po pierwsze, wojnę wizerunkową z Rosją w zagranicznych mediach wygrać będzie trudno – sensowniejsze byłyby próby dyplomatycznego uprzedniego wypracowania jakiegoś „wspólnego komunikatu”, który by nas nie upokarzał, a i pozwoliłby Rosji wyjść z tego z twarzą. Po drugie – i dużo ważniejsze – dla rosyjskich pragmatyków (cyników, jeśli kto woli) u władzy, łatwiejsze byłoby przełknięcie zniuansowanej wersji wydarzeń, gdyby Polska stanowiła dla nich realny podmiot polityczny w Europie. Na przykład taki, który ma konkretny pomysł, jak działać na rzecz wzmocnienia wspólnej polityki zagranicznej i obronnej UE; który potraktuje wspólną politykę energetyczną jako gwarancję także swojego bezpieczeństwa, ale niekoniecznie – sojusz antyrosyjski.
Nasza obecna bezradność w relacjach z Rosją – także w potyczce o wizerunek i symboliczną odpowiedzialność za katastrofę – jest konsekwencją braku realistycznej wizji polityki europejskiej a nie – czyjegoś „tchórzostwa” czy „zaprzaństwa”. Zorganizowana głównie przez wojskowych konferencja miała jednak jeszcze jeden aspekt. Wykazanie niewątpliwych błędów Rosjan, tragicznego stanu ich infrastruktury, wreszcie arogancji ich urzędników – to wszystko niebezpiecznie odwraca uwagę od problemów po naszej stronie i od naszej odpowiedzialności (której rozmiar notabene minister Miller potwierdził). Obrona „dobrego imienia” polskich pilotów i polskiego wojska w ogólności przykrywa fakt, że w wielu obszarach znajduje się ono w tragicznym stanie – i nie chodzi tu o abstrakcyjne „zaniedbania”.
Tygodnik „Wprost” opisał niedawno skandaliczne praktyki w 36. pułku lotniczym – piloci elitarnej jednostki… okradali państwo fałszując faktury za taksówki i lewe noclegi; podwładnych korumpowali przełożeni. O stanie szkoleń, zgraniu pilotów i relacjach personalnych powiedziano już wystarczająco wiele. Czy to wszystko są kwestie techniczne, kwestie słusznej, acz nieco jałowej mantry „zwiększania nakładów”? Nie – stan 36. pułku (ale także np. środków na nawigatorów) to kwestia hierarchii wartości i zadań. Polskę stać było na zakup F-16 praktycznie bez offsetu, stać było również na wysłanie kilku tysięcy żołnierzy na dwie wojny, które mają równie wiele wspólnego z zaprowadzaniem pokoju i demokracji, co z interesem naszego państwa. Nie zabrakło nawet na etaty kapelanów garnizonowych. Ostatnie trzy ekipy rządzące nie widziały nic niestosownego w tym, by polski „korpus ekspedycyjny” walczył za interesy wielkiego mocarstwa. Wojsko służyć miało wzmacnianiu „pozycji Polski na arenie międzynarodowej”. Może zamiast bronić „honoru” wojska, pożyteczniej będzie przemyśleć jego rolę? Służba powodzianom i skuteczne lądowania czci nie ujmują – katastrofy „na nieludzkiej ziemi” dodają jej tylko w chorej wyobraźni.
Tekst ukazał się na portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)