|
Związki zawodowe uszczęśliwiają pracowników na siłę – nie po raz pierwszy słyszymy ten argument w ostatnich latach. Podobnie jak ten, że ludzie mają prawo wybierać, gdzie, za ile i u kogo będą pracować. Przy okazji dyskusji rządowego pakietu ustaw zdrowotnych użyto wciąż żywych w Polsce haseł wprowadzenia wolnego rynku w obszar usług publicznych.
Konstytucyjne prawo wyboru – kiedy hasło to pada w debatach społeczno-gospodarczych, włączyć się powinno światełko ostrzegawcze. Gdy dotyczy rynku pracy – należy podnieść alarm. Bo chyba żaden slogan i żadna szlachetna formuła nie służyły równie często realizacji celów nieszlachetnych. Ostatecznie dziesięcioletnie dziecko w manchesterskiej fabryce bawełny też miało kiedyś konstytucyjne prawo wyboru – czy chce pracować 14 godzin na dobę 7 dni w tygodniu, czy może woli umrzeć z głodu. To właśnie związki zawodowe postanowiły je „uszczęśliwić na siłę” i ograniczyć swobodę przedsiębiorcy.
To oczywiście przykład skrajny i, miejmy nadzieję – anachroniczny. Dziś, przynajmniej w naszym świecie, małe dzieci raczej nie pracują, a już na pewno nie tak długo. Ale niektórzy pracują po 300 godzin w miesiącu – to po odliczeniu weekendów daje nieco poniżej 15 godzin na dobę. Nie skłania ich do tego pracoholizm czy inny masochizm, ale katastrofalnie niskie stawki płacy za godzinę. A także wciąż akceptowana patologia zmuszania ludzi do przechodzenia na samozatrudnienie, żeby nie płacić za nich świadczeń przez zyskujących na tym przedsiębiorców. Samozatrudnieni mają sami płacić za swoje ubezpieczenia, prowadzić księgowość i tracą szereg praw pracowniczych. Dodajmy, że inną konsekwencją takich „reform” są mniejsze wpływy ze świadczeń do systemu emerytalnego, a ponieważ samozatrudnienie służy z kolei wysoko zarabiającym do uciekania od płacenia wyższych podatków – rośnie dziura budżetowa. I dlatego właśnie sejmowy protest pielęgniarek z OZZPiP przeciwko
możliwości zatrudniania pielęgniarek na kontraktach należy poprzeć z
całą mocą.
Zwolennicy rządowej reformy twierdzą, że spełnienie ich postulatów grozi utratą pracy kilku tysięcy osób. A czym grozi ich niespełnienie? Zatrudnianie „kontraktowe” oznacza faktyczny brak kontroli nad liczbą godzin pracy pielęgniarki/pielęgniarza/położnej w miesiącu. To nie jest tylko kwestia praw pracowniczych (horrendalne obciążenia ilością pracy nierzadko bywają skutkiem nacisku pracodawcy, zwłaszcza jedynego w okolicy), to także problem bezpieczeństwa pacjenta, obsługiwanego przed nie zawsze z własnej winy nadaktywną (2 dyżury, a może 3 z rzędu?) pielęgniarkę? O przerzucaniu kosztów składek („wyrównywanych”, choć nie zawsze, wyższym wynagrodzeniem) nie warto nawet wspominać.
Argumenty o zaletach „pracy elastycznej” powtarza się jak mantrę od wielu lat – zwłaszcza w kontekście zbyt niskiego zatrudnienia. Bo przecież im elastyczniej, tym chętniej pracodawcy zatrudnią. Koszty psychospołeczne, jak ogólny wzrost poczucia niepewności, a także ekonomiczne – niemożność planowania wydatków na dłuższą metę – zazwyczaj toną w morzu zachwytów nad „wolnościowymi” zaletami płynnego kapitalizmu.
W przypadku zawodów medycznych dochodzi kwestia dużo poważniejsza – choć prawa pracownicze, których bronić jest zadaniem związku zawodowego, grają wciąż istotną rolę, zwłaszcza w tak mało uprzywilejowanej grupie, jak pielęgniarki i położne. W służbie zdrowia priorytetem jest dobro pacjenta – w tym wypadku doskonale zbieżne z interesem pracownika. Jak można o nie zadbać? Np. wprowadzając normy minimalne personelu medycznego w przeliczeniu na liczbę pacjentów – dziś obowiązują w placówkach publicznych, a w skomercjalizowanych już nie. Stwarza to możliwość cięcia kosztów na obsłudze (mniej pielęgniarek na oddział) przez niepubliczne ZOZ, co bardzo pogarsza sytuację pacjenta i bardzo poprawia księgowy bilans spółki. Zmiana tego stanu rzeczy (tzn. przywrócenie równych, cywilizowanych standardów dla placówek niepublicznych i publicznych) sprzyjać będzie złagodzeniu jeszcze innego problemu – brutalnej konkurencji o pracę w zawodzie. Większa podaż pracy w oczywisty sposób poprawia sytuację pracowników, zmuszając pracodawcę do polepszenia jej warunków. A że to sztuczna regulacja (wymuszanie zatrudnienia na placówkach), zaburzenie konkurencji? Jeden z bardziej kompetentnych ekspertów medycznych w Polsce wskazywał kiedyś, że szpital to nie sklep z gwoździami, tylko instytucja pożytku publicznego (w sensie potocznym).
Etaty dla pielęgniarek, normy liczby godzin pracy w tygodniu, ale także normy zatrudnienia w przeliczeniu na pacjenta – o to wszystko warto walczyć do skutku. Jeszcze kilka lat temu w Białym Miasteczku obecna minister zdrowia wspierała pielęgniarki i położne w walce o godne warunki pracy – i przyzwoite standardy dla pacjentów. Dziś premier mówi o „przesadzie” – a propos okupacji przez OZZPiP sejmowej galerii. Zawsze to jakiś postęp, skoro Jarosław Kaczyński wywodził kiedyś, że niezjedzenie kolacji to jeszcze nie głodówka. Od siły nacisku – związków, mediów, partii politycznych – zależeć będzie, czy wnioski rządu z protestów z 2007 zatrzymają się na kwestii stylu.
PS. Kobiety z OZZPiP, KP jest z Wami!
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)