|
Sikorski mówi „tak” Fotydze – tabloid by lepszego nagłówka nie wymyślił. Debata Ministra Spraw Zagranicznych z poprzedniczką zapowiada się wyśmienicie. „Dorzynanie watahy” kontra „plucie w pysk”, amerykańskie salony kontra żoliborskie pokoje, perfekcyjna angielszczyzna kontra… Chyba wystarczy. Minister się zgodził, czekamy na sztab wyborczy PiS – gdziekolwiek by się starcie odbyło, radości nas czeka co niemiara. Bon moty w sam raz na plebiscyt Srebrne Usta, ujęcia krzywych min prosto do Demotywatorów, czy innego Kwejka. No i medialna „agenda dnia”, jak mawia ekspert Mistewicz, gwarantowana.
Nie wiem, co dokładnie powiedzą w debacie przedwyborczej Radosław Sikorski i Anna Fotyga; nie wiem nawet, czy ich spotkanie faktycznie się odbędzie. Jestem jednak silnie przekonany, że nie ma najmniejszego sensu – przynajmniej z punktu widzenia przyszłości polskiej polityki zagranicznej. Nie tylko dlatego, że jedne media zechcą z niego uczynić upokarzający i ośmieszający – dla jednej strony – spektakl, a drugie zaprezentują je jako przesłuchanie zdrajcy i zaprzańca. I nie tylko dlatego, że ministra odpytywać powinni ludzie kompetentni – chętnie zobaczyłbym starcie Sikorskiego np. z Markiem Cichockim i Włodzimierzem Marciniakiem (niech będzie z telefonem do przyjaciela, w tej roli Bartłomiej Sienkiewicz). Nie dlatego wreszcie spór Fotygi z Sikorskim nie ma sensu, bo utrwala pogląd, jakoby w tym kraju były tylko dwie partie (choć nie ma wątpliwości, że ich twitterowo-telewizyjne przepychanki głównie temu celowi służą).
Zapowiadaną debatą nie warto byłoby w ogóle się zajmować – gdyby nie to, że Radosław Sikorski i Anna Fotyga reprezentują dominujące w Polsce figury polityki zagranicznej, wzajemnie utwierdzające się we własnej słuszności. Pragmatyczna i realistyczna ochrona obiektywnych interesów w postpolitycznym świecie kooperacji z jednej, idealistyczno-romantyczna walka o uratowanie duszy i ciała narodu przed egzystencjalną apokalipsą (a przy okazji wyzwolenie paru narodów spod jarzma azjatyckiej tyranii) z drugiej strony.
W tym układzie Radek Sikorski nie musi w zasadzie nic robić ani nawet tłumaczyć – wystarczy, że nie jest ośmieszaną (nie bez własnej winy) na każdym kroku Anną Fotygą. I analogicznie – „pragmatyczna” opcja polityki zagranicznej PO nie musi się uzasadniać, wystarczy, że nie jest histeryczna, nacjonalistyczna, nie odwołuje się do starych resentymentów i zamiast wstecz (Katyń, Palmiry…), śmiało spogląda w przyszłość. Nie podoba się? A może wolicie spór o krzesła, nierentowne Możejki i kartoflane karykatury? Problem w tym, że świat się nam ostatnio, mówiąc delikatnie, skomplikował. I w tej sytuacji przydałby się ktoś inny niż Jarosław Kaczyński z Anną Fotygą, kto postawiłby Radkowi Sikorskiemu kilka ważnych pytań.
Zamiast o raj utracony tarczy antyrakietowej – pytanie o to, jak minister widzi przyszłość bezpieczeństwa Europy, oczywiście poza frazesami o partnerskiej współpracy z USA, wzmacnianiu wymiaru obronnego UE i dialogu z Rosją. Czy powinna powstać wspólna europejska armia, kto za nią zapłaci i dokąd mogłaby pojechać w razie potrzeby? Czyich właściwie interesów i wartości bronią Polacy w Afganistanie – i czy mają pomysł, jak stamtąd wyjść? Których dyktatorów zamierzamy bronić, których potępiać, a o których milczeć?
Zamiast o kondominium rosyjsko-niemieckie – pytanie o to, czy francusko-niemiecki rząd gospodarczy to dla nas na pewno dobry pomysł, jak powinny wyglądać jego kompetencje i ile podmiotowości gospodarczej będziemy skłonni mu oddać, jak już (kiedy?) przystąpimy do strefy euro. Kiedy podpiszemy w całości Kartę Praw Podstawowych; których imigrantów będziemy przyjmować, których odsyłać, a o których spróbujemy zapomnieć, że istnieją?
Zamiast o rosyjskie plucie w polską twarz – pytanie o to, jakie są właściwie nasze cele na Wschodzie. Demokracja na Ukrainie, Ukraina w Unii, Ukraińcy bez wiz w Polsce, Ukraina-nie-z-Rosją? Demokracja na Białorusi czy resztki białoruskiej suwerenności? A może los mniejszości polskiej (z którego Związku?) na Białorusi i Litwie? Na czym polega partnerstwo z Ukrainą, która polskiego partnerstwa nie potrzebuje, i partnerstwo z Rosją, której po niedawnym zespawaniu Nord Stream nie jesteśmy niemal do niczego potrzebni? I jak możemy się stać potrzebni na Wschodzie komukolwiek?
Po latach „konsensusu elit” w kwestii integracji ze strukturami zachodnimi, transformacji gospodarczej i budowy „Zachodu na Wschodzie” nadeszła IV RP, której ekscesy skompromitowały ideę sporu o politykę zagraniczną. W wydaniu PiS (przy ochoczym udziale PO korzystającej z histerii przeciwnika) służył on mobilizacji elektoratu wokół wizji Polski otoczonej przez nowy Pakt Ribbetrop-Mołotow (notabene pojęcia tego użył ówczesny minister obrony narodowej… Sikorski). Rzecz w tym, że dziś potrzebujemy sporu politycznego o politykę zagraniczną, w którym określimy wartości, cele, a dopiero potem środki. Bo jaki sens ma np. spór o skuteczność Partnerstwa Wschodniego, skoro nie wiemy, co chcemy nim osiągnąć?
Skończyły się oczywiste oczywistości – nie wiemy, co z Unią, co ze Wschodem, co ze światem. Niech ktoś te właśnie pytania Radkowi Sikorskiemu wreszcie zada. Ktoś, kto niekoniecznie zna wszystkie odpowiedzi.
Felieton ukazął się na portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)