|
Wielka Brytania to kraj „dwóch
narodów, które nie mają ze sobą kontaktu i nie czują do siebie
sympatii; które nie wiedzą o swoich zwyczajach, uczuciach ani
myślach – tak jakby zamieszkiwały osobne strefy albo żyły na
innych planetach; to biedni i bogaci”. Tego nie napisał Karol
Marks ani nawet żaden poczciwiec z Partii Pracy. To słowa
XIX-wiecznego premiera Benjamina Disraelego, najwybitniejszego
brytyjskiego konserwatysty i prekursora idei Jednego Narodu, który
rozumiał, że nadmierne nierówności mogą największą choćby
potęgę doprowadzić na skraj katastrofy. Nic z tego nie rozumie
natomiast David Cameron.
O co chodzi? Oczywiście o Londyn i
zamieszki, największe od czasu słynnych rozruchów w Brixton w
1981, które proroczo przepowiedział m.in. zespół The Clash. Choć
akurat do dzisiejszych wydarzeń bardziej pasują słowa innego jego
utworu – London’s burning. Kilka osiedli brytyjskiej stolicy
faktycznie płonie – i nie są to wyłącznie znane z francuskich
przedmieść kontenery na śmieci czy samochody, ale także kioski,
sklepy i całe budynki. Do wczoraj wiadomo było o co najmniej jednej
ofierze śmiertelnej. Grupy (nieraz bardzo) młodych ludzi plądrują
i demolują wszystko, co jakkolwiek kojarzy się z „normalnym”
społeczeństwem, ale także z konsumpcją. Czyli z dwoma zjawiskami,
z którymi sami mają stosunkowo niewiele wspólnego, bo i ze świata
konsumpcji, i z normalnych więzi społecznych już dawno zostali wykluczeni.
Żeby było jasne – burdy w Tottenham
i innych okolicach to nie początek społecznej rewolucji, a młodzi
rabusie i podpalacze to nie polityczna awangarda wykluczonych.
Najbardziej poszkodowani są ich sąsiedzi, zazwyczaj o niewiele
lepszym statusie – stale zagrożeni spadkiem do podklasy drobni
przedsiębiorcy, pracownicy usług albo wieloletni bezrobotni.
Zamieszki niszczą i tak podupadłą infrastrukturę, nie wspominając
o tym, że młodzi mieszkańcy przedmieść już niemal wszystkim
„przyzwoitym obywatelom” kojarzyć się będą z hordą wandali.
Problem nie polega więc na tym, że
premier Cameron zapowiedział zwiększenie sił policyjnych w
Londynie – ponoć do 16 tysięcy ludzi. Problem polega na tym, że
tylko dotąd sięga dla niego horyzont tej sprawy. No chyba że
dodatkowe kompanie policji nie wystarczą, wówczas Wielka Brytania
stoczy wielką debatę: użyć gazu, armatek wodnych i plastikowych
kul czy nie użyć. Jastrzębie zażądają godziny policyjnej, a
gołębie udziału większej liczby pracowników socjalnych. Lider
torysów współczuje mieszkańcom demolowanych dzielnic oraz
solidaryzuje się z przestraszonymi rodzinami i właścicielami
zniszczonych posesji. Stanowczo potępia „akty kryminalne” i
zapowiada przywrócenie porządku. Zwrócił się nawet do samych
wandali: „Rujnujecie nie tylko życie innych ludzi i waszych
społeczności, ale także swoje własne”. Czytaj: pójdziecie
wszyscy siedzieć.
W ferworze zbiorowej licytacji
potępienia David Cameron nie wspomniał o tzw. kontekście. Coraz
więcej rodzin, którym premier tak współczuje, ma duże szanse, że
ich dzieci trafią do gangu – średnia wieku nieletnich przestępców
systematycznie spada. Dramatycznie rośnie liczba nie tyle nawet
bezrobotnych, ile „pracujących ubogich”, którym z trudem
wystarcza pieniędzy na przeżycie, a brak stałego zajęcia nie
pozwala na sensowne planowanie życia. Pracodawcy uważnie śledzą
rejestry skazanych – młody człowiek ukarany nawet za drobne
przestępstwo nie ma wielkich szans na zatrudnienie. Ambitniejsi z
gorszych dzielnic nie mają też wielkich szans na studia – zwłaszcza po podwyżkach czesnego i drastycznym ograniczeniu pomocy
socjalnej dla studentów. Lokalne programy społeczne, choć wykazały
swą przydatność w integracji wykluczonych, są systematycznie
likwidowane, oczywiście w ramach ogólnej „konsolidacji”
budżetów i solidarności biednych z londyńskim City. Choć rasizm – zwłaszcza policji – nie jest już tak dojmujący jak na
początku lat 80. (kiedy to stał się przyczyną m.in. głośnych
rozruchów w Brixton), „czarnymi” wciąż mało kto się
przejmuje – kiedy czarne dzieci zabijają inne czarne dzieci, jakoś
mało to kogo w debacie publicznej obchodzi.
Masowa i trwała bieda oraz wykluczenie
to bardzo często źródła przemocy, choć nie dlatego nastoletni
wandal plądruje sklep, że go nie stać na plazmowy telewizor.
Społeczeństwo skrajnych nierówności i niskiej mobilności po
prostu hurtowo produkuje tych, którzy w instytucjach szkoły i
normalnego rynku pracy nie mają czego szukać – więc zaczynają
szukać gdzie indziej. Jeśli problem przedmieść sprowadzić
wyłącznie do jego kryminalnego aspektu, a głosy o potrzebie
szukania jego społecznych źródeł do „frontu obrony
przestępców”, porządek zapewne zapanuje. Przynajmniej poza
murami getta.
Tekst ukazał się na portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)