|
Znana teza: „Papieża Polacy kochali, ale nie go słuchali”. Pierwsze miejsce w konkursie banalnego zrzędzenia zapewnione. Chyba żadnej myśli „krytycznej” na temat Polaków, polskiej sfery publicznej, względnie polskiego ludowego katolicyzmu nie powtarzano równie często, z równym uporem i równą wiarą, że mówi się coś istotnego. Oto charyzma Jana Pawła II porywała tłumy – miliony na pielgrzymkach, mszach w Watykanie, przed telewizorami. Niestety, biadają zatroskane autorytety od lewa do prawa, głęboki przekaz intelektualny i moralny zagubił się gdzieś po drodze, w powodzi pomaturalnych kremówek, okularów Bono, względnie historii o Lolku stającym w bramce.
Inną opowieść „krytyczną” wynalazł ostatnio – na łamach „Wprost” – Rafał Kalukin. Mamy oto dwa mity konstytuujące polską tożsamość. Ten „biały”, papieski, który leczy nasze kompleksy i pozwala na poczucie dumy – że oto „Polak potrafił”. I ten „czarny”, smoleński, który każe nam celebrować klęskę i własne męczeństwo. O zgrozo, Smoleńsk wyparł Papieża. I teraz już tylko gniew, nienawiść, masochizm i resentyment – zamiast miłości bliźniego i optymistycznego spojrzenia w przyszłość, których uczył nas autor Miłości i odpowiedzialności.
Mieliśmy zatem Ojca, Papieża Wszystkich Polaków, Jana Pawła Wielkiego, Autorytet, Największego Polaka/Człowieka na Ziemi/w Historii. I tylko wysłuchać go nie zdołaliśmy wystarczająco uważnie – przeszkodziły, zależnie od opcji, wulgarna kultura masowa, ogólne zabieganie w pogoni za doczesnością, prostactwo prostego ludu, zaprzaństwo elit, ostatecznie cywilizacja śmierci. Odmieni więc beatyfikacja oblicze tej ziemi, czy nie odmieni?
Rozważania o tym, czy Jarosław Kaczyński zastąpi Karola Wojtyłę, a Smoleńsk przyćmi beatyfikację, dotyczą tego, czy mit polskiego papieża cokolwiek jeszcze znaczy. Hierarchowie kościelni i część komentatorów miała nadzieję, że watykańska celebra pozwoli wskrzesić widmo pokolenia JP2, którego objawieniem miał być pogrzeb sprzed cześciu lat i żałoba. Pokolenie nie zaistniało, zbiorowy entuzjazm opadł, Wawel w końcu zastąpił Watykan. Winny Kaczyński albo TVN, nie ma znaczenia. Nadzieja w dojrzałej, pogłębionej, intelektualnej wierze, albo w przyrodzonych odruchach prostego człowieka – to też bez znaczenia. Faktem bowiem pozostaje, że do Watykanu na 1 Maja wybiera się ledwie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a ceny przejazdów/noclegów lecą na łeb na szyję. Można by ten rytuał – „kto winien?” – ciągnąć w nieskończoność, dywagując nad źródłami coraz bardziej widocznej nieobecności papieskiego mitu, papieskich nauk, papieskiego Ducha. Wydaje się jednak, że wydarzyło się coś nowego. Zrazu nieśmiało, zrazu obudowane zastrzeżeniami i polemikami, zrazu wyszydzane – pojawiły się głosy, że z samym papieżem, jego mitem i nauką coś jest nie w porządku.
Może jednak nie tak „natychmiast” święty? Takie teksty, a nawet całe książki, można było znaleźć na Zachodzie – ale nie u nas. U nas tylko Wielkość, Wspaniałość i Samo Dobro, co najwyżej niezrozumiane, niedostrzeżone, niewysłuchane. Coś jednak drgnęło. Najwybitniejsi polscy teolodzy nie tylko już występują z Kościoła, ale piszą o nim książki – jak ostatnio Stanisław Obirek. Czasem recenzowane w wysokonakładowej prasie. Mainstreamowy do bólu „Newsweek” publikuje wprawdzie polukrowany, 15-stronicowy dział „Beatyfikacja”, ale mieści się w nim także głos osobny – o banale papieskich pism, o oderwaniu Jana Pawła II od współczesnej myśli i społeczno-kulturowych realiów, o intelektualnym autorytaryzmie jego wywodów. Docierają – do prasy i na popularne portale – głosy krytyki z zagranicy. Już nie tylko z elitarnych kampusów czy niszowych katedr postępowej teologii, ale i choćby z „New York Times’a”, w którym Maureen Dowd pisze ostatnio o tuszowaniu pedofilskich skandali: „Watykan jest jak Wall Street, które najbardziej zhańbionym dyrektorom przyznaje „złote spadochrony”, by zrekompensować im ataki z zewnątrz. Tylko że Watykan przyznaje złote aureole”. Na dyskusjach w centrum Warszawy – a nie w piwnicach niszowych klubów – naczelni i komentatorzy opiniotwórczej prasy z uznaniem mówią o antypapieskich pamfletach deklarując, że tabuizacja pontyfikatu Jana Pawła II to błąd.
Papieskie tabu i mitologia zostaną z nami na długo – nawet Lech Wałęsa musi się „tłumaczyć” przez TVN 24 z niezbyt odkrywczego stwierdzenia, że to nie sam papież obalił komunizm, że parę narodów mu jednak pomogło. Eleganckie określenia w rodzaju „lewacka bura sucz” wobec autorek krytycznych wobec JP2 tekstów jeszcze długo będą normą na chrześcijańskich, a nawet „poświęconych” (!) portalach. Krytycy Komisji Majątkowej przez lata jeszcze będą „stalinistami”. Nie mamy swojego ruchu na wzór „Wir sind die Kirche” – wiernych walczących z patologiami w Kościele. Ale bezmyślny kult jednostki zdaje się powoli zmierzać do końca. Może kiedyś będziemy w stanie normalnie dyskutować choćby o poglądach ekonomiczno-społecznych papieża, o jego stosunku do kapitalizmu i globalizacji, o encyklice Laborem exercens? Bo o tym akurat warto rozmawiać.
Tekst ukazał się na witrynie portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)