|
Miejscy urzędnicy wprost zapowiadają nękanie obywateli. Klientów będą
legitymować, na sprzedawców nasyłać kontrole. Przedsiębiorcom wypowiadać
umowy najmu. A w mediach się zrobi nagonkę. Czy to reportaż z
rosyjskiej prowincji? A może z włoskiego Południa, gdzie wszystkie
urzędy przejęła mafia?
Sprawa jest dużo bliższa. Prawie jak u klasyka: widmo dopalaczy krąży po
Polsce. Wszystkie potęgi połączyły się przeciw temu widmu: rząd i
Kościół, policja i Monar, wybitni koszykarze i szlachetni terapeuci…
Jeśli prześledzić doniesienia z ostatnich tygodni, można dojść do
wniosku, że cała Polska jest na wielkim haju. „Bezkarni kierowcy na
dopalaczach”, „gimnazjaliści po dopalaczach w ciężkim stanie”, „Łódź
walczy z dopalaczami”, „brał dopalacze i się powiesił”, czy – najciekawsze – „młodzież pomodli się o likwidację dopalaczy”. To
wszystko nagłówki z ostatniego tygodnia. A zatem – kolejny temat
zastępczy? W końcu nie ma już krzyża pod Pałacem, Smoleńsk zaczyna się
wszystkim powoli nudzić, media nie mogą żyć samym Palikotem…
Wydaje się jednak, że problem tkwi gdzie indziej. Niemal każdy rząd
potrzebuje tzw. dogodnych wrogów. Takich, których wszyscy się boją („to
może spotkać i twoje dziecko!”), których nikt nie będzie bronił
(„dilerów popierasz?!”) i – co najważniejsze – których nigdy skutecznie
nie da się zwalczyć metodą represji. Bo gdyby się udało, nie byłoby
obiektu nagonki. Koniecznej, gdy mamy kryzys, aferę korupcyjną albo – po
prostu – gdy rząd nic nie robi. Sarkozy ma Romów, Berlusconi uchodźców z
Afryki, Tusk próbował z pedofilami, ale nie wyszło, z handlarzami
dopalaczy powinno pójść lepiej. Czy chodzi więc o sztuczny problem?
Spisek Platformy przeciwko biednym sklepikarzom? Nie – chodzi o problem
realny. Tylko że – jak w starym dobrym PRL – system zwalcza problem,
który sam spowodował.
Tzw. dopalacze (w USA nazywane „smart drugs”) – legalne substancje,
które wywołują euforię, pobudzają, czasem zmieniają świadomość – nie są
niewinne. Są przede wszystkim niepewne, dużo mniej przewidywalne niż
marihuana czy amfetamina, o alkoholu nie wspominając. W przypadku
uczuleń lub przedawkowania lekarze często nie wiedzą, co robić. Nie ma
nad nimi kontroli – z powodu absurdalnego prawa sprzedawane są jako…
przedmioty kolekcjonerskie. Coś jak znaczki albo motyle na szpilce – oficjalnie służą do położenia na półce i oglądania. Czasem faktycznie
szkodzą – dzieciaki mieszają je ze sobą, z piwem, z marihuaną. Mocna
impreza, niedobra kombinacja chemiczna – i nieszczęście gotowe.
Rząd walczy z dopalaczami zakazując sprzedaży kolejnych substancji
chemicznych – nietrudno się domyślić, że w tej branży produkcję
nietrudno przestawić na nowe tory. W zabawie w kotka i myszkę chemik
zawsze będzie szybszy od np. urzędnika z ministerstwa zdrowia. I choć
zakazano nawet obrotu sokiem z jakiegoś gatunku meksykańskiego kaktusa,
którego w Polsce nikt na oczy nie widział, producenci „koko” czy innych
„tajfunów” wciąż są o kilka długości do przodu. Widząc daremność tych
wysiłków, władze inspirują metody nieformalne – na granicy prawa – czyli
po prostu administracyjne nękanie sprzedawców i klientów przez
uciążliwe kontrole. Księża organizują zbiorowe modlitwy (ostatnio w
Stargardzie Szczecińskim), dyrektorzy wpuszczają Monar na szkolne
pogadanki, ktoś nawet maluje kontury zwłok przed sklepami z dopalaczami w
Łodzi.
I co z tego wynika? Nic – poza samozadowoleniem ministrów, radnych,
księży i nauczycieli. I jeszcze rodziców – przeświadczonych, że państwo
wreszcie coś robi. Popyt nie spada. Kampanie z nauczycielem i księdzem w
tle raczej śmieszą niż przekonują kogokolwiek. Tyle tylko, że
„chemiczny” wyścig z ustawodawcą sprawia, że nasi gimnazjaliści łykają
coraz dziwniejsze substancje, których nikt już nie kontroluje. Szykany
pod sklepem nie zniechęcają do brania, tylko zmiany dostawcy, np. na
starego dilera.
Co można zrobić? Całkiem sporo. Zamiast spychać problem pod dywan (a
raczej do bramy i na klatkę schodową) pomyśleć nad jego sensowną
kontrolą. Przebadać rzeczywiste działanie substancji, których dziś się
hurtem zakazuje. Dopuścić najbezpieczniejsze z nich – wiele leków
przeciwbólowych czy antydepresantów ma gorsze działania uboczne. Nie
tworzyć fikcji („przedmioty kolekcjonerskie”?!), tylko kontrolować obrót
„środkami psychoaktywnymi”. Zamiast tworzyć kolejne podziemie (mamy już
narkotykowe, aborcyjne…), nałożyć na produkt akcyzę i sprzedawać – od
18. roku życia – z nalepką informującą, co tabletka zawiera, jak działa
i z czym nie mieszać. Dopuścić do sprzedaży w aptekach.
Banały? Nie w tym kraju, nie z tym rządem. Zamiast pisać o skłonnościach
samobójczych po zażyciu dopalaczy – myląc skutek z przyczyną – lepiej
postawić pytanie, dlaczego ludzie tak chętnie uciekają od
rzeczywistości. Przecież „zielona wyspa” rośnie w siłę a ludzie żyją dostatniej.
Felietony Michała Sutowskiego publikujemy w środy. Tekst ukazał się na witrynie portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)