|
Słodko i zaszczytnie jest bronić ojczyzny przed „bankructwem i utratą niezależności” – nie wiem, co na to zwykli Grecy, ale posłowie rządzącej Grecją partii PASOK dali się przekonać. Rząd Jeorjosa Papandreu przetrwał, państwa strefy Euro Plus (plus Polska) wypłacą w końcu te 12 miliardów na spłatę kredytów, Hellada nie zbankrutuje – przynajmniej do lipca. No, chyba że posłom coś odbije i w końcu czerwca zablokują plany kolejnych cięć – albo też posłów na taczkach wywiezie tzw. lud i w ogóle nie będzie komu głosować.
Trudno o lepszą ilustrację dzisiejszej nędzy polityki europejskiej niż właśnie kryzys grecki. Po pierwsze, pomysł warunkowej „bratniej pomocy” dla Grecji oznacza de facto zawieszenie demokracji w tym kraju. Powrócił stary dobry język technokracji: przewodniczący Barroso zachęcał ostatnio Greków do „podjęcia rozsądnej decyzji”. W sytuacji kraju na krawędzi bankructwa stanowi to wymuszenie: tymczasowa pomoc za jak najbardziej trwałe cięcia i prywatyzację niemal wszystkiego – choć trudno wskazać przykład kraju, który taką metodą wyszedłby trwale z głębokiej recesji.
Po drugie, surowość Europy wobec Greków idzie w parze z tradycyjną już troską o los banków. Cięcia budżetowe i transze kredytów służą przecież spłacie zadłużenia – także wobec banków i funduszy współodpowiedzialnych za kryzys roku 2008. Rządom Eurolandu brakuje politycznej woli, aby wymusić partycypację w pakiecie ratunkowym na podmiotach prywatnych – choć jeszcze niedawno wiele z nich obficie korzystało z publicznej (czyt. podatników) pomocy. Państwa muszą ratować banki – banki nie muszą nic. Chyba że dostaną państwowe gwarancje (jak to było: zysk zawsze prywatny, ryzyko zawsze publiczne?)…
Po trzecie, elitom politycznym Europy brakuje nie tylko „planów awaryjnych”, wizji skutecznej profilaktyki na przyszłość, ale nawet wyobraźni obejmujące ewentualne skutki krachu. O wadze strefy euro – na poziomie działań, a nie pełnych patosu, apokaliptycznych deklaracji – musiał ostatnio przypomnieć Angeli Merkel… wielki biznes (szefowie Siemensa, Daimlera, Boscha). Menedżerowie przemysłu gorączkowo nawołują rządy strefy Euro do interwencji, ponieważ najlepiej zdają sobie sprawę z faktu, że Niemcy to nie tylko unijny płatnik netto. To przede wszystkim największy beneficjent strefy euro – pomimo greckiej zapaści niemiecki budżet zanotował w maju dziewięcioprocentowy wzrost przychodów. Eksport kwitnie – ale w warunkach wspólnej waluty.
Z katastrofy podobnej do greckiej nie ma łatwego wyjścia, ale nawet Europejski Bank Centralny, MFW i premierów Eurolandu stać na coś więcej niż mantrę rodem sprzed kryzysu: „ciąć, ciąć, ciąć”. Upadły projekty długofalowe – jak choćby wspólne euroobligacje, redukujące ryzyko bankructwa poszczególnych państw i tzw. efektu domina. Dług Grecji wynosi około 340 mld euro – nikt nie wskazał pomysłu, jak osłabiony cięciami kraj, pozbawiony (już niedługo) sektora publicznego, miałby go spłacić. Propozycje radykalnej (o połowę) redukcji długu wychodzą już nawet z kręgów CDU (poseł Manfred Kolbe), ale rozbijają się m.in. o terror agencji ratingowych – kompromitacja z 2008 roku nie przeszkadza im dalej rozdawać kart.
Radek Sikorski, ramię w ramię (czy raczej pióro w pióro) z ministrem Westerwelle, deklaruje na łamach „Gazety Wyborczej”: „Polska i Niemcy mają zbieżne stanowisko w sprawie sposobu przywracania równowagi finansowej”. I można postawić duże pieniądze, że tego rodzaju oświadczenie – podobnie jak cała wizyta rządu niemieckiego w Warszawie – będzie rozpatrywana w kategoriach „racjonalna polityka europejska” versus „kondominium”. Bo zarówno rząd, jak i opozycja, jeśli chodzi o polską politykę w UE, tkwią po uszy w fałszywym dylemacie „przystosowanie czy opór”. Kochać się z – rozgrywającymi w Europie – Niemcami czy nienawidzić? Oto jest pytanie – kluczowe dla PO, PiS i całego batalionu ich zwolenników wśród ekspertów, publicystów i komentatorów. Na poziomie forów internetowych dochodzi jeszcze jeden dylemat: ratować greckich „nierobów” czy nie ratować i dlaczego za nasze pieniądze?
Świetnie, że rząd dąży do pogłębienia więzi z Niemcami, planuje budować gazowe interkonektory i mosty, zakładać za Odrą katedry polonistyki i organizować wymiany młodzieży, wreszcie uzgadniać wspólne stanowiska w sprawach polityki zagranicznej. I to rewelacyjnie, że poczuwa się do odpowiedzialności – wspólnie z Niemcami – za trwałość strefy euro. Tylko że akurat w kwestii euro nasze stosunki bilateralne są sprawą drugorzędną. Popierając pakt konsolidacyjny euro (autorstwa głównie obecnej koalicji CDU z FDP) i obecny „pakiet ratunkowy” dla Grecji, Polska wpisuje się w działania, które nie tylko mogą Grecji nie pomóc, ale i pogłębiają zapaść polityki w Europie. Wymuszone m.in. przez chadeckie Niemcy „dyscypliny budżetowe” dobrobyt przyniosą mało komu. Za kilka miesięcy dobiją Greków. Za kilka lat – nie pozwolą nam sfinansować np. reform w energetyce. Już dzisiaj natomiast zamieniają europejską demokrację w farsę. Czy jak już Wanda wreszcie zechciała Niemca, musi to robić na grecki koszt?
Tekst ukazał się na portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)