> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Bond bez nowej dziewczyny, czyli wielki dramat |
|
|
Michał Sutowski
|
|
17.08.2011 |
Angela Merkel jednak nie zostanie dziewczyną Bonda (Bond-Girl) – w niemieckiej telewizji to niewątpliwie bon mot (wczorajszego) dnia. Chodzi oczywiście o europejskie obligacje (Bonds), a raczej ich brak po paryskim szczycie Merkel-Sarkozy. Będzie za to (chyba) gospodarczy rząd strefy Euro i obowiązkowy dla wszystkich próg zadłużenia. Wczorajsze spotkanie faktycznych liderów Europy z pozoru wielkiego przełomu nie przyniosło – dwa kroki do przodu, dwa w bok i głośna deklaracja, że przyspieszać nie ma powodu. Ale od tej orki na ugorze europejskiej Realpolitik zależy przyszłość – lepsza, gorsza albo żadna – strefy Euro i całej Unii. A od nich z kolei dużo więcej, niż tylko kurs franka i los tysięcy hipotek.
Pomysł kanclerz Niemiec i prezydenta Francji – wizją go nazwać trudno – kwestię dalszej integracji posuwa minimalnie naprzód, a jej kierunek częściowo pozostawia otwarty. Niestety, na poziomie bieżących celów wygląda to na doraźny instrument – to ulubiona ostatnio mantra ekspertów – „uspokajania rynków”, choć przypomina raczej uspokajanie rozszalałego nosorożca aviomarinem. Na poziomie długofalowej strategii ich propozycje nie wykraczają specjalnie poza dawne założenia nt. konsolidacji budżetów. Merkel i Sarkozy, wraz z pomysłem obowiązkowego dla całego Eurolandu progu zadłużenia, proponują coś w rodzaju „reformacji” – powrotu do czystych źródeł unii walutowej, które podli Grecy i inni hochsztaplerzy skazili nadmiernymi długami i deficytem.
Nie do końca jeszcze wiadomo, na czym miałoby polegać „zazębianie się” polityki gospodarczej i finansowej krajów strefy euro, stymulowane przez „rząd gospodarczy” pod przywództwem Hermana van Rompuya – poza tym, że wszystkie kraje powinny wpisać sobie maksymalny próg zadłużenia do konstytucji. Widać jednak, jak ustawione są priorytety – jest „unia stabilizacyjna”, nie ma „unii transferowej”. Co to znaczy? A no tyle, że integracja ma polegać na faktycznym wymuszeniu konsolidacji narodowych budżetów (ergo: cięć wydatków) i braku trwałych mechanizmów solidarności.
Na czym mogłyby one polegać? Choćby na wprowadzeniu dyskutowanych od dawna euroobligacji – prezydent Sarkozy nie wykluczył zresztą takiego rozwiązania w przyszłości. Oznaczałoby ono, że państwa najsilniejsze (czyt. Niemcy) płacą nieco wyższe odsetki od swego zadłużenia niż obecnie. Pozostali za to płacą mniej – ponieważ trudno wyobrazić sobie niewypłacalność strefy Euro jako całości, odsetki od wspólnych obligacji są niższe niż w wypadku zadłużenia pojedynczych państw. Nie byłoby możliwości ataków spekulacyjnych na kraje słabsze – tylko w zeszłym tygodniu Europejski Bank Centralny wyłożył 22 miliardy Euro na „uspokajanie” rynków finansowych przez wykup obligacji Włoch i Hiszpanii. Część krajów broni się przed tym mechanizmem rękami i nogami, bo zakłada on faktyczną solidarność z krajami zadłużonymi – tylko, że ona już w praktyce istnieje, w formie „pakietów ratunkowych”. Drogich ekonomicznie, kłopotliwych politycznie, wątpliwych etycznie – bo warunki pomocy są na granicy lichwiarskiego szantażu.
Pomimo wszystkich braków, pomysł gospodarczego rządu UE to jednak krok w dobrą stronę – podobnie jak spóźniony, acz sensowny projekt podatku od transakcji finansowych. Planowane spotkania szefów państw i rządów trzeba jednak napełnić treścią – i to jest właśnie polityczne zadanie, przed którym stoi Unia. Czy ów „rząd” ograniczy się do wymuszania cięć, czy zapewni realną osłonę przed atakami irracjonalnej paniki ze strony demiurgów dzisiejszego świata – abstrakcyjnych „rynków”?
Współczesny dylemat nie brzmi dzisiaj: ile suwerenności państw, a ile władzy ponadnarodowych instytucji. Pytanie brzmi raczej – czy instytucje polityczne zdołają przeważyć moc agencji ratingowych, domów maklerskich, rynków spekulacyjnych i w ogóle, kapitału. A to zależy w dużej mierze od tego, czy logika rynków i ich „spokój” będą wyłącznym priorytetem europejskich elit, czy może obywatele zdołają na nich wymusić coś więcej.
Bodaj Paweł Lisicki zauważył, że w Europie możliwe są dziś dwa scenariusze – albo rozwój strefy Euro i pogłębienie integracji pod dyktando Niemiec, albo jej rozpad, a potem być może rozpad całej UE. I że żaden z nich „nie spędza snu z powiek polskim politykom”. Można powiedzieć – nic nowego. Klasyk Brzozowski stwierdził już sto la temu, że w Europie jesteśmy już tylko gapiami przyglądającymi się wielkiemu dramatowi świata.
Tekst ukazał się na portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
|
Felietony Michała Sutowskiego
|
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)