|
Rząd chroni słabszych. Rząd wspiera
rodzinę. Rząd inwestuje w przyszłość. Czyżbym znowu robił
sobie jaja z PO? Ależ skąd. Wszystko się zgadza. Pod kilkoma
warunkami oczywiście. Wystarczy tylko uznać, że najsłabsza jest
zygota (oraz embrion, ewentualnie jeszcze płód), że rodzinie
zagraża przede wszystkim szatan, geje i bezpłatne in vitro, a
przyszłość to orliki i stadiony na Euro.
„Polityką prorodzinną” – bo o
niej tu mowa – gębę wycierają sobie wszyscy. Od dziarskich
chłopców Romana Giertycha po światłych technokratów. Każdy
pragnie rodzinie zrobić dobrze. Święta rodzina, polska rodzina,
rodzina na swoim. Aby rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. A
że jakoś dostatniej nie żyją? To na pewno przez cywilizację
śmierci – wszystkiemu winne feminizm, indywidualizm, antykoncepcja
i kobiety na traktorach… A może przesadzam? Przecież mamy
becikowe, nawet kandydat Komornicki popiera in vitro, a Partia Władzy
wprowadziła urlopy ojcowskie?
Nie, nie przesadzam. Rodzina jako temat
trafia do debaty publicznej wówczas, gdy trzeba zakazać aborcji,
małżeństw gejów i lesbijek, utrudnić dostęp do antykoncepcji,
względnie intronizować Chrystusa Króla. Ewentualnie – skazać
dzieciobójczynię „oraz jej konkubenta X” za utopienie noworodka
w beczce po kapuście. O tym, że kolejne rządy (w tym obecny) mają
rodzinę w najgłębszym poważaniu, świadczy kompletny brak realnej
polityki prorodzinnej. Prorodzinnej – czyli wspierającej
wychowywanie dzieci i trwalsze wiązanie się ludzi ze sobą
(niekoniecznie obie rzeczy naraz). Jej podstawą nie mogą być
nędzne jednorazowe zapomogi, ale spójny system pomocy, którego
podstawą jest powszechny dostęp do przedszkoli.
Becikowe wprowadził rząd PiS – można za nie najwyżej upić się na chrzcinach, bo na wyprawkę i
wózek już raczej nie starczy. Jednak konserwatywni populiści byli
przynajmniej konsekwentni – głosili, że najważniejszy jest
„tradycyjny” model rodziny, tzn. że najlepiej, gdy kobieta
siedzi w domu i wychowuje gromadkę potomstwa. Przedszkola w tej
wizji są zbędne, bo przecież „nic nie zastąpi matczynej
opieki”. To wprawdzie jawny szowinizm i dyskryminacja płci – ale
całkiem logicznie mieści się w ramach przaśnego wariantu
polsko-katolickiej nauki społecznej.
Dużo ciekawsza i bardziej obłudna
jest „polityka rodzinna” PO. Liberałowie zapewne szczerze pragną
aktywizacji zawodowej kobiet, co światlejsi (Michał Boni) wierzą
nawet w wyrównywanie szans, a edukację dzieci serio traktują jako
priorytet. Cóż w tej sytuacji bardziej oczywistego niż państwowa
gwarancja finansowania przedszkoli – tak samo jak reszty oświaty,
zgodnie choćby z niedawnym pomysłem Związku Nauczycielstwa
Polskiego?
Zaledwie 60% dzieci w Polsce chodzi do
przedszkoli (na wsi tylko 30%) – standard unijny to 90% a
skandynawski – 100. W czym problem? Brak przedszkoli często
uniemożliwia wejście kobiet na rynek pracy, utrudnia też aktywność
osobom po pięćdziesiątce (babcie i dziadkowie traktowani są jak
darmowa, opiekuńcza siła robocza). Niektóre dzieci dopiero w tej
instytucji dostaje po raz pierwszy ołówek do ręki – przymusowe
pozostawanie w domu oznacza dla wielu z nich degradację i
upośledzenie względem rówieśników z zamożniejszych (materialnie
czy kulturowo) rodzin. Krótko mówiąc, późny start w oświacie
pogłębia i powiela rozwarstwienie społeczne, a wczesny – pozwala
choć trochę zniwelować różnice. Zniwelować w górę – bo
wszystkie badania wskazują, że lepiej rozwinięte dzieci nie tracą
w kontakcie ze słabszymi. Nie chodzi zatem tylko o nierówności – więcej dzieci w przedszkolach to gra o sumie dodanej.
Co na to PO? Jak zwykle – tak,
oczywiście, ale… Gminy zrobią to lepiej („bliżej obywatela”),
jeszcze lepiej za europejskie pieniądze („skoro Unia i tak
daje…”), a najlepiej załatwi to rynek i placówki prywatne
(„obywatel musi mieć wybór”). Czy to źle? Bardzo źle.
Finansowanie przez samorządy pogłębia różnice regionalne – po
prostu niektóre gminy stać na utrzymanie przedszkoli, a innych nie
stać. Stąd kolejki, brak miejsc i powszechne kombinowanie rodziców,
jak by tu upchnąć dziecko bliżej niż na drugim końcu miasta.
Dotacje unijne się skończą – lokalne władze zostaną z
problemem. A placówki prywatne? Dla najzamożniejszych to wyraz
snobizmu, dla klasy średniej – z braku publicznych – często
kosztowna konieczność. Zrzucenie w tej sprawie odpowiedzialności
na samorząd i rynek – nic zaskakującego – sprzyja budowie
odizolowanych prywatnych gett w morzu publicznej beznadziei. Pomóc
może tylko gwarancja (finansowa!) państwa – że dostęp do
najwcześniejszej edukacji będzie naprawdę powszechny.
A co do rodziny – przedszkola
dostępne dla wszystkich to chyba ostatnia szansa na to, żeby
jeszcze ktokolwiek zechciał się w Polsce rozmnażać.
Na podobny temat
|
Weiniger opowiada seksizmy, a feminis...
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...