Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kobieta też człowiek? |
|
|
Michał Sutowski
|
|
04.03.2010 |
Kobieta też człowiek. A może niekoniecznie? W naszym kraju bywa z tym różnie. Kobieta w Polsce oscyluje gdzieś pomiędzy naturalnym dobrem narodu a uwznioślonym symbolem. Zasobnik do czasowego przechowywania płodu albo święta cierpiętnica. Teza i antyteza. A gdzie synteza? Matka Polka z biskupich snów – jak znalazł. Od przełomu 1989 minęło ponad dwadzieścia lat, ale demokracja w Polsce wciąż wydaje się dotyczyć połowy społeczeństwa. I choć prawa wyborcze kobietom przyznała już niepodległa II RP, polityka polska cały czas ma twarz rubasznego wuja z wąsami, względnie szarmanckiego eleganta sprzed wojny.
Początek nowej Polski wyraźnie nie sprzyjał „sprawie kobiecej”. Komuna upadła, czerwony poszedł… resztę znamy od Pasikowskiego, skądinąd koszmarnego szowinisty. Choć właściwie w Psach mowa była o tym, że „nic się zmieniło”. A tymczasem w niektórych sprawach zmieniło się na gorsze. Rok 1993 przyniósł słynny „kompromis” aborcyjny. Dogadali się, a jakże, katolicy liberalni z katolickimi fundamentalistami, Tadeusz Mazowiecki z Janem Łopuszańskim. Czego chciało społeczeństwo? Chciało referendum – takie demokratyczne pro choice. Zebrano ponad milion podpisów, ale okazało się, że z „wartościami” się nie dyskutuje… „Demokracja w Polsce kończy się tam, gdzie zaczyna sprzeciw Episkopatu” – Agnieszka Graff jak zwykle celnie ujęła problem.
A co potem? Dyskryminacja na rynku pracy, przemoc domowa jako wyraz naturalnego porządku („musicie nosić swój krzyż”, mawiają proboszczowie), brak wychowania seksualnego w szkołach (jest wychowanie „do życia w rodzinie”, prowadzą je głównie katecheci), antykoncepcja tylko dla bogatych („seks to nie choroba”, refundacji nie będzie), na ulicach plakaty antyaborcyjne z Hitlerem i język debaty publicznej kompletnie zawłaszczony przez prawicę (czy ktoś jeszcze pamięta, że „dziecko nienarodzone” nazywa się „płodem”?).
Polski patriarchat w debacie publicznej ma wiele obliczy. To niekoniecznie chamski rechot („czy można zgwałcić prostytutkę, he, he…?”), to często pseudorycerski bełkot piewców kobiecej wyższości („kobiety są tak wspaniałe a polityka tak brudna” mówi lider współrządzącej partii proponując, żeby się dziewczęta od władzy trzymały z daleka). Są jeszcze zatroskani liberałowie – realiści, dla których sprawy polityczne dzielą się na ważne i pilne. Najpierw wolny rynek, NATO, Unia Europejska, modernizacja, Euro 2012 – wsparcie z Jasnej Góry zawsze się przyda, ciszej zatem nad tą aborcją…
Czy kogoś to w ogóle obchodzi? Po traumie roku 1993 ruch feministyczny długo pozostawał w niszy. Były seminaria Marii Janion, eseje Kingi Dunin, książki Izabelli Filipiak, pierwsze gender studies, aktywistki działały w lokalnych NGO’sach a Kazimiera Szczuka i Agnieszka Graff między wykładami rozklejały plakaty: „Patriarchat skona!”. Nie było przełożenia na szerszy ruch społeczny – bardzo długo postrzegano w Polsce feminizm jako wyraz upadku cywilizacji albo wielkomiejski folklor, zabawę znudzonych intelektualistek i celebrytek.
Z akademicko-pozarządowego getta udało się feministkom wyrwać poprzez swoisty „zwrot polityczny”. Postulaty walki z dyskryminacją na rynku pracy, opresją języka czy dominacją katolickiego konserwatyzmu rozszerzono o kwestie wykluczenia ekonomicznego i społecznego rozwarstwienia. Bo to właśnie na dole – w niskopłatnych zawodach, ubogich rodzinach wielodzietnych, na prowincji – kobieta poszkodowana jest najbardziej, bez szans na „wykupienie” sobie wolności. Feminizm stał się projektem całościowej krytyki społecznej – projektem w swej wymowie lewicowym, obejmującym postulaty różnych grup. Na pierwszą manifę przyszło około stu osób – głównie z uniwersytetu, środowisk dziennikarskich czy artystycznych. Na kolejne już coraz więcej – doszły kasjerki z hipermarketów, górnicy i pielęgniarki, którym z kolei feministki udzielały wsparcia w czasie „Białego Miasteczka” w lecie 2007. Trzy lata później w warszawskiej Manifie uczestniczyło już 10 tysięcy osób – doroczna impreza ruchu feministycznego w tym roku (7 marca) ma szansę ściągnąć jeszcze więcej. Pod projektem obywatelskiej ustawy o parytetach na listach wyborczych zebrano niedawno ponad sto tysięcy podpisów.
Dobrze jest? Jeszcze nie. Kongres Kobiet z czerwca 2009 był wielkim sukcesem – chyba po raz pierwszy po 1989 (pierwszy w ogóle?) problemy kobiet stały się newsem dnia, przysłaniając na chwilę zabawy w piaskownicy Jarka ze Stefanem czy Rysia ze Zbysiem. Po raz pierwszy tak głośno usłyszano postulat „urealnienia” kobiet jako obywatelek i podmiotów praw – nie tylko matek, żon i kochanek. Także o parytety trzeba i można skutecznie walczyć wspólnie z Henryką Bochniarz i Marią Kaczyńską. Projekt feministyczny będzie jednak wymagał czegoś więcej – trudno myśleć o spełnieniu jego postulatów (faktyczna równość i solidarność w społeczeństwie bez dyskryminacji) bez zwycięstwa politycznego silnej tożsamościowo lewicy. Jak by powiedział zapomniany nieco klasyk – chyba czeka nas jeszcze długi marsz, Towarzyszki i Towarzysze!
Tekst stanowi rozszerzoną wersję felietonu, który ukazał się na witrynie wp.pl.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 06.03.2010 )
|
|
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...