> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pilnuj, mama, tę kroplówkę! Drukuj
Agnieszka Graff   
07.02.2012
„No, Mała, tu jest wasze łóżko. Nie jeść, nie pić, czekać aż zawołają.” Czy ja się przesłyszałam? Dlaczego pielęgniarka w szacownym Instytucie z matką, dzieckiem i sercem w Logo jest ze mną na „Ty”, a w dodatku mówi mi „Mała”? Zapomniana znajomość z przedszkola? Jakieś licealne picie na umór? Długie godziny w poczekalni nauczyły mnie, gdzie moje miejsce. Za skarby świata nie chcę jej urazić. Czy wobec tego właściwą formą zwrotną będzie „Ty-Duża”? Na szczęście w porę się zorientowałam, jakie w Szacownym obowiązują językowe (i nie tylko językowe) zasady.

Po pierwsze, pielęgniarka jest z matkami na „Ty”, ale nie „Ty-Mała” tylko „Ty-Mama.” Przykład poprawnej wypowiedzi: „Pilnuj, mama, tę kroplówkę, żeby równo kapało. Co wy sobie myślicie? Że ja tu za was wszystko zrobię?” Po drugie, nie jest to relacja zwrotna. Pielęgniarki mówią do nas, szpitalnych matek, tonem władczym i lekko pogardliwym, ostentacyjnie Ty-kając i mamując („ty-tata” też się podobno zdarza, ale tej formy nie słyszałam, zresztą ojców na oddziale jest niewielu). Matki czekających na operację lub wypis maluszków obowiązuje ton przepraszająco-błagalny. Przykład poprawnej wypowiedzi: „Najmocniej Siostrę przepraszam, fajtłapa ze mnie, zupełnie sobie z tą kroplówką nie radzę, czy byłaby siostra uprzejma poprawić?”. Bywa, że Siostra poprawi i poklepie cię po ramieniu, a dziecko pogłaszcze po policzku, ale władcza serdeczność zdarza się rzadko, dominuje ostry obsztorc.

Mój przyjaciel W., znany pediatra i wykładowca akademicki od lat pokazuje adeptom pediatrii film o eksperymencie więziennym Philipa Zimbardo. Pokazał on, że okrucieństwo, despotyzm i brak empatii to nie cechy konkretnych osób, ale drzemiący w każdym (no, prawie każdym) potencjał, który uruchamia się w sprzyjających okolicznościach. Czyli wtedy, gdy jednym ludziom dano ogromną władzę nad innymi, a do tego poczucie, że ta władza im się należy i służy wyższym celom. Ci inni rzadko się buntują: są uwięzieni, albo zależni ekonomicznie, albo obcy czy jakoś inaczej napiętnowani. Usiłują przetrwać, dostosowują się do realiów. Mój znajomy twierdzi, że rok w rok studenci medycyny dziwią się, po co on ich tym filmem męczy. Niby dlaczego opowieść o studentach, którzy udawali więźniów i strażników i ciut za bardzo „wczuli” się w role, miałaby dotyczyć szpitala pediatrycznego?

Wejście w rolę potulnych więźniów zajęło nam w Instytucie jakieś pół godziny. Początkowo graliśmy rolę Racjonalnych Rodziców Współpracujących z Kompetentnym Personelem, ale  już na etapie rejestracji stało się jasne, że podział ról jest tu zgoła inny. Niby w szpitalu rządzą lekarze, ale de facto władzą jest administracja i pielęgniarki – czyli osoby, które bronią dostępu do lekarzy. Ci ostatni sprawiają wrażenie kompetentnych, a przy tym świetnie przeszkolonych w zakresie niedostępności. Pojawiają się na kilka minut, robią, co trzeba (i zapewne tak jak trzeba, ale trudno to ustalić, bo w trakcie tych czynności milczą wyniośle, dając do zrozumienia, że mają ważniejszych pacjentów niż wasze dziecko). I znikają, zostawiając was z administracją i pielęgniarkami, czyli wiecznie zagniewaną Władzą Właściwą.

Zadaniem rodziców jest łagodzenie tego gniewu. Jak to robić? Przede wszystkim czekać. Czekać i nie pytać, jak długo to potrwa. Czekać w dusznych korytarzach, gdzie jest za mało krzeseł. Czekać nie bardzo wiadomo na co, bo etapów czekania jest kilka, a rozsiano je po kilku budynkach i łatwo się w tym pogubić. Drugie zadanie to być wdzięcznym. Gdy doczekasz się tego, na co czekałaś (czyli kwitka uprawniającego do kolejnego fazy czekania), wdzięczność zalewa cię jak wielka fala. I nic cię już nie dziwi, na nic się nie poskarżysz.

Nie dziwi cię agresywna recepcjonistka ani telefon informacyjny, którego godzinami nikt nie odbiera (efekt: długo przed operacją rodzice czują się bezradni i lekceważeni). Nie dziwi cię toaleta dla rodziców bez zamknięcia w środku (efekt: czujesz się jak w podstawówce, prosisz obce kobiety, by cię „potrzymały” z zewnątrz). Nie dziwi cię poczekalnia dla matek z małymi dziećmi, do której nie można wprowadzić wózka, a nie ma łóżeczek (efekt: kobiety godzinami stoją z niemowlętami na rękach). Nie dziwi cię telewizor w tejże poczekalni opatrzony groźnym napisem, że służy on wyłącznie do oglądania programów dla dzieci (z ekranu walą do wiadomości i seriale kryminalne, ściszyć się tego nie da, efekt możecie sobie wyobrazić).

Wiem, wiem. Felieton to nie skarga do dyrekcji, więc reszty tej litanii wam oszczędzę. Nie opowiem, jakie to uczucie, gdy bez słowa zabierają ci przerażone dziecko na drobny zabieg, przy którym masz prawo być obecna (tak mówi Karta Praw Pacjenta, ale jest to dokument w Instytucie z matką, dzieckiem i sercem w Logo nieznany). Nie opowiem, jakie to uczucie spytać lekarkę o najlepszą dietę po operacji i usłyszeć ociekające  pogardą: „No, jak pani tego nie wie, to ja już nie wiem, co z pani za matka”.

Naczelna zasada przetrwania w Instytucie: o nic nie pytać, niczemu się nie dziwić. Władza sama udzieli ci informacji, gdy będzie miała takie widzimisię. „Masz, mama, szczęście, że w ogóle coś ci mówię, bo te inne to nic nie mówią, no, mówię ci, mama, jak jest.” To zdanie zanotowałam, cytat jest dosłowny. Jeśli wybieracie się do Instytutu, radzę też odświeżyć sobie zawczasu Proces Kafki. Pomoże wam przetrwać. Ale mam też dla was inną radę: unikajcie Instytutu z matką, dzieckiem i sercem w Logo . Polska służba zdrowia jest w rozsypce, ale aż tak źle być nie musi. Są inne szpitale. Zdarzają się takie, gdzie rodziców traktuje się z szacunkiem. Wiem to od kobiet, które trzymały mi drzwi do toalety. Rozmawiałyśmy szeptem, ale na pewno się nie przesłyszałam.

Felieton ukazał się w miesięczniku Dziecko”
Komentarze
Dodaj nowy
alla   |07.02.2012 15:49:17
Nareszcie ktoś o tym otwarcie mówi!!
ptaśka  - Nie wszędzie jest tak tragicznie   |07.02.2012 22:07:18
na szczęście. Spędziłam z córką wiele godzin (przez ostatnie 20 lat) w różnych
gdańskich szpitalach, zazwyczaj był to szpitalny oddział ratunkowy, i nigdzie,
absolutnie nigdzie, nie spotkałam się z czymś tak horrendalnym! Nigdy nikt się
do mnie w ten sposób nie zwracał. Pielęgniarki zawsze były bardzo kulturalne, a
często nawet współczujące i pomocne. Współczuję Pani.
Czasem stykałam się z
(co najmniej) nieuprzejmością lekarzy.
dr.n.med. Joseph Mengele  - Prywatyzacja etosu   |08.02.2012 08:35:49
Pozdrawiam Panią serdecznie i miło mi, że mój etos służby medycznej święci w
Polsce nareszcie swój zasłużony tryumf.
Voy  - PRL   |08.02.2012 23:06:57
Publiczna "sluzba zdrowia" to jeszcze gleboki PRL. Najgorsze, ze nie
widac nadziei na zmiane.
m9ki202  - lekarze   |09.02.2012 09:37:34
Ależ, co się będą lekarze pacjentami zajmować. Właśnie się szykują do kolejnego
strajku.
Skrzypek  - Nie tylko matki z dziećmi…   |09.02.2012 10:00:10
..się tak w szpitalach traktuje. Choć rzeczywiście, podczas wizyt w szpitalu
obserwowałem wielokrotnie, jak pielęgniarki traktowały moje siostry (pełnoletnie
kobiety, zadające konkretne pytania albo wyrażające sensowne oczekiwania) a jak-
facetów. Nie wiem, czy to sprawa płci, a jeśli- to wyłącznie płci. Może być też
tak, że, jak w stosunkach z każdą "władzą" w Polsce, trzeba najpierw
pokazać rogi, żeby z marszu nie traktowano cię jak śmiecia. A większość znanych
mi kobiet rzadziej jest wystarczająco zdeterminowana, by rogi pokazywać. Co nie
zmienia faktu, że przy każdorazowej wizycie w szpitalu, gdy matka umierała na
raka, też byłem stawiany do pozycji pokornie czekającego petenta, też narażony
na nieustające unikanie przez lekarzy i ordynatora, też personel "pojawiał
się łaskawie" i należało go po szpitalu szukać. Obstawiałbym dwa wyjaśnienia
tego rodzaju zachowań (i wyjaśnienie typu: wszystko zależy od człowieka-
odrzucam jako beznadziejne pogodzenie z losem- pewnie, że zależy, ale systemy
powinny działać tak, aby ten subiektywizm czynnika ludzkiego skutecznie
eliminować). Pierwszym jest właśnie pewien bizantynizm władzy, który od dwustu
lat stawia w Polsce człowieka, który czymkolwiek rządzi, nawet przysłowiowego
ciecia, ponad innymi. Bizantynizm, bo władzy nie używa on do jej
"statutowych celów" tylko po pierwsze po to, by pokazać, że ją ma.
Drugim- chyba powszechny wśród nas ogólny brak szacunku dla innego człowieka,
dla innego podmiotu, dla drugiego, innego od nas "ja". Może poza Ukrainą
nie pamiętam, bym w jakimkolwiek innym kraju w Europie tak cholernie rzadko
słyszał "przepraszam", "proszę", "dziękuję". Tak rzadko
spotykał się z bezinteresowną życzliwością osoby publicznej. To chyba mały
wycinek wielkiego problemu Polaków- tego, że wzajemnie sobie za grosz nie ufamy,
wierzymy w nieustanną walkę, nawet kompromis nie jest tu "osiągany" ale
trzeba na niego "pójść". I to się niestety nie zmienia.
himoto   |09.02.2012 20:56:24
Pani Agnieszko,
wyrazy współczucia, wiem jaka to trauma. Niemniej jednak, kiedy
emocje opadną, trzeba działać, napisać skargę do dyrekcji szpitala, rzecznika
praw pacjentów i TVN. W tej kolejności właśnie :). Przekonałam się już, ze same
magiczne słowa: "ok, to ja w takim razie wzywam koleżanki i kolegów z
TV" działają cuda.
Mam nadzieję, że operacja się powiodła, że nie ma
komplikacji i ze wiadomo jak ustawić dietę, by rodzice nie osiwieli, a dziecko z
głodu nie padło.
P.S. www(wyrodne, wredne, władcze).matki.górą.
OSt   |09.02.2012 21:01:23
Ojej, jak bardzo wiem o czym jest ten felieton. Dziękuję za niego!
Miranda  - szukam mam mowiacych NIE   |09.02.2012 22:48:00
Witam
mialysmy (jednak i Coreczka i ja, nie tylko-Ona) operacje w Instytucie
Matki i Dziecka przy Kasprzaka w Warszawie, dla nas najbardziej nieludzkie bylo
rozlaczenie nas podczas pierwszej nocy po operacji (dziecko musi byc samo od
21ej do 6tej rano),jestem przekonana ze wewnetrznych przepisow Chirurgii w tym
szpitalu nie mozna tak zostawic-cieszac sie ze juz jestesmy po, przepisy te sa
niezgodne z Karta Praw Pacjenta, z Konstytucja, z przepisami Unijnymi, zamierzam
powiadomic o tym wszystkie odpowiedzialane instytucje; Rzecznika Praw Dziecka,
Rzecznika Praw Obywatelskich, Ministerstwo Zdrowia, Wojewode etc etc, SZUKAM MAM
GOTOWYCH PODPISAC SIE POD PISMEM, mowiacym o przepisach i zwyczajach panujacych
na Chirurgii, powaznie rozwazam zaczecie od osobistego spotkania z Panią
Ordynator, zeby byc fair, nie dlatego zebym wierzyla, ze to cos pomoze, pismo
bedzie przygotowane przy pomocy prawnika, jesli chcesz brac udzial w tej
inicjatywie-prosze napisz.
BTW: Pani Agnieszko, dokladnie tak a nawet gorzej,
bardzo dziękuje za artykuł. pozdrawiam m.
bonobo   |09.02.2012 22:57:20
szpitale to dno. trzeci swiat. wystarczy poczytać relacje kobiet, których
nieszczęściem było poronienie. jak byly traktowane przez personel, lekarzy.
calkowity brak informacji, poszanowania intymnosci, szacunku. i coz mozna
zrobic? skarga do dyrekcji? co zrobi dyrektor szpitala swojemu koledze -
ordynatorowi oddzialu z ktorym lubi sobie czasami spić koniaczek? nic. rzecznik
praw pacjenta? ma powywracane na takie aspekty jak: prawo do informacji, do
poufności, poszanowani intymności i godnosci. wiem, bo pisalam skarge na szpital
w ktorym mialam nieszczescie przebywac :/. rzecznik sie takimi pierdołami nie
zajmuje. chyba tylko tvn zostaje ;)
WojD   |10.02.2012 00:51:07
Instytutów z sercem w logo jest kilka. Jakoś to serce łatwo wpisuje się w tę
ideę… I czasem się dziwię, że aż tyle serca dla pacjentów mają pracujący w
nich lekarze - choć tak wiele złości i niechęci od nich - no, może raczej od ich
rodziców - otrzymują.
I rozumiem - i dziwię się jednocześnie.
Moje
doświadczenia są dobre - może dlatego, że nie mam aż tak roszczeniowej postawy.
Staram się rozumieć, że tam pracują ludzie - a nie automaty - i że ich też może
boleć głowa - i może dlatego na mój uśmiech i uprzejmość reagują …uśmiechem i
uprzejmością. Czasem tylko spojrzą jak na wariata.
Pani Agnieszce życzę
uśmiechu właśnie - to skuteczny oręż. Skuteczniejszy od jadu.
mamagda   |10.02.2012 00:57:42
Na oddziałach poporodowych bywa podobnie. Kobieta może z powodu stresu i
wyjątkowości sytuacji zapomnieć o formach grzecznościowych i oznakach uległości,
które powinna szacownym położnym zademonstrować, zostaje jej to jednak
przypomniane. Budzi się matkę o 5-6 rano (jeśli śpi) na mierzenie temperatury
(zapisanie odczytu następuje jakąś godzinę później, więc gdyby zdążyła zasnąć,
wyrwie się ją z tego haniebnego braku czujności). Po godzinie z hukiem otwiera
drzwi salowa, a potem następuje pochód-obchód, słyszany już z odległych krańców
korytarza, przypominający wizytę króla ze świtą. Czekałam tylko na karzełka,
który wychodząc tanecznym krokiem zamknie za wszystkimi drzwi.
shalott   |10.02.2012 19:07:42
@WojD: dosyć bezczelna ta twoja insynuacja, że przykrości ze strony
personelu to wina autorki.
mamagda   |11.02.2012 00:38:44
Oczywiście nie cały personel jest taki. Wiadomo, są wyjątki. Widziałam, jak
ogromną pracę za psychologów, których w szpitalach brak, wykonywały pielęgniarki
zajmujące się kobietami, które poroniły. Szczerze je podziwiałam. Nie były
oczywiście do nikogo wyznaczone, ale widziały i wyczuwały, kto wsparcia
najbardziej potrzebuje. Zwłaszcza po tym, jak lekarz-żartowniś rzucił coś w
rodzaju: "zostały tam jeszcze jakieś farfocle".
Nawet (naprawdę
doświadczona) położna w szkole rodzenia po pokazaniu zagranicznych filmów
dokumentalnych o porodach itd. uznała za stosowne wspomnieć o przepaści
dzielącej sposób traktowania pacjenta u nas i w krajach na zachód czy północ od
Polski.
WojD   |11.02.2012 16:25:04
@shalott: to nie insynuacja, lecz stwierdzenie faktu wynikające z
doświadczenia w uśmiechaniu się i uprzejmości :) Sam też inaczej potraktuję
kogoś dla mnie miłego - a inaczej pałającego nienawiścią…
shalott   |12.02.2012 02:27:58
@WojD: nie, to właśnie bezczelna insynuacja, bo nie byłeś tam i nie mogłeś
widzieć, czy AG pałała do kogoś nienawiścią. Fajnie, że masz tyle doświadczenia
w uśmiechaniu się (nawet emotkę umiesz wstawić, jak super!), ale Twoje
doświadczenie nie zmienia faktu, że można być nieuprzejmie potraktowanym bez
wcześniejszego pałania nienawiścią.

Patrz, Ty potrafiłeś powiedzieć coś
niemiłego o zachowaniu osoby, której nie znasz i w sytuacji, której nie
widziałeś, oraz z miejsca przyjąłeś niemiły, protekcjonalny ton. Mimo że AG ani
jadu ani nienawiści Ci nie okazała. Naprawdę zdarza się doświadczyć krzywdy od
bliźniego bez żadnej prowokacji.
sanetrama  - dlaczego szpitale są takie smutne   |14.02.2012 09:12:08
Traf chciał, że niedawno napisałam tekst o tym samym problemie
http://notatkimlodejmatki.blox.pl/html
zapraszam do lektury i dyskusji. Moja
koleżanka podpowiedziała - a może rozpętać akcję podobną do tej "Rodzić po
ludzku"?. "Leczyć po ludzku"?
Anonimowy   |14.02.2012 16:58:37
Brawo shalott.
pepperann   |21.02.2012 17:52:49
Trzeba zwrócić też uwagę na to, że całkiem niedawno zezwolono rodzicom na
przebywanie z dziećmi w szpitalach. Sama z dzieciństwa pamiętam oddział
szpitalny, gdzie nie wolno było wchodzić rodzicom, gdzie cały czas płakały
niemowlęta. Cały czas… Więc niby jest lepiej. Na pewno lepiej. Ale rodziców
traktuje się jak bydło, każe się spać kobietom w połogu na ziemi a o 6:00 koniec
spania. Pielęgniarki zrzucają na nich całą pracę pielęgnacyjną. Jeśli któreś
małe dziecko zostaje samo chociaż na godzinę, żadna pielęgniarka nie zajrzy,
uważa że inne matki mają się zająć.

Ja miałam to szczęście, że mimo fatalnych
warunków dla rodziców, trafiłam na dobrych i życzliwych lekarzy
przynajmniej…

Po szpitalu nieraz rodzice dłużej do siebie dochodzą niż
dziecko.
wuz   |21.02.2012 19:56:55
a gdyby wydrukować ten felieton i powiesić go ukradkiem na różnych tablicach
informacyjnych w tych szpitalach?
Andrzej  - Odgrzewany kotlet   |23.02.2012 04:00:21
Temat jest stary jak świat. Motywację autorki rozumiem: znalazła się w trudnej
dla siebie sytuacji. Choroba dziecka, to najgorsza wiadomość dla każdego
rodzica. Uczucie strachu i niepewności zrozumie tylko ten, kto go doświadczył.
Każdy z nas reaguje wtedy inaczej. Szukamy pomocy za wszelką cenę. Gotowi
jesteśmy na wszystko. Oddać własne życie? Oczywiście! Zabić? Jeśli tylko to
pomoże - nie ma problemu. Ale myśli, które nas w tym stresie nawiedzają rzadko
bywają konstruktywne i logiczne. W wielu z nas trwogę wzbudza angina, która
dopadła nasze dziecko. Innym wydaje się, że współczesna medycyna poradzi sobie z
każdym nowotworem. Przecież mamy XXI wiek i wszystko można - to tylko kwestia
dobrej woli lekarzy. Niestety medycyna nie zawsze potrafi pomóc. Bywa też, że
efekty leczenia nie zawsze są zgodne z naszymi oczekiwaniami - zostają blizny,
niedowłady przykurcze. Nasza córeczka była przed chorobą taka piękna!
Zapowiadała się na modelkę, a tu co? Tragedia - została wielka szpecąca blizna!
Bo jakiś niedbały konował tak nasze dziecko oszpecił!!! Nie każdy potrafi
zrozumieć jak kruche jest życie dziecka i nie każdy pojmie, że lekarz nie jest
bogiem i nie zawsze jest w stanie przewidzieć jak zakończy się leczenie. W
dzisiejszym świecie lansuje się model profesjonalisty - człowieka, który wie
wszystko ze swej dziedziny i zna odpowiedź na każde pytanie. Taki model w
zawodach medycznych, to mrzonka, bo gdzie rozpoczyna się a gdzie się kończy
dziedzina zawodowej działalności lekarza lub pielęgniarki? Wszędzie i nigdzie.
Czy hematolog ma być jednocześnie endokrynologiem, psychologiem, dietetykiem
doradcą finansowym, wróżką? Zrozpaczony rodzic tak by chciał. Oczekuje od
placówki służby zdrowia, żeby przeprowadziła go przez chorobę dziecka szybko,
bezstresowo, przyjemnie, bez zbytniego angażowania sił i środków finansowych i z
poszanowanie indywidualności mamy, taty, babci, partnera itp. Byłoby
fantastycznie, ale to mało realne w publicznej służbie zdrowia. Większość z nas
nie oczekuje od fiata Panda osiągów Porshe - to potrafimy zrozumieć, ale tego,
że lekarz nie poświęca nam i naszemu dziecku dostatecznej uwagi to już nie. No,
nie, przecież on musi być na każde zawołanie. Gdyby miał jednego pacjenta,
mógłby mu poświęcić 8 godzin (to też byłoby dla nas zbyt mało), ale ma 30.
Trudno jest zrozumieć, że pielęgniarka, która ma do wykonania określone zlecenia
w określonym czasie nie przejmuje na siebie jeszcze obowiązków psychologa (czy
na każdym oddziale jest psycholog?) i przyjaciółki od serca. To co nieraz bierze
się za brak empatii wynika najczęściej z zaangażowania w konkretne zadanie.
Praca pielęgniarki wymaga niesłychanego skupienia i uwagi. Czy autorce nie
zdarzało się zapomnieć o czymś, gdy ktoś ją zagadał? Mnie się zdarzało. Że
dziewczyna zapomni podać lek jakiemuś innemu dziecku. To co? Najważniejsze żeby
uczesała główkę naszemu.
Moim zdaniem problem polega na tym, że coraz trudniej
przychodzi nam (członkom tego społeczeństwa) radzenie sobie w sytuacjach
trudnych. A to za sprawą zmian kulturowych. Wbrew pozorom wiemy coraz mniej o
sobie samych i o sobie nawzajem. Jesteśmy coraz bardziej roszczeniowi a
jednocześnie od siebie samych wymagamy coraz mniej. Chcemy być wolni ale
jednocześnie pragniemy żeby wszystko było zadekretowane, zapisane i ustalone.
Pragniemy wyrażać w sposób nieskrępowany swą indywidualność a jednocześnie od
innych wymagamy tłumienia uczuć. Nieszczere zachowania innych raz krytykujemy a
raz bierzemy za dobrą monetę. Jednym słowem zatracamy zdolność życia w
społeczeństwie. Niemałą winę ponosi za to środowisko dziennikarskie, które
utwierdza nas w przekonaniu, że zachowania uznawane dawniej za poprawne są złe i
na odwrót.
Uderzmy się czasem nie w cudze ale we własne piersi. Zrozumiejmy, że
szpital to nie warsztat samochodowy, do którego wstawiamy zepsuty wóz, dostajemy
samochód zastępczy i żyjemy jak by się nic nie stało. Gdy nasze dziecko
zachoruje, to nasze życie się zmienia. Musimy coś przewartościować. Musimy
zapomnieć o własnych oczekiwaniach, marzeniach i własnym szczęściu. Musimy sami
się z tym zmierzyć i dać z siebie wszystko. Lekarze i pielęgniarki a czasem
psychologowie załatwią za nas to czego sami nie potrafilibyśmy zrobić ale i my
sami musimy się trochę pozmagać z problemem. Nie oczekujmy od innych, że będą
nas traktować jak pępek świata.
Sam zmagałem się z choroba dziecka. Nie
pamiętam, w jaki sposób i kto się do mnie zwracał, jak mnie tytułował. Miałem
poważniejsze zmartwienia. Nie jestem lekarzem, ale sporo się nauczyłem, bo
chciałem. Nie jestem salową ale nie uwłaczało mi, że sprzątam wymiociny. Byłem
szczęśliwy, że w jakimkolwiek stopniu mogłem pomóc swojemu dziecku. Przeżyło,
choć mogło umrzeć. Gdyby umarło, kto byłby winny? Nawet gdybym znalazł winnych
jakie to miałoby znaczenie?
Mówię więc, że felieton jest odgrzewanym kotletem,
bo setki podobnych już napisano i tysiące jeszcze powstaną i nic z tego nie
wynika. Owszem można na lekarzy nasyłać TV, prokuratora, inspekcję
robotniczo-chłopską i co tam jeszcze komu do głowy przyjdzie. Można przeforsować
ustawy o tym jak kto się ma do nas odzywać i, że musi się uśmiechać ale będzie
to tylko gra. A czy rzeczywiście chodzi nam o to żeby teatralizować życie? Taki
spektakl nie będzie miał sensu - w przypadku klapy kasa nie zwróci za bilety.
Lepiej byłoby poczytać o tym jak żyć naprawdę.
Marta  - doświadczenia   |26.02.2012 23:34:33
Ze szpitalami doświadczenia każdy ma różne. Ja akurat byłam z dwuletnim synkiem
przez tydzień w szpitalu. Zwykłym dziecięcym. Bez logo chyba. I nie pamiętam,
jak się do mnie zwracały pielęgniarki, ale na pewno pilnowałyśmy kroplówek,
podtrzymywałyśmy rączki, same karmiłyśmy. I kiedyś było tak, że się dzieciaka
zostawiało i nim zajmowały się pielęgniarki. Wiem, że my wykonywałyśmy ich
pracę, ale o to nam właśnie chodziło - chciałyśmy być przy dzieciach.

Pielęgniarki wiedziały, że bez nas miałyby bardzo trudno. Mi wydaje się to
wręcz niemożliwe, żeby kilka pań obsłużyło kilkanaście dzieci z kilkugodzinnymi
kroplówkami - tu trzeba było przy maluszkach być non stop.
Nie wiem, czy
mówiły do mnie per Pani, ale na pewno były miłe i pomocne. Wiele nieprzyjemności
wynikało z tego, że przepisy nie pozwalały nam np. spać na łóżkach z dziećmi czy
śpiworach - dostawałyśmy po kryjomu łóżka polowe, by rankiem je po kryjomu
chować przed obchodem. Ale byłyśmy za nie bardzo wdzięczne. Myślę, że jeśliby
mnie źle traktowali, to i tak bym nie pyskowała - bo od nich zależy to, jak
zostanie podane lekarstwo, wenflon czy cokolwiek innego. Ale trzeba też
pamiętać, że często rodzice mają wymagania zbyt wybujałe. Jak na możliwości
polskiej służby zdrowia.
Większość czekania i braku odpowiedzi wynikała z tego,
że pielęgniarki i lekarze też nie wiedzieli po prostu. Ale nam to mówili. Że po
prostu nie wiedzą, kiedy będą wyniki. Nie wiedzą, kiedy może być lekarz na
miejscu. Za mało lekarzy i pielęgniarek. Za dużo pacjentów.

Ale w tekście
zabija ton, jakim się do ludzi odnoszą ludzie. Przykre to. Nic takiego nie
pamiętam.
kot   |27.02.2012 09:45:11
Niezależnie od treści, a może przez nią.
Felieton znakomity pełen pasji i
czarnego humoru.
suirepalc  - masakra jakaś   |06.03.2012 14:39:24
Kiedyś czytałem podobne opowieści - jak wygląda przyjmowanie dziecka na izbie
przyjęć:

http://samawtoniewierze.blogspot.com/2
011/07/moje-szpitalne-wspomnienie.html

A ja sam jak kiedyś odwiedzałem, żonę
usłyszałem od pielęgniarki: "coooo jeeest, a gdzieee tu wchoodziii!" -
odpowiednio modulowanym głosem dajacym do zrozumienia, że właśnie ona teraz
będzie odreagowywała na mnie swoje frustracje. No ale to pikuś w porównaniu z
tym co czytam tutaj i w tym podanym powyżej linku
seiendes  - To ostatnie podrygi dawnej epoki   |09.03.2012 02:20:18
Współczuję Pani, ale to był chyba wyjątkowy pech. Pielęgniarki, salowe - nawet
te starsze, potrafią być w ciężkich chwilach hospitalizacji dziecka
sympatyczniejsze i pomocniejsze, niż bizantyńskie panie doktor (choć de facto
tylko "lek.med."). Choć bywają lekarze-tyrani (jeśli ktoś był kiedyś w
klinice kardiochirurgii w Rabce, wie o kim mowa), którzy rodzica zmieszają z
błotem i zeklną, ale to poza i maska, za którą pełen profesjonalizm i troska i o
małego pacjenta się skrywa - co po paru latach do człowieka dochodzi.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 17.02.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.94797 Seconds