> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Nudziarstwo, czyli geje i lesbijki jako rodzice Drukuj
Agnieszka Graff   
03.01.2012

Dwa smutne pingwiny, podrzucone im jajo, cudny pisklaczek, wielka miłość i rodzinna sielanka - oto w wielkim skrócie fabuła wydanej parę lat temu w Polsce książeczki Z Tango jest nas troje, która ma oswoić dzieci z ideą nieheteroseksualnej rodziny.

Historia jest oparta na faktach - w nowojorskim zoo doszło do udanej gejowskiej adopcji, a pingwinia homorodzina przetrwała sześć lat. Staś lubi pingwiny, ale średnio interesuje go fakt, że Tango ma dwóch tatusiów. Ma, to ma, widać tak też bywa. Dużo istotniejsze jest to, że jajo robi TRRRAACH i pięknie pęka, z czego wszyscy bardzo się cieszą. Stasio też się cieszy i mówi, że jajo pochodzi od kury, mleko od krowy, a kakałko to chyba od misia (Staś nie jest do końca pewien).

Nabywam młodemu książkę o rolnictwie, ze szczególnym uwzględnieniem mleczarstwa i hodowli kurczaków, sama zaś dalej zgłębiam kwestię gejowskiej adopcji. Temat jest wybuchowy. Homofobia ma w Polsce niejedną twarz, ale nic bardziej obrońców tradycji nie rozjusza niż perspektywa homorodzicielstwa jako dopuszczalnej kulturowo opcji. „Zboczeńcy powinni być z mocy prawa pozbawiani możliwości demoralizacji dzieci” - to jeden z najłagodniejszych wpisów na portalu „Wyborczej” pod tekstem o tym, jak się w Polsce żyje „tęczowym” rodzinom.

Otóż żyje im się trudno. Wychowują dzieci w izolacji od własnych rodziców, którzy najczęściej odcinają się od córki lesbijki czy syna geja i nie chcą mieć nic wspólnego z wnukami. Prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog, który prowadził na ten temat badania, twierdzi, że najostrzej szykanowane są przez rodziny młode lesbijki. Homofobów zajmuje wizja inwazji gejów na ośrodki adopcyjne. Tymczasem problem tkwi nie w utrudnieniu dostępu do adopcji. Dramatem jest to, że rodzice nieheteroseksualni mogą zostać pozbawieni praw rodzicielskich do własnych, biologicznych dzieci, urodzonych w heteroseksualnych związkach, kochanych i zaopiekowanych.

Nie wiem, jak się w Polsce sprzedaje książeczka o Tango, ale grupa docelowa jest spora. Dzieci żyjących w rodzinach nieheteroseksualnych jest u nas od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy (to dane z raportu Kampanii przeciw Homofobii). Wobec ryzyka, że sąd potraktuje ich rodziców jak przestępców i odbierze im dzieci, trudno się dziwić, że się ukrywają, a organizacje walczące o prawa mniejszości chodzą wokół kwestii prawa do adopcji na paluszkach: że ten-tego, kiedyś tak, ale może jeszcze nie pora.

Na moje oko kochająca się rodzina lesbijska czy gejowska jest dla malucha o niebo lepsza niż wędrówka po rodzinach zastępczych i bidulach. Choroba sieroca to nie przelewki, napatrzyłam się i swoje wiem. A co z dziećmi „zboczeńców”? Otóż na miejscu sądu nękałabym nie mamę lesbijkę, ale wredną babcię, którą bardziej od szczęścia wnuka interesuje, z kim sypia jej córka. Dzieci chcą być kochane, od orientacji seksualnej rodziców większe znaczenie ma częstotliwość przytulania i regularność posiłków.

Póki co zajrzyjmy do odległej krainy, gdzie Tango jest bestsellerem, a książeczka o małej Heather, co ma dwie mamusie, należy do zleżałej klasyki. Otóż homorodzicielstwo jest w Stanach tematem… nudnym. Na dręczące konserwatystów pytanie: jaki to ma wpływ na dzieci??? - odpowiedź psychologów brzmi: żadnego. Nie uczą się ani lepiej, ani gorzej. Nie mają ani większej, ani mniejszej skłonności do depresji. Poziom pewności siebie mają przeciętny. A jeśli chodzi o orientację seksualną, to rozkład jest taki sam jak wśród dzieci wychowanych przez heteryków. Z badań wynika tylko jedna istotna różnica: ludzkie odpowiedniki puchatego Tango w nieco mniejszym stopniu przyswajają sobie stereotypy płciowe.

W poszukiwaniu sensacji zaglądam do miesięcznika dla nieheteroseksualnych rodziców. Spotyka mnie zawód. „Gay Parenting” zajmuje się mniej więcej tym, co „Dziecko”: uczy, jak karmić, jak dyscyplinować, podaje adresy fajnych przedszkoli i szkół, reklamuje wózki i nosidełka. Jedyny niestandardowy temat to porady, jak wyjaśnić dziecku, że jego rodzice to geje lub lesbijki. I tu wracamy do punktu wyjścia, czyli takich książeczek, jak Tango. Przy kolejnej lekturze Staś pyta, czy jajka kurze robią TRRRACH tak samo, czy może głośniej niż jaja pingwinie. I skoro są jaja, to czy mamy szanse na małego pingwina w lodówce. Ja zaś się zastanawiam, czy doczekam czasów, gdy temat orientacji seksualnej stanie się w Polsce nudny.

  

Żródło: miesięcznik „Dziecko”

Komentarze
Dodaj nowy
viking   |03.01.2012 16:54:17
Jak zwykle: dużo słusznych uwag, ale też sporo nierzetelności
intelektualnej.
Autorka najpierw cytuje zdanie, według którego bardziej
szykanowane są lesbijki, po czym sama zauważa, że w dyskursie publicznym straszy
się głównie gejami.
Skoro straszy się gejami, to znaczy, że łatwiej nimi ludzi
przestraszyć, co może mieć przełożenie na ich gorszą sytuację w takich kwestiach
i sprawia, że teza o większych problemach lesbijek, staje się ryzykowna, nawet
jeśli ją cytuje Lew-Starowicz. Choć rozumiem, że w żadnym kontekście, nie wolno
feministce rezygnować z wizji, według której kobiety zawsze mają gorzej. Także
lesbijki od gejów. Aczkolwiek i tak jest cudem, że w roli "złej osoby"
wystąpiła babcia a nie dziadek, więc nie będę się już czepiał;))
Mam natomiast
problem z nazywaniem bluzgających internautów "obrońcami tradycji",
ponieważ także tej "rodzinnej" tradycji, można bronić nie nazywając
nikogo "zboczeńcem" i pani Graff dobrze o tym wie, bo nie gdzie indziej,
jak w Stanach, jest trochę takich ludzi.

Główny problem z homoadopcjami, nie
polega na tym, że rodzice tej samej płci, są gorsi od domów dziecka lub rodziców
wychowujących samotnie.
Rzecz w tym, że państwo wprowadzając taki przepis,
decyduje się na sytuację, w której nierówno traktowane będą dzieci.
Wyobraźmy
sobie dwójkę maluchów, które czekają na adopcję. Jeden i drugi trafi do
kochających rodziców- pierwszy homoseksualnych, drugi heteroseksualnych.
Tylko
to pierwsze dziecko będzie niejako z góry wtłoczone w taką sytuację, która
będzie groziła drwinami rówieśników, ostracyzmem społecznym.
Moim zdaniem, tu
jednak jest pewien problem, którego nie można nie brać w dyskusjach na ten temat
pod uwagę.
Nie jedyny zresztą.
Kontrowersyjne jest również to, że dyskurs wokoło
homoadopcji eliminuje płeć, jako istotny czynnik.
Tymczasem, dzieci dwóch ojców
lub dwóch mam, rzeczywiście nie oszaleją i nie będą upośledzone społecznie, ale
będą odczuwały pewnego rodzaju brak rodzica drugiej płci, dokładnie tak samo,
jak odczuwają go dziś dzieci wychowywane przez samotnych ojców i samotne matki.


Takich problemów do przemyślenia jest kilka i myślę, że nie można przed tym
uciekać. Ale w jednym, muszę pani Graff przyznać rację: Polska jest jeszcze
niegotowa na taką debatę.
Głównie dlatego, że słuszna dyskusja na temat
sytuacji dzieci, które znajdą się w, jednak, dosyć nowej sytuacji zmienia się w
dyskusję, w której udowadnia się osobom homoseksualnym, że są w taki czy inny
sposób niezdolne do rodzicielstwa, zboczone, szalone czy Bóg wie co.
To jest
właśnie generalny problem "poprawności politycznej".
W Szwecji, czasem
może człowieka trafić szlag, gdy widzi, jak elita za każdą cenę unika dyskusji
na temat islamu. Ale z drugiej strony wiadomo, że gdy się ją tylko zacznie,
przestanie ona być "dyskusją o islamie" i prędzej czy później stanie się
dyskusją o "czarnuchach, którzy powinni wracać skąd przyszli".
Szczególnie na forach dużych gazet, które są fenomenem wartym poważnej
socjologicznej analizy, ponieważ wszędzie na świecie są miejscem obsadzonym
przez pozbawionych jakiegokolwiek szacunku dla drugiego człowieka fanatyków,
których w jakiś magiczny sposób do siebie przyciągają.
Twórzmy idee, nie CO2   |03.01.2012 18:27:56
U pani to jak zwykle niezłe ideologiczne "przesunięcie" akcentów, w
jakimś innym celu. Czyta się to, niby normalka, ale w każdym akapicie drzemie
gwóźdź. Dobrze by, czytając panią, przeczytać wcześniej Wzniosły obiekt
ideologii Żiżka. Jako takie intro do pani tekstów.

Już nie chodzi o to, czy
się popiera rodziny homo, czy nie, nie chodzi o to, jak z tymi pingwinami i jak
to widzi pani syn, nie chodzi o to, jak faktycznie jest z dziećmi homo, bo w
efekcie dzieje się to, co pani mówi ale czego nie dostrzega: temat staje się
nudny i w Polsce, ale jakoś postępu w oddawaniu dzieci gejom i lesbijkom nie
widać.

Otóż jeśli dla pani płeć jest taką zupełną luzacką sprawą, zrozumiałe
są i te wszystkie obsuwy: "nieco" mniejszy stopień przyswojenia,
"szukam sensacji i nie znajduję", itd. No dobrze, tylko dlaczego miałyby
być sensacje i czego rzekomo pani oczekuje? Że w rodzinie homo geje będą uczyć
dzieci latać albo nauczą czegoś, czego nie nauczą ojciec i matka? Może ta pani
wizja ma nieco skrzywiony kształt i warto ją przemyśleć od serca ponownie? Nie
jestem ani zwolennikiem ani przeciwnikiem jakoś szczególnie, ale pani teksty to
przewałka za każdym razem, gdy się to czyta. Jak pani to robi? Nie nudzi to już
pani? Te ciągłe ciągoty w stronę takiego bajeru, że dym leci i siarkę czuć.

I a
propos: jak się u pani dziecka pojawi seksualność wówczas zapyta o te dodatkowe
rzeczy, o które dziś nie pyta, a pani to z taką oczywistością oznajmia jako
"dowód" w sprawie. Rzecz właśnie w tym, i tutaj dotyka pani sedna: w
pewnym wieku dzieci wyłącznie nieświadomie pewne rzeczy przyswajają, ale i
wyrażają: chcą mieć rodziców jak inne dzieci, i chcą być kochane jak inne
dzieci, bez jakichś szczególnych uwag czy "za" albo "przeciw".
Dopiero nieco później dochodzą kwestie seksualności, więc proszę się tak nie
dziwować, że syn nie pyta o płeć pingwinów.
Voy   |04.01.2012 00:53:52
Jesoo, co sie stanie jak naprawde to bedzie dopuszczalne? Uciec, ale dokad???
Spokojny   |04.01.2012 10:30:11
Któryś z Chińczyków spytany co myśli o rewolucji francuskiej odpowiedział, że
jest jeszcze za wcześnie aby ocenić to wydarzenie. Trudno wyczuć, na ile
odpowiedź była wynikiem tego, że nie miał pojęcia o co go pytają, a na ile
rzeczywistej błyskotliwości ale tak czy siak jest to odpowiedź mądra. Badania na
które się Pani powołuje można podzielić na dwie grupy. Pierwsza, to porównania
problemów dzieci samotnych matek z problemami dzieci wychowywanych przez
homoseksualne pary. Okazuje się, że patrząc ilościowo stan dzieci wychowywanych
przez pary homoseksualne nie jest na chwilę obecną gorszy. Co jest bardzo
niepokojącym wynikiem, bo skądinąd wiadomo, że dzieci wychowywane przez samotne
matki mają o wiele gorsze wyniki w nauce, trudniejszy start życiowy, trudniej
się adaptują w grupie rówieśniczej, jako dorośli zarabiają mniej, częściej się
rozwodzą, szybciej kończą edukację, popełniają więcej przestępstw i szybciej
zachodzą w nieplanowane ciąże. Tak po prostu jest i jest na to mnóstwo badań,
więc jeśli dzieci par homoseksualnych są opisywane jako wcale nie gorsze to jest
słabo.
Druga grupa badań, to badania na dzieciach w wieku maksymalnie 13, 14
lat. Z tych i innych wychodzi już na tym etapie jedna znacząca różnica -
dzieciaki z tych rodzin w mniejszym stopniu przyswajają stereotypy płciowe. Dla
jednych to dobrze, dla drugich niedobrze. Dla mnie ani dobrze ani niedobrze, ale
chciałbym na przykład wiedzieć jak chłopcy wychowywani przez parę lesbijek będą
się adaptować w wyłącznie męskiej grupie rówieśniczej w wieku dojrzewania, jakie
będą zarobki i kariera takich osób kiedy się staną dorośli i jak będą wyglądać
ich związki. Na tym co Pani określa mianem stereotypu płciowego opiera się póki
co całe funkcjonowanie człowieka więc stwierdzenie, że ktoś przyswaja je mniej
albo bardziej to nie jest byle co, tylko poważna, nawet najbardziej
fundamentalna różnica. Ja bym chciał wiedzieć, jak wygląda reakcja takich dzieci
na sytuacje trudne, sytuacje dużej presji, zagrożenia fizycznego itd. Przy czym,
co też ważne, chciałbym to wiedzieć na podstawie badania prowadzonego zgodnie z
zasadą kontrolowania pozostałych zmiennych. Na przykład zmiennej wykształcenia
rodziców, bo wiadomo, że póki co jeśli dziecko wychowywane jest przez parę
gejów, to są to raczej faceci lepiej wykształceni niż reszta i porównanie
wynikow ich wychowanków z wynikami wychowanków rodziny dwojga bezrobotnych nie
ma sensu. Chciałbym to porównać z wynikami dzieci z rodzin o podobnym statusie w
okresie co najmniej 30 lat. Póki co nie ma takich badań, więc rozgłaszanie, że
na pewno jest dobrze to czysta ideologia.
Spokojny   |04.01.2012 10:50:10
Inna jeszcze rzecz to kwestia metodyki samych badań i wpływu obserwacji na
przedmiot/podmiot obserwowany. Wszelkie badania np. nad psychoterapią napotykaja
na taką trudność, że samo prowadzenie testów na psychoterapię wpływa. Jeśli jest
się w grupie eksperymentalnej i elitarnej i żyje się poniekąd jako reprezentant
i sztandar nowego projektu społecznego (a nie wyobrażam sobie, żeby te dzieciaki
tego nie czuły) to także nie jest to sytuacja obojętna dla udzielanych
odpowiedzi. W nowoczesnych naukawych badaniach psychologicznych
"amerykańskich naukowców" królują wciąż testy typu papier ołówek, gdzie
badanego po prostu pyta się wprost i dosłownie o różne sprawy. W takich testach
sfera deklaratywna jest bardzo silnie uruchomiona. Dziecko pary gejów czy
lesbijek doskonale wie, że jest badane właśnie dlatego, że jest dzieckiem takiej
pary więc czysta lojalność może mu kazać udzielać jak najlepszych odpowiedzi.
Demonstracyjne pokazywanie trudności, tak typowe dla nastolatków ze zwykłych
rodzin tutaj ma dodatkowy, zabójczy kontekst i jestem niemal pewien, że to
wpływa na wyniki. Jednym z możliwych sposobów rozwiązania tego problemu jest
prowadzenie badań wyłącznie metodami nie uruchamiającymi sfery deklaratywnej.
Dobrym przykładem są tu badania na zależność/niezależność od pola prowadzone
przez Cusumano i kogoś tam jeszcze nie pamiętam dokładnie, prowadzone na grupie
synów samotnych matek. Badania te wykazały bardzo znaczące różnice w porównaniu
z grupą kontrolną, znacznie różniące się od wyników testów werbalnych typu
papier-ołówek/pytanie-zakreślenie odpowiedzi. Inna możliwa metoda, to testy
projekcyjne i testy z użyciem biofeedback, neuroobrazowania itd. Takich się o
ile wiem na tych grupach nie prowadzi, więc póki co pozostaje jedynie czekać co
pokaże życie. A na to będzie trzeba czekać co najmniej ze dwadzieścia lat. Póki
co, Pani wnioski Pani Agnieszko są zdecydowanie za wczesne. A, i ta para
pingwinów się rozpadła kiedy wprowadzono samicę. Jakieś trzy dni temu gdzieś o
tym czytałem.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ Spokojny   |04.01.2012 14:59:50
Ten zapytany o rewolucję Chińczyk nazywał się Mao Tse Tung. Na rewolucjach
myślę, trochę się znał.

A co do tych badań, to trochę już ich jest,
szczególnie oczywiście na francuskim gruncie. Nie za wesoło to wygląda, z tego,
co ogólnikowo się orientuję. Ale też prawdą jest, że odkąd istnieje możliwość
adopcji u par homo, zaledwie 4-5% z całości tej grupy chce adoptować w ogóle
dzieci i tak jak mówisz, są to pary o wysokim statusie i wykształcone.
daras1983   |04.01.2012 15:20:53
Oj ciężkie czasy nastały na KP dla feministek.
daras1983   |04.01.2012 15:25:11
A dziś środa więc może jeszcze Pani Kinga Dunin się pojawi z nowym
felietonem.
Czekamy czekamy
viking   |04.01.2012 17:32:59
@ Twórzmy idee

Z tego, co zdążyłem sobie szybko wyszukać na ten temat, we
Francji jedynymi środowiskami, które stwierdzają, że coś jest nie tak z
homorodzinami są środowiska religijne oraz kilku poszczególnych psychoanalityków
lacanowskich. Poza tym przeważa pogląd reprezentowany przez panią Graff.
Podobno. Zdążyłem znaleźć tylko ogólne stwierdzenia a nie poszczególne badania,
więc mogę się mylić.
Natomiast mnie, szczerze mówiąc, mało interesuje co na
dany temat mówią francuscy intelektualiści, ponieważ Francja, prawie w takim
stopniu jak Skandynawia (choć czasem w inny sposób), jest terenem wyjątkowego
zamiłowania do fantazmatów i pseudointelektualnego pierdu-pierdu. Nie jest
przypadkiem, że to właśnie tam tego chińskiego mędrca, o którym tu mowa, do dziś
taki Badiou otacza kultem.

Dlatego bardziej mnie interesuje co się na ten temat
mówi np. w Niemczech lub państwach anglosaskich.
Przeczytałem sobie szybko, jak
to wygląda w Stanach. I okazuje się, że rzeczywiście wszystkie istotne
organizacje psychologiczne lub zajmujące się prawami dziecka, są po stronie
Graff i pingwinów;)
Uwagi dotyczące metodologii, jakie ma Spokojny są ciekawe i
warte przemyślenia, ale na tyle, na ile pani Graff, nie będąc ekspertką w
dziedzinie psychologii mogła się w tej sprawie zorientować, przedstawiła ją
rzetelnie, choć zgadzam się, że nie bez wycieczek w swoje ideologiczne strony.

W każdym razie American Psychiatric Association, Child Welfare League of
America, American Academy of Pediatrics to zdecydowanie nie są organizacje,
których autorytet jest za słaby, żeby się na niego powoływać.
Luźno  - Panowie   |05.01.2012 00:18:04
…do pana spokojnego- wymaga pan od popierających adopcje dzieci przez pary
homoseksualne wyników badań, których nigdy nie przeprowadzano nawet dla par
hetero. Pytania o przyszłe zachowania chłopców wychowanych np przez dwie
lesbijki i ich postępy w grupach wyłącznie męskich można przecież odwrócić i
zapytać, czy i na ile procent w takich grupach radzą sobie chłopcy wychowani
przez pary hetero. Zna pan takie badania? Ano.
Do pana vikinga- pan tak na serio
uważa, że państwo jest kontra adopcjom przez pary homo, głównie dlatego, że dba
o to, by dzieci nie były potem dyskryminowane? Żarcik taki noworoczny czy może
żyjemy w innych pastwach?
Spokojny   |05.01.2012 08:28:37
Dzieciństwo sielskie anielskie
Młodość chmurna durna
Wiek męski, wiek
klęski
Z badaniami psychologicznymi w ogóle jest ten kłopot, że ich wyniki
traktuje się w mediach tak jak wyniki każdych innych pomiarów, na przykład
pomiarów fizycznych. Zupełnie przy tym ignoruje się fakt, że to co jest mierzone
to w istocie konstrukty teoretyczne oparte na kulturowych wzorcach myślowych,
zwykle zupełnie przeźroczystych dla ich twórców, bo ci przekonani są, że
uprawiają naukę prawie w niczym nie różną od fizyki. Ale to tylko jeden kłopot.
Drugim kłopotem, tu akurat bardziej istotnym jest kwestia standaryzacji testów.
Warto wiedzieć, że wynik surowy każdego testu psychologicznego nie daje się
zinterpretować jeśli nie zostanie umieszczony w kontekście normy. Normę tworzy
się pokoleniowo dla grupy wiekowej, płciowej i często także grupy wedle miejsca
zamieszkania. Stąd jeśli na przykład mierzysz uznanym testem poziom
neurotyczności mężczyzn afgańskich i samotnych kobiet z dużego europejskiego
miasta i wychodzi co ten sam wynik, to wcale nie znaczy, że badani uzyskali ten
sam wynik surowy. Ten sam wynik surowy testu uzyskany przez dziecko w kolejnych
pokoleniach oznacza zupełnie coś innego, bo istnieje zmiana pokoleniowa która
zmienia samą normę testu. Wielu badaczom to umyka. Inna sprawa - konstrukty
teoretyczne które się bada niekoniecznie odzwierciedlają praktykę życiową.
Dziecko czternastoletnie może się niewiele różnić pod względem neurotyczności,
ekstrawersji czy psychotyzmu, ale wychowane bez tych nieszczęsnych
"stereotypów płciowych" może po prostu nie być w stanie zbudować sobie
społecznej bazy która właśnie dzięki tym stereotypom powstaje. Mnie najbardziej
interesowałyby wyniki nie tyle testów papier ołówek, co już pisałem, ale wyniki
życiowe dorosłych osób wychowanych w takich rodzinach. Ich poziom dochodów,
trwałość ich związków, ich skuteczność jako rodziców, ich pozycja socjometryczna
itd. Wiele badań koncentruje się na tym, by odpowiadać na bezsensowne zupełnie
zarzuty - na przykład dotyczące identyfikacji seksualnej. Identyfikacja ta jest
w głównej mierze wrodzona, podobnie jak większość różnic międzypłciowych, więc
wychowanie jej nie zmieni. Ale sposób traktowania związków to trochę więcej niż
identyfikacja homo vs hetero. Jeszcze co do tych różnic międzypłciowych -
różnice są wrodzone, tak jak istotowa jest różnica między żelazem a ołowiem. Z
ołowiu dobrego śrubokręta nie zrobisz, ale kawałek dobrego żelaza to też jeszcze
nie śrubokręt. Wychowanie dostosowane do płci umożliwia harmonijny rozwój zgodny
z nią. Inaczej powstaje na przykład zagubiony mężczyzna błądzący w
hiperkompensacjach albo zaprzeczeniach, czy dziewczynka która po pierwszej
miesiączce przestaje jeść bo już nie wie czym ma tę matkę-przyjaciółkę od siebie
odepchnąć. Pewne problemy psychologiczne ujawniają się dopiero na określonych
etapach rozwoju. Testy papier ołówek robione dzieciom nie wszystko wykażą. Na
razie ja osobiście powiedziałbym, że nie wiem jak jest z takim wychowaniem i
myślę, że to jest uczciwa odpowiedź.
Spokojny  - @ Luźno   |05.01.2012 15:51:44
Tak oczywiście znam takie badania. Żeby je znać, wystarczy przecież znać
jakiekolwiek psychologiczne badania czegokolwiek, bo przecież dokładnie sto
procent wyników wszelkich badań na ludziach dokonywanych przez psychologię to są
badania na osobach wychowywanych przez pary hetero, więc coś niecoś tu jednak
wiadomo. Ludzie są przez kilkanaście tysięcy lat przez takie pary wychowywani,
wyrosło sporo pokoleń na takim wychowaniu więc myślę, że mamy już jakąś wiedzę o
tym jak to działa. Wiedza zdobyta w ciągu lat piętnastu nie może być z tym
porównywana. Nie może być też porównywana z wiedzą zdobytą metodami aspirującymi
do naukowych w ciągu ponad stu lat rozwoju psychologii na tysiącach ludzi
wychowanych przez pary hetero. Wyjątkiem są tu te nieliczne badania na dzieciach
które od niedawna wychowywane są przez bardzo nieliczne pary homo. Jeśli chodzi
o adaptację w grupie rówieśniczej męskiej, to akurat tutaj porównania między
chlopcami wychowywanymi przez pary, a wychowywanymi przez inne układy
rodzicielskie są dość liczne i wyniki są ewidentne. Chłopcy wychowywani z
udziałem ojca radzą sobie najlepiej, chłopcy wychowywani przez dziadków nieco
gorzej, ale dają sobie radę, wychowywani przez samotne matki radzą sobie tutaj
bardzo źle lub wcale. Nadrabiają hiperkompensacją lub zaprzeczeniem. Czyli układ
rodzicielski ma wpływ. Oznacza to, że układ kolejny - homoseksualna para - też
jakiś wpływ mieć musi bo nie wyobrażam sobie, żeby wszelkie układy alternatywne
dawały różnicę a ten jeden jedyny - homoseksualna para rodzicielska - był
dokładnie identyczny w swoim wpływie jak każdy inny z rózniących się od siebie
wzajemnie pozostałych.
Warto sobie uświadomić jeszcze jedno. Mamy pokoleniową
zmianę układu rodzinnego w ogóle, standardem staje się rodzina patchworkowa i to
co się bada to od wielu lat układ coraz bardziej dynamiczny. Wiąże się ta zmiana
z pojawieniem się bardzo wielu nowych zaburzeń u dzieci i młodzieży. Epidemia
anoreksji, nadpobudliwość, alkoholizm dzieci i młodzieży, przestępczość dzieci i
młodzieży, trudności w akceptowaniu norm to są rzeczy które pojawiają się coraz
mocniej i wiążą się między innymi z generalnym brakiem stabilności opieki
rodzicielskiej. Na tym tle przebadanie paru grup kilku, czy kilkunastolatków
wychowywanych przez pary homoseksualne i wskazanie, że w porównaniu z resztą nie
ma znaczących różnic na paru wybranych wymiarach testów wydaje mi się mało
przekonujące. Tym bardziej, że większość z tych badań skupia się jak już
wspomniałem na odpowiadaniu na pytania nie mające sensu. To nie w tym sprawa, że
dziecko takiej pary będzie homoseksualne, bo to po pierwsze żaden kłopot a po
drugie to nie od wychownia zależy. Problem w tym, jak ono wpisze swoją
heteroseksualność w społeczny układ.
zaciekawiona  - Hm…   |05.01.2012 15:38:24
Skoro w dyskusji o dopuszczalności adopcji chodzi rzekomo przede wszystkim o
dobro dzieci, a dzieci samotnych rodziców radzą sobie w różnych aspektach
gorzej, jak zostało tu wspomniane, to dlaczego nie ma debaty o odebranie osobom
samotnym prawa do adopcji? Przecież takie prawo obecnie mają. Czyżby jednak te
powody to było tylko mydlenie oczu?
shalott   |05.01.2012 20:38:19
@zaciekawiona: oczywiście że mydlenie.

@Spokojny:
"Ludzie są
przez kilkanaście tysięcy lat przez takie pary wychowywani"

Nie byli.
Tzw. rodzina nuklearna to stosunkowo niedawny wynalazek. Normą było raczej
wychowanie przez grupę. Zwykle byli to blisko spokrewnieni ludzie, ale mało
które dziecko mogło liczyć na tyle uwagi biologicznych rodziców ile współczesne.
Więzy rodzinne i społeczne wyglądały zupełnie inaczej.
shalott   |05.01.2012 20:48:30
@viking
Cytat:
Tylko to pierwsze dziecko będzie niejako z góry wtłoczone w taką sytuację,
która będzie groziła drwinami rówieśników, ostracyzmem społecznym.


Głupie to, walczyć z uprzedzeniami przez dyskryminację. To może z
troski o czarnych powinno się zostawić w autobusach segregację rasową:
żeby uchronić ich przed drwinami.

"Tymczasem, dzieci dwóch
ojców lub dwóch mam, rzeczywiście nie oszaleją i nie będą upośledzone
społecznie, ale będą odczuwały pewnego rodzaju brak rodzica drugiej
płci, dokładnie tak samo, jak odczuwają go dziś dzieci wychowywane przez
samotnych ojców i samotne matki."

To nie jest
"dokładnie tak samo". Nie ma żadnych przesłanek, żeby myśleć,
że dziecko oczekuje jakiejś płci po swoich opiekunach. Oczekuje uwagi,
opieki, przytulania, karmienia itd. Owszem, dzieci samotnych
rodziców często odczuwają dotkliwie brak drugiego rodzica, ale to
dlatego, że tak odczuwa to ich ojciec/matka i że ojciec/matka często ma
mniejsze lub większe problemy związane ze swoją samotnością.
Rodzice homo nie odczuwają w swoim związku żadnego braku.
adamss.   |05.01.2012 21:35:30
jestem gejem. Wspomniany w tekście "mniejszy stopień przyswajania
stereotypów płciowych" uważam zdecydowanie za plus (ze swojej perspektywy
dorosłego człowieka żyjącego poza owymi stereotypami). Jednak mam wątpliwości co
do samego mechanizmu przyswajania pewnych cech. Skoro zostałem wychowany w
tradycyjnej, wierzącej rodzinie heteroseksualnej a mimo to nie zostały mi
wpojone "stereotypy płciowe" (uważam się za osobę psychicznie
androgyniczną, dobrze czującą się w swoim męskim ciele), to nie można zakładać,
że rodzina homoseksualna wpoi dziecku jakiś konkretny wzorzec postrzegania
płciowości. Poza tym dziecko nie dorasta w izolacji, zamknięte w mieszkaniu z
parą gejów czy lesbijek. Wszelkie kontakty społeczne i tak dadzą mu obraz
heteronormatywnej większości, aczkolwiek dzięki swojej rodzinie będzie
wiedziało, że to nie jedyny wzorzec. Tu oczywiście pojawia się główny problem -
stosunku społeczeństwa do takich rodzin i ich dzieci. W środowiskach
wykształconych, zamożnych te dzieci faktycznie nie będą spotykały się ze
szczególnym ostracyzmem, będą akceptowane, nie wykażą zatem żadnych konkretnych
"odchyleń". Jednak co by było gdyby taka rodzina trafiła na owiane złą
sławą blokowisko? do mieszkania komunalnego? możemy się tylko domyślać…
Problem nie leży wewnątrz homoseksualnej rodziny, tylko w stosunku społeczeństwa
do niej, a tego zmienić nie jest łatwo i lekceważyć byłoby głupotą. Dlatego sam
chyba nie odważyłbym się na adopcję, to znacznie większa odpowiedzialność niż
adopcja w rodzinie hetero. Większa odpowiedzialność i większe ryzyko. Uczucia
prawdziwego podziwu dla homorodziców mieszają się we mnie ze strachem. Wiele
zależy od środowiska do jakiego to dziecko trafi.
viking   |06.01.2012 00:25:59
@ zaciekawiona

To jest bardzo słuszna uwaga, ale zauważ, proszę, że nikt z
biorących udział w tej dyskusji, nie popiera odbierania dzieci.
Także to raczej
pytanie do tych, którzy takie pomysły zgłaszają.
Luźno  - re: @ Luźno   |06.01.2012 01:19:08
Tak oczywiście znam takie badania. Żeby je znać, wystarczy przecież
znać
jakiekolwiek psychologiczne badania czegokolwiek, bo przecież dokładnie
sto
procent wyników wszelkich badań na ludziach dokonywanych przez psychologię
to są
badania na osobach wychowywanych przez pary hetero, więc coś niecoś tu
jednak
wiadomo. Ludzie są przez kilkanaście tysięcy lat przez takie pary
wychowywani,

Ano nie są właśnie. Rodzinka z tatusiem i mamusią plus dziadkowie,
z jasnym podziałem ról płciowych to jednak, wbrew legendom, nie jest pomysł
jaskiniowców, tylko XIX wiecznych mieszczan. Czy w reszcie odpowiedzi (bo jednak
konkretnych badań pan raczy nie podawać) sugeruje pan, że wszyscy lub większość
np chłopców nie radzących sobie dobrze w grupie rówieśniczej męskiej to
wychowankowie np samotnych kobiet? Przecież równie dobrze można znaleźć miliony
przypadków (i zapewniam- badań to potwierdzających), że większość chłopców
mających kłopot z poczuciem własnej wartości, poczuciem przynależności do grupy
albo pewnością siebie to wychowankowie silnych, zdecydowanych i bezwarunkowo
stawiających wysoko poprzeczkę ojców. Strasznie dużo pan się odwołuje do
powszechnego myślenia o tym, że od tysięcy lat coś się "sprawdza",
podczas gdy to wcale żadne tysiące lat nie funkcjonuje, a i z tym sprawdzaniem
jest kiepsko. Poza wszystkim, jak ktoś już zauważył, jeśli istotną wartością ma
być dostarczanie przez rodzinę wzorców postępowania dziecku, to przecież rodzina
dziś to nie tylko para rodziców- może nawet to nie oni najczęściej z tym
dzieckiem przebywają, zapędzeni w wyścigu szczurów. To dziadkowie i babcie,
szkoła i rówieśnicy, znajomi i przyjaciele, czasami parami, rodziców tychże.
Bardzo często związki lesbijskie utrzymują serdeczne i bliskie kontakty z
przyjaciółmi- mężczyznami. A co do jakiejś dysfunkcjonalności samotnych matek
jako wychowawczyń swych dzieci- może największy problem wynika tu nie z braku
ojca, ale właśnie z samotności wobec wszystkich wyzwań życia codziennego?
Praca+dom+dziecko na jednej osobie spoczywające to aż nadto, żeby system się
chwiał.
viking   |06.01.2012 01:27:03
@ Spokojny

Twoja uwaga dotycząca potrzeby zbadania kwestii
heteroseksualnych relacji, heteroseksualnych dzieci homoseksualnych par, zamiast
koncentrowania się na przerobionym już tysiące razy pytaniu, dotyczącym
możliwości "uczenia kogoś" innej orientacji niż ta, którą ma, jest
absolutnie strzałem w dziesiątkę.

Mam natomiast problem z inną kwestią, o
której mówisz. Piszesz:
"Wychowanie dostosowane do płci umożliwia
harmonijny rozwój zgodny
z nią."
Zasadniczo to prawda. Również twierdzę, że
dla osoby heteroseksualnej, tożsamość płciowa jest potrzebna, by mogła sobie
ona radzić w relacjach z płcią przeciwną.
Tylko ty znów tam, gdzie
reprezentujesz punkt widzenia, który jest ci bliski, stawiasz nad nim tę swoją
wielką kropkę (po wielkich słowach), która mnie nieco przygniata.
Ja się
domyślam, na podstawie tego, co czytam, że np. pani Graff każde mniej typowo
"chłopackie" zachowanie swojego synka świętuje jak pierwsze kroki i
pierwsze ząbki. Trochę mnie to bawi, muszę przyznać.
Ale myślę też, że w
szerokiej skali społecznej, mimo wszystko częściej jest np.tak, że wrażliwy
chłopiec, jest dręczony wyobrażeniami o tej "zgodności" przez tatusia,
który chce by był bokserem lub piłkarzem albo przez mamusię, która zawsze lubiła
bad boyów i teraz nie chce mieć syna nerda i okularnika.
I to jest tak samo
destrukcyjna ingerencja w jego tożsamość, jak ściąganie go z każdego drzewa,
nakazywanie mu by sikał na siedząco czy wręczanie lalek, gdy on woli auta.
Zazwyczaj kończy się to tak, że wychowany w ten sposób facet albo jest
karykaturalnie "męski" i zachowuje się jak chłopiec w wieku
gimnazjalnym albo też ma zryte związki właśnie dlatego, że żyje w wiecznym,
wmówionym mu poczuciu, iż nie jest "man enough". Coś jak F.Kafka.
No i
niby jest "zgodnie" a i tak do dupy.
Ja bym powiedział tak, że rodzice
ogólnie powinni starać się zrozumieć i zaakceptować psychikę swojego dziecka.

Płeć jest jej istotnym komponentem i daje o sobie znać, ale nie zawsze w ten
sam sposób. Wszelkie próby dostosowania dzieci do swoich wyobrażeń, stereotypów,
ideologii itd. kończą się źle. Nie ważne czy ów plan dotyczy "zrobienia z
dziecka mężczyzny" (według często dość dziwnej definicji tego słowa) czy też
przemienienia go w absolutnie politycznie poprawny, bezpłciowy twór.
Płeć JEST
istotnym czynnikiem, ale czy na pewno takim "sine qua non"???
Gdyby ktoś
wziął sobie to Twoje zdanie tak całkiem na serio, to mógłby stwierdzić, że w
takim razie geje mogą adoptować tylko chłopców a lesbijki dziewczynki. To by
oczywiście za bardzo rozpalało umysły niektórych ludzi, więc do tego nigdy nie
dojdzie.
Ale jestem sobie np. w stanie wyobrazić, że gdyby to Twoje zdanie
zostało uznane za jakąś oficjalną wykładnię, ktoś mógłby wpaść na (logicznie z
niego wypływający) pomysł, by w przypadku sporów rozwodowych, ojcowie mieli
większe szanse zdobycia opieki, gdy obiektem sporu jest syn a matki, gdy córka.
Ja bym czegoś takiego nie chciał.
I to chyba będzie MOJA wielka kropka (bo
przecież nie twierdzę, że ja nigdy jej nie stawiam:)).

@ shalott

Nie
mówię, że należy zapobiegać dyskryminacji dzieci z rodzin homo poprzez
niedopuszczanie do ich (tzn. tych rodzin) zaistnienia.
Mówię natomiast, że
państwo oddając jedno dziecko rodzinie nieobarczonej przewidywalnym ryzykiem
ostracyzmu ze strony środowiska a drugie dziecko obarczonej, może traktować
nierówno te dzieci.
Oczywiście możesz tu powiedzieć, że państwo przyznaje też
dzieci rodzinom bardzo zamożnym i mało zamożnym, co również determinuje ich
życiowy start.
To prawda. Dlatego traktuję to, co napisałem wyłącznie jako
jedną z wielu kwestii do przemyślenia a nie jako jakiś twardy argument przeciwko
homoadopcjom.
Spokojny   |06.01.2012 01:32:46
Mam wrażenie, że mylisz orientację seksualną z odnajdywaniem się w roli typowej
dla płci. To nie jest dokładnie to samo. Jeśli już jesteśmy przy odnajdywaniu
się w grupie rówieśniczej męskiej, to wcale nie trzeba być homoseksualistą, by
mieć problem z czymś takim. Wystarczy nie mieć wzorców meskiego zachowania. Nie
umieć posługiwać się kodem, bo nie ma od kogo się tego nauczyć. Chłopcy
wychowywani wyłącznie przez matki mają męski typ agresywności, bo to jest
wrodzone. Ale nie mają na to nałożonej ramy tworzonej przez meski wzorzec w
efekcie czego w ich rozwoju pojawia się mnóstwo problemów o których wspominałem
już wyżej. Tak zwany stereotyp płciowy to oprócz krzywdzących bzdur także pewien
zasób wiedzy o tym jak zachowuje się facet, czego od niego się oczekuje, jak
facet wyraża niezadowolenie, jak załatwia konfliktowe sprawy, dzięki czemu
zdobywa szacunek otoczenia, jak traktuje swoją partnerkę, związki, jak się
odnosi do dzieci itd. Jeśli takiej ramy i wzorca nie ma, jeśli nie ma kogoś kto
uczy tego kanonu, zostaje czysta, nieobrobiona wrodzona męska agresywność i
popędowość i w efekcie masz albo bandziora ulicznego, który musi coś udowodnić
czego nigdy nie będzie do końca pewien, albo faceta który w życiu od matki nie
odejdzie i będzie na niej żerował, tak jak ona będzie żerować na nim, albo don
juana. Tyle wiemy o wychowywaniu przez matki synów, o córkach mi sie już nie
chce rozpisywać. To nie dyskwalifikuje takich matek całkowicie, ale nieobecność
ojca to czynnik który wpływa na rozwój i jest istotny. I tylko o ten fakt tu
chodzi. I wnioskuję, że jeśli taki czynnik wpływa, to fakt wychowywania przez
homoseksualną parę także jakąś różnicę, w sumie obecnie nam nawet nie znaną bo
te badania to nie jest póki co żadna wiedza, no więc taki fakt wychowywania
przez tę parę też wpływał jakoś będzie.
Zaciekawiona, ja nie piszę tego w tym
kierunku, żeby komuś czegoś zabronić, odebrać czy uniemożliwić. Po pierwsze
dlatego, że to by była strata czasu. W takich sprawach, jak zreztą we wszystkich
sprawach obyczajowych zdecyduje po prostu rynek. Jeśli będą homoseksualne pary
chcące mieć dziecko to w taki lub inny sposób swego dopną. Żyjemy w świecie,
który nie toleruje rezygnowania z własnych pragnień z uwagi na normy czy
cokolwiek więc to tylko kwestia czasu kiedy pary które chcą dziecko mieć,
dostaną czego sobie zyczą. I nie feminizm im to zapewni, tak jak nie feminizm
dał kobietom prawo jazdy, tylko kapitalizm. Poza tym istnieją różne układy
rodzinne i tworzą one bardzo zróżnicowane psychologiczne profile. Z niektórymi
żyć łatwiej, z innymi trudniej, ale jakimi kryteriami to oceniać? Czy życie don
juana jest takie złe? Ja nie wiem. Mam paru kumpli gejów, w życiu bym im nie
powiedział, że nie mogą, nie wolno im, nie mają prawa itd. Niektórych wychowuje
wilczyca, innych dom dziecka, innych rodzinka z reklamy margaryny a innych para
gejów wyjęta z politycznie poprawnego, obalającego stereotypu familijnego filmu
o szczęśliwej gejowskiej rodzince. A jeszcze innych para gejów która się bije co
drugi dzień bo jeden z nich jest już stary i gruby, a drugi młody i napakowanu i
chodzi do klubu gdzie w ciągu pięciu minut wyrywa co chce i ma rocznie około 300
partnerów. A jeszcze inni dorastają w rodzinie gdzie mama jak się upije to nie
chce wracać z imprezy do domu tylko tańczy z panami i chochocze a tata wtedy
tłucze ją po buzi do krwi i później ona lata po koleżankach pokazując siniaki a
on siedzi w warsztaciku na dole i remontuje stare zegary nie rozmawiając z
nikim. Do następnej rodzinnej imprezy. Wszystko to wpływa jakos na rozwój.
Jedyne przeciw czemu protestuję, to przeciw opowiadaniu bzdur, że nie wpływa, że
nie ma znaczenia czy ojciec, czy matka, czy kobieta czy mężczyzna, czy homo, czy
hetero bo wszyscy jesteśmy po prostu świetlistymi duszami pozbawionymi brudu
jakichkolwiek biologicznych właściwości. Bo to są brednie. Człowiek bez płci nie
istnieje.
viking   |06.01.2012 13:04:15
@ Spokojny

Nie rozumiem czemu miałbym mylić orientację seksualną z rolą
płciową. Miałem, szczerze powiedziawszy, wrażenie, że ty je mylisz, kiedy na
swoim blogu stwierdziłeś, że gej i maczo to dwie odwieczne i (jakżeby inaczej!)
niezmienne opozycje.
Ale zostawmy to, bo o tym już napisałem na Twoim
blogu.

Jeżeli mówisz o pewnej ramie zachowań, o pewnych konwencjach a nie o
dostosowywaniu dzieci do czyichś wyobrażeń, na temat tego jaki ma być mężczyzna/
jaka ma być kobieta to się z Tobą zgadzam. Ja też uważam, że płeć ma znaczenie
i, jak napisałem wcześniej, również uważam za głupotę takie programowe,
ideologiczne udawanie, że jest inaczej.
Z tego powodu, w 95% się z Tobą zgadzam.

Te 5%, z którym polemizuję, to Twoja dogmatyczność w niektórych
kwestiach.
Najpierw wspaniale się rozprawiasz z wiarą psychologów w naukowość
ich dziedziny a potem nagle wyskakujesz z takimi "niezaprzeczalnymi
psychologicznymi prawdami", jak z tych poradników, które czekają latami w
Taniej Książce na kogoś, kto się nad nimi zlituje i je kupi.
Ty masz rację
mówiąc, że płeć będzie istnieć zawsze i, że ten fakt można wykorzystywać twórczo
zamiast go postrzegać jako problem.
Pani Graff ma rację mówiąc, że w
społeczeństwie istnieje bardzo dużo idiotycznych stereotypów.
Tylko to, co was
łączy, to coś takiego, co Berlin zauważał w marksizmie. Tzn. wyodrębnienie w
analizie danego problemu jakiegoś elementu i opisywanie całego tego problemu a
nawet całego świata przez jego pryzmat.
I wówczas (podkreślam to!) nie chodzi o
to, że ten element jest nieprawdziwy, tylko o to, że nie jest jedyny.
W
przypadku was obu, elementem tym jest płeć.

Ty jesteś np. pewny, że jak syn
"nie odchodzi od matki" to dlatego, że nie ma "ram płciowych
zachowań".
A ja mówię: zapewne często tak jest.
Ale jestem sobie np. w
stanie wyobrazić, że nie odchodzi dlatego, że miał przez całe dzieciństwo
poczucie, iż ją musi chronić i teraz nie umie się go pozbyć. A miał je może
właśnie dlatego, że istnieje płeć i, że z ramami czy bez, taki odruch, instynkt
obronny, najczęściej się u chłopców pojawia.
Poza tym cały ten psychoanalityczny
dyskurs (wszystkie te "nieodcięte pępowiny", "kompleksy Edypa" i
"imiona Ojca" i "fallusy") jest cholernie passe.
Dzisiaj głównym
problemem dzieci jest to, że rodzice trzaskają kasę i mają je w dupie a nie to,
że ich miłość jest zaborcza.
Jak wiesz, miałem to (nie?)szczęście spędzić trochę
czasu w państwie, w którym ten dyskurs "odchodzenia od rodziców" jest
tak silny, że niektórzy odchodzą tak radykalnie, że nie wiedzą czy ich
osiemdziesięcioletni rodzice jeszcze żyją.
I tak się składa, że jest to chyba
najbardziej chore psychicznie społeczeństwo Europy (ja nie znam ani jednego
Szweda powyżej 40. który by nie łykał jakichś piguł), cierpiące na chroniczną
samotność, nie potrafiące zupełnie radzić sobie w związkach, które to rozpadają
się z byle powodów.
Owszem, moim zdaniem niepewność Szwedów w związkach, ich
problemy tożsamościowe są zdecydowanie produktem tych feministycznych utopii
bezpłciowego społeczeństwa, których ja też nie lubię.
Ale te wszystkie
freudowskie dyrdymały nie są od nich wiele lepsze.
Spokojny  - @ Viking   |06.01.2012 20:43:01
Kiedy pisałem o myleniu, to nie do ciebie tylko do adamssa. Z tą opozycją geja i
maczo to sprawa jest nieco bardziej złożona i pewnie jeszcze się dojaśni
natomiast co do nieodchodzenia od matki, opiekuńczości i tak dalej, to jak
najbardziej ma to związek z płcią. To co piszesz o problemach dzieciaków z
rodzicami trzaskającymi kasę to prawda, niemniej istnieją zaburzenia typowe dla
płci, skąd wychodzi, że płeć ma znaczenie. Anoreksja na przykład występuje u
dziewczynek, co wiązałbym z wycofaniem ojca, który nie jest w stanie w tej
osłabionej pozycji przerwać relacji matki i córki opartej na idei karmienia.
Anoreksja jest sposobem dziewczynki na zrobienie tego, co ojciec powinien zrobić
ale nie robi. Płeć. W naukowość empiryczną psychologii nie bardzo wierzę, bo
dwuwymiarowe mapy to nie to samo co terytorium :) ale w sensowność analitycznego
dyskursu generalnie owszem wierzę. Czy jest passe..? Ja mam taką zasadę, że
mówię swoje. Swaróg też jest passe.
viking   |07.01.2012 12:09:53
@ Spokojny

Jeśli chodzi o anoreksję to 1 z 10 chorych jest mężczyzną a
procentowy udział mężczyzn wśród chorych jest o wiele większy np. wśród
uprawiających sporty wymagające szczupłej sylwetki (czyli np. sporty
narciarskie). Zresztą wśród kobiet ta choroba też w niektórych środowiskach
występuje częściej niż w innych (np. balet, świat mody). Czynnik społeczny jest
tu bardzo istotny, ale ty zdaje się, nie lubisz go brać pod uwagę tak samo, jak
pani Graff nie lubi "płci mózgu".

To, co piszesz na temat
"wycofania ojca" i "karmienia", jest tezą o dokładnie takiej
strukturze, jak tezy feministyczne. Nie przypadkiem niektórzy filozofowie
liberalni wskazywali na podobieństwo psychoanalizy i marksizmu i nie przypadkiem
feminizm korzystał z obu tych tradycji myślowych.
Ty sobie powiesz, że za
anoreksję odpowiada brak ojca. Pani Graff, że patriarchat. Ani jednej, ani
drugiej spośród tych tez nie da się zweryfikować inaczej niż w ramach tego
dyskursu, z którego się te tezy wyprowadza.
Ty wierzysz w rolę ojca, jako
"trzeciego", który przerywa symbiozę z matką. Pani Graff wierzy w moc
męskocentrycznego dyskursu. Na mocy tej wiary, każdy problem jaki zostanie
poddany do dyskusji, będziecie interpretowali z pozycji tej konkretnej
perspektywy, która wam odpowiada.
Problem polega na tym, że gdybyście razem
wymieniali różne czynniki, które na coś mogą wpływać, mielibyście pewnie wiele
racji. To widać na Twoim przykładzie anoreksji.
Z pewnością istnieje społeczna
presja na młode dziewczyny, by były szczupłe. Ale bardzo możliwe, że mądry
ojciec, potrafi nastoletniej dziewczynie przekazać inny obraz męskości niż ten z
"ELLE" i, że brak takiego kogoś w wychowaniu nastolatki, może mieć dla
niej złe konsekwencje.
Dopóki feminizm, marksizm, psychoanaliza są jedynie
pewnym opisem, wszystko jest w porządku.
Gorzej, gdy stają się przepisem.

I tu,
nie obraź się Spokojny, ale mam wrażenie, że w takich dyskusjach jesteś trochę
jak Tomasz Piątek. Jemu się wydaje, że jednym obrządkiem chrześcijaństwa jest w
stanie unieważnić drugi.
Tobie, że jednym modelem opisu sytuacji jednostki,
skompromitujesz drugi.
Kiedy odnosisz pewne tezy feministek do, choćby nawet
subiektywnie przez Ciebie postrzeganej, ale jednak pewnej rzeczywistości, której
one programowo nie dostrzegają, Twoje wnioski są świetne. Podobnie, kiedy
przypominasz im o pewnych empirycznych badaniach nauk przyrodniczych, o których
również wolą nie pamiętać, wówczas także jest i fajnie i śmiesznie.
Ale kiedy
próbujesz pokazać, że ich model opisu jest fałszywy, bo słuszny jest inny model
opisu, to jest to wyłącznie dyskusja na temat WIARY.
I to mnie właśnie dziwi, że
ty tak świetne racjonalne i weryfikowalne argumenty (jak choćby te na temat
metodologii) mieszasz tak łatwo z nieweryfikowalnymi teoriami.
A ja bym ich nie
mieszał, bo jak tu przyjdzie jakiś teoretyk gender, to ci zacytuje takie teorie,
które od Freuda, Lacana i kogoś tam jeszcze wywodzą, iż płeć jest zapisaniem
dyskursu na ciele (nie mówiąc już o takiej Iragaray i jej teoriach). I jak mu
powiesz, że nie jest? Co najwyżej inaczej interpretując, tego samego Freuda i
Lacana. Bo z psychoanalizy to sobie można wywieść wszystko;))
Tomek Sawyer  - o nikłej ważności wychowania   |07.01.2012 22:16:00
Mamy tendencję do przeceniania roli rodziców i wychowania w procesie kształcenia
osobowości dziecka. Ten błąd popełnia bardzo wiele osób, niezależnie
"za" czy "przeciw" takim a nie innym modelom wychowania i
rodziny się opowiadają. Tymczasem okazuje się, że (o ile dobrze pamiętam
procentowy układ sił), wpływ rodziców (poza genetyką) to coś około 5%. 45% to
genetyka. A pozostałe 50%? Pozostałe 50 to grupa (grupy) rówieśnicze i pewne
mechanizmy, które rozwijają się niezależnie od starań mamuś, tatuś, gejuś i
lesbuś.
Spokojny  - @ Luźno, Tomek Sawyer   |08.01.2012 16:09:35
Pisze Pani:

Przecież równie dobrze można znaleźć miliony
przypadków (i zapewniam-
badań to potwierdzających), że większość chłopców
mających kłopot z
poczuciem własnej wartości, poczuciem przynależności do grupy
albo
pewnością siebie to wychowankowie silnych, zdecydowanych
i bezwarunkowo
stawiających wysoko poprzeczkę ojców


z tymi badaniami na które ja się nie powołuję to było tak. Parę lat
temu pisałem sporą pracę Osobowość mężczyzn wychowywanych bez udziału
ojca. Początkowo miałem taki plan, by wszystko zrelatywizować
udowadniając, że brak ojca nie ma znaczenia. Przekopałem się przez bazę
danych o badaniach EBSCO, przez trochę mniej książek ale jednak trochę
ich było i generalnie musiałem z tego początkowego pomysłu zrezygnować, bo
się nie udało. Można zrelatywizować ocenę wpływu braku ojca w sensie
osądu wartościującego powstałą różnicę, natomiast istnienia samego
wpływu zanegować się nie dało. Konkretnych badań w tym momencie nie
zacytuję z banalnego powodu. Nie mam już tej pracy w elektronicznej wersji
bo straciłem ją razem z laptopem, a odzyskanie pliku to za
dużo zachodu. Proponuję, niech Pani sobie załatwi dostęp do EBSCO i
nie tylko do tego tematu jest jak znalazł. Związek między wychowaniem (to
też do Tomka Sawyera) a funkcjonowaniem dzieciaków istnieje, co widać
po wynikach w nauce, przestępczości, pozycji socjometrycznej
dziecka, używkach, samobójstwach etc. Próbowałem udowodnić że jest
inaczej, ale mi się to nie udało. Co do tych złych ojców, warto uświadomić
sobie co to jest "wpływ ojca" i "udział
ojca". Generalnie chodzi o taką sytuację, w której ojciec może
wystąpić jako przewonik, bo to jest niezbędne. Jeśli ojciec jest obecny ale
wrogi, to przewodnikiem nie zostaje i wtedy jest to czasem zbliżone do
sytuacji jakby go wcale nie było. Z tego się nie da ulepić tezy, że on nie
jest w ogóle potrzebny i że płeć opiekunów nie ma znaczenia. Jeszcze
co do Tomka i procentów udziału, odpowiadania za procent zmienności
itd. Kiedyś modna była taka fraza, że człowiek używa tylko 10% swojego
mózgu. Nie wiem skąd to wzięto, ale to krążyło. Zawsze wtedy odpowiadałem
ludziom którzy to mówili, żeby sobie to spróbowali zwizualizować przez
wyobrażenie sobie, jak się amputuje te 90% i jak by wtedy człowiek
działał. Zazwyczaj pomagało. Podobnie proponuję teraz. Zwizualizuj
sobie, że rodziców, którzy odpowiadają jedynie za 5% zmienności wyników by
po prostu nie było. Nie ma rodziców, jest na przykład dom dziecka.
Naprawdę wierzysz, że to nie będzie rzutować?
Spokojny  - @ Viking   |08.01.2012 16:13:01
Anoreksja to nie to samo, co chęć pozostania szczupłym żeby mieć wynik w skokach
albo cheć zostania szczupłą żeby się podobać projektantom mody. W anoreksji nie
interesuje chorej czy jest ładna dla otoczenia czy nie. To problem z
inkorporacją jedzenia głównie. Jedna wizyta na oddziale psychiatrycznym dzieci
unaocznia to od razu. To u chłopców wyłącznie przy psychozie występuje,
natomiast większość klientów takich oddziałów to są po prostu anorektyczne
dziewczynki. Które są w stanie połknąć telefon żeby zawyżyć wagę na tyle, by
uzyskać prawo do spacerowania. To naprawdę nie jest naśladowanie modelek, serio.
Tomek Sawyer  - 10% mózgu   |08.01.2012 21:24:12
@Spokojny - z tymi 10% mózgu też mnie zawsze śmieszyło.

Ja nie bronię tezy,
że wpływ rodziców jest bliski zera, bo za słabo znam się na tym. Przytaczam
dane. Przyznam, że dla mnie samego te wyniki są dość szokujące i trudne do
przełknięcia. Ale co mam zrobić? Obrażać się na fakty czy odrzucać tę wiedzę,
która nie pasuje do mojego obrazu świata? Te przytoczone z pamięci, więc może
niedokładne dane, wziąłem z książki Judith Harris "Każdy inny" -
wyklętej przez środowisko psychologów… psycholog. Problem polega na tym, że
jej tezy zdają się być dosyć dobrze ugruntowane w faktach i powoli zdobywają
teren.

Teza ta brzmi naprawdę szokująco i idzie wbrew naturalnym intuicjom
rodziców (w tym moim), ale odpowiedź na pytanie, czy znaczenie ma, czy ktoś
wychowuje się z rodzicami czy w domu dziecka brzmi… ma: w około 5%. To jest
dość mało. Tu chodzi o rzecz bardziej subtelną. Znaczenie dla przyszłości
dziecka będzie miało czy wychowywało się w domu, czy w sierocińcu, ale z innego
powodu, niż się przypuszcza. Nie z powodu starań rodziców, ale z powodu innej
grupy rówieśniczej. Innymi słowy - proces wychowania i socjalizacji jest - jak
się okazuje - procesem znacznie bardziej zautomatyzowanym i niezależnym od
rodziców, niezależnym od tego, co dzieciakom przekazują (poza genami). Wyniki
badań mówią w skrócie tyle: rolę rodziców w wychowaniu przeceniamy o rząd
wielkości.

Myślę też, że szczególnie trudno byłoby się pogodzić z tą wiedzą
(jeśli z czasem okaże się prawdziwa, a nie stanie się kolejną pomyłką
psychologów) ludziom o wysokim stopniu empatii, współodczuwania i po prostu
miłości do innych. Znając twój wybitnie rozsądny styl komentarzy, świadczący o
ponadprzeciętnej cierpliwości, mogę przypuszczać, że należysz do takiej naprędce
wymyślonej kategorii.

Ciekawe byłoby to zderzyć z tymi badaniami o wpływie
ojców, o których wspominasz. Ale haczyk (hak?) pozostaje ten sam: co było realną
przyczyną odmienności w zachowaniach ludzi wychowywanych bez ojców? Brak ojca
sam w sobie czy odmienność środowiska, w którym dziecko się wychowywało? Obawiam
się, że bardzo łatwo tu o drobną pomyłkę i uznanie faktu drugorzędnego za
pierwszorzędny.

Ja się zresztą przyznaję otwarcie, że się na tym nie znam, nie
mam w tych sprawach doświadczenia. Być może to tylko intelektualna zabawa
slowami. A może nie.
viking   |09.01.2012 00:51:21
@ Tomek Sawyer

Przeliczanie skomplikowanych relacji, długotrwałych procesów
wraz z wszelkimi mogącymi potencjalnie zaistnieć lub nie zaistnieć
możliwościami, na procenty, z daleka pachnie szarlatanerią.
To zwykłe mieszanie
porządku nauk społecznych/ humanistycznych z porządkiem nauk przyrodniczych,
oparte na przekonaniu, że jak się swojemu opisowi czy odkryciu przyporządkuje
liczbę, to zyskuje ono walor prawdy.
Zresztą z tego, co zdążyłem szybko
przeczytać na temat tej psycholog, krytykowana była za nienaukowość swoich
metod, co potwierdza moją intuicję.

Poza tym tego typu teorie są dosyć mocno
osadzone w konkretnej presupozycji, jaką jest podejście deterministyczne.

Również bardzo modne i to zarówno na gruncie nauk przyrodniczych (determinizm
ewolucyjny, genetyczny itd.), jak i społecznych (wiara w moc "struktur",
takich jak choćby "patriarchat").
Na pytanie o to, na ile w ogóle
jesteśmy determinowani przez cokolwiek, da się odpowiedzieć tylko tak, że ani
nie jesteśmy w pełni przezroczyści wobec społeczeństwa, w którym żyjemy ani nie
jesteśmy "nieskażeni" naszą biologią. Nie można natomiast narysować
jakiejś linii, która by wskazała, które z naszych opinii, sądów czy nawet
zachowań są całkiem autonomiczne a które przez coś zdeterminowane i w jakim
stopniu.

Mały przykład:
złoty medalista w jakiejś tam dziedzinie, mówi, że
wszystko zawdzięcza rodzicom, bo zainteresowali go sportem, stworzyli możliwości
do jego uprawiania i wspierali go, gdy miał po drodze momenty załamania. On tak
CZUJE i ma też pewne racjonalne powody, by tak czuć.
I co? Da się to jakoś
unieważnić liczbą 5?
To są właśnie dwa generalne problemy takich perspektyw. Po
pierwsze zupełnie wymazują racjonalność jednostki. Ta nie jest pełna i
nieograniczona, tu się zgadzam, ale nie można jej nie brać pod uwagę.
Po
drugie bardzo często opierają się na absolutyzowaniu własnej perspektywy
badawczej. Nawet jeśli stwierdzimy, że sportowiec z mojego przykładu coś sobie
wmawia i nie jest tego świadomy, to i tak nie będzie jeszcze kropka, bo wówczas
trzeba by zbadać np. na ile to, co sobie wmawiamy na nasz temat staje się
samospełniającą się przepowiednią.
I jak ktoś np. obliczy, że znaczenie
wmawiania wynosi 70%, to i wpływ rodziców będziemy musieli uznać za o tyle
większy, o ile są tę "iluzję" swojego znaczenia w dzieciach w stanie
wzbudzić.
viking   |09.01.2012 01:12:08
@ Spokojny

Anoreksja sama w sobie nie jest chęcią bycia piękną i szczupła,
ale chęć bycia piękną i szczupłą generowana przez kulturę, jest jedną z przyczyn
mogących się przyczyniać do jej wystąpienia u dziewczyn będących w grupie ryzyka
z powodu występujących u nich innych czynników (np. cech osobowości czy relacji
rodzinnych a być może nawet czynników genetycznych) zwiększających ich podatność
na ów przekaz kulturowy.
Spokojny   |09.01.2012 01:22:00
Koncepty o których piszesz wcale nie są tak bardzo nieznane. Ostatnio jest na
nie moda, bo po pierwsze ludzie lubią rewolucje, a po drugie konsekwentny
empiryzm musiał w końcu psychologię w ten ślepy zaułek zaprowadzić. W Polsce też
jest już grupka lansujących "naukową psychologię" i zwalczających
"psychobiznes" którzy twierdzą to co Harris.
Czemu ślepy zaułek? Z dwu
powodów. Po pierwsze empiryzm badając wpływ próbuje wyodrębniać czynniki
nazywając je i definiując. Na przykład bierzemy czynnik "ekspresywność
matki" (przykład zaczerpnięty z książki samej Harris) i porównujemy go z
parametrem "akceptacja rówieśnicza". I czasem wychodzi korelacja, a
czasem, jak pisze autorka owa korelacja nie chce wyjść. No i jasne, że nie
wyjdzie, bo przecież "ekspresywność matki" to nie jest żaden istniejący
realnie byt, taki jak "pojemność silnika" albo "skok tłoka"
tylko jest to byt wirtualny, stworzony przez umysł badacza. Z tą akceptacją
rówieśniczą podobnie - ma ona różne formy, jest czymś n-wymiarowym i tyleż
oczywistym w intuicyjnym ujęciu co niemożliwym do matematycznego ostatecznego
uchwycenia. Bo życie to nie matematyka. Żadna "ekspresyjność matki" nie
istnieje odrębnie od całej matki, w tym problem. Tu kłopot kolejny. Czynniki,
które badacze próbują wyodrębniać nie istnieją obok siebie niezależnie. Nie leżą
równolegle. Czasem działają hierarchicznie, ale ta hierarchiczność nie jest
wcale jednokierunkowa. Pierwszy z brzegu przykład. Dzieci z domu dziecka
wychowują się w odmiennej grupie rówieśniczej i dlatego są inne niż dzieci
mające rodziny. To prawda. Ale czemu grupa rówieśnicza dzieci z domu dziecka
jest odmienna niż grupa rówieśnicza dzieci mających rodziny? No właśnie dlatego,
że to grupa dzieci nie mających rodzin :) W empirycznie wytresowanym, ociosanym
formalną logiką umyśle badacza, fana analizy regresji itd. każdy czynnik
istnieje odrębnie i bada się ich wzajemny wpływ na siebie. Ale w realnym życiu
nie ma czegoś takiego, jak "wpływ rodzica wyodrębniony od wpływu grupy
rówieśniczej" czy na odwrót. Dziecko wchodzi do szkoły mając za plecami
nadopiekuńczą mamę, więc jest wycofane. Jak jest wycofane, grupa rówieśnicza je
odrzuca. Jak je odrzuca, ono się skleja bardziej z mamą, od grupy izoluje, grupa
dzieciaka traumatyzuje. Co jest czynnikiem ważnym, co nieważnym, jakie tu wagi
wpływów? Harris pisze wiele ciekawostek, ale umyka jej istota sprawy. Na
przykład pisze o ludziach z wyższych sfer którzy wychowywani byli przez nianie i
służbę, a mimo to zachowywali się w dorosłości jak ich ojcowie - dżentelmeni. No
i ona z tego wywodzi, że wychowanie nie ma znaczenia, bo gdyby miało, to ci
chłopcy zachowywaliby się jak te nianie i ta służba. Problem w tym, że za duży
wpływ behawioryzmu prowadzi do utraty z pola widzenia tego czym jest w relacjach
międzyludzkich sens. Żadne dziecko służby nie zachowuje się przecież w dorosłym
życiu jak dziedzic prawda? Z jakiego powodu działa to tylko w jedną stronę?
Harris na to nie odpowiada, bo gdyby spróbowała cały jej wywód przestaje trzymać
się kupy. Nie w prostym szkoleniu/tresurze sprawa, ale kontekst w jakim to się
wszystko odbywa tworzy istotę wychowania. Ojciec nie musi do dziecka mówić. Jego
funkcja polega na tym, że wiadomo kto nim jest i wiadomo jakie on ma
oczekiwania. Z tym jak z Bogiem. Wcale nie musi gadać przez krzaki, żeby ludzie
ruszali na wyprawy krzyżowe. Guwernantka może wykonywać pewne czynności przy
dzieciaku, ale wszyscy włącznie z nim wiedzą doskonale kto jej płaci. Tym jest
funkcja tego ojca i żaden behawioryzm, ani żadne badania ilościowe tego nie
uchwycą, choć jedna wizyta w takim majątku pokaże to gościowi natychmiast. Da
poczuć. Bo panicz wprawdzie bawi się ze służbą, ale nikt go z dziećmi służby nie
pomyli i doskonale wiadomo dlaczego. Z powodu rodziców, głownie ojca. Tym jest
wychowanie. To nie tresura, to kontekst. Harris pisze, że dzieciaki uczą się od
rówieśników języka, choćby ich rodzice go nie znali. Jasne, że tak. Ale czy to,
że rodzice znają ten język na przykład jako imigranci w obcym kraju lub go nie
znają, czy są wyobcowani w świecie do którego ich dzieci się dostosowują albo
czy są do tego świata doskonale przystowani zdaniem autorki naprawdę nie ma
znaczenia? Niech odwiedzi blokowiska arabskie we Francji to się przekona.
Z
innej strony świata. Serbowie, Chorwaci, Bośniacy, wszyscy kiedyś bawili się na
jednym podwórku. Ale któregoś dnia wpływ rodziny pochodzenia sprawił, że jedni
zabili drugich. Choć chodzili wcześniej do tej samej klasy. Znają swoje języki,
co z tego? Wystarczy widać 5%, by po wypiciu walnąć w drzewo.
Tomku, w klasie
szkolnej jest około 30 dzieci. Ale nauczyciele doskonale wiedzą jak jest w
domach u każdego z nich, bo to widać po stopniach od razu. Jasne, że wpływ ma i
to, do jakiej szkoły dzieciak pójdzie, na jakie zajęcia i z kim zostanie
zapisany, na jakim będzie miszkał osiedlu i z kim się bawił itd. Ale te czynniki
nie występują odrębnie od decyzji rodziców. Bez nich by nie zaistniały. Takich
rzeczy nie da się liczyć odrębnie.
Spokojny   |09.01.2012 11:55:02
No i tekst się jak widać ukazał, ale kolejny tekst z linkiem do
rozbudowanej odpowiedzi już nie. Czyli jeszcze raz.
Rozbudowana odpowiedź
jest tutaj:
http://spokojny-blog.blogspot.com/2012/01/zaraz…
Tomek Sawyer   |09.01.2012 17:34:17
@Spokojny i @viking

Obaj interesujące rzeczy piszecie i w zasadzie się
z Wami zgadzam. O szczegóły nie ma się co spierać, bo by z tego wyszła książka,
a nie komentarz. Psychologia to nie moja zawodowa działka. Być może Harris się
myli, mam za słabe rozeznanie w tej materii by samemu sobie na to pytanie
odpowiedzieć, a co dopiero przekonywać innych. A że naukowców inni naukcowcy
krytykują zarzucając nienaukowość? A Darwina nie krytykowali?
se  - re:   |17.01.2012 17:52:41
Z
innej strony ?wiata. Serbowie, Chorwaci, Bo?niacy, wszyscy kiedy? bawili si?
na
jednym podwórku. Ale którego? dnia wp?yw rodziny pochodzenia sprawi?, ?e
jedni
zabili drugich. Cho? chodzili wcze?niej do tej samej klasy. Znaj? swoje
j?zyki,
co z tego? Wystarczy wida? 5%, by po wypiciu waln?? w drzewo.
No jednak
niezupe?nie tak. Ci Chorwaci, Bo?niacy i Serbowie ze swojej chorwacko?ci,
bo?niacko?ci i serbsko?ci tylko tyle mieli, ?e jak ich zapytano to byli zdolni
wybra? nazw?. Gdy wybuch?a wojna prawdziwy dramat prze?y?y rodziny mieszane,
wcale jako? skutecznie przez rodziców nie wychowane czy nie przystosowane do
dawnych- bo by?y one dla nich archaiczne- podzia?ów. Koledzy z s?siedztwa
przychodili do m??a i mówili nagle: musisz zabi? t? serbsk? k… twoj? ?on?,
albo do ?ony: dlaczego puszczasz si? ca?e ?ycie z tym przekl?tym muslimem? To
nie ca?kiem by?o tak, ?e wielu Jugos?owian przywi?zywa?o jak?kolwiek wag? do
tych podzia?ów przed rozpadem- czasem nie wi?ksz? ni? my do podzia?ów typu : z
Warszawy czy ze ?l?ska. Raczej na gwa?t po komunie potrzebowali spoiwa,
identyfikacji i politycy im to spoiwo dostarczyli.
szu   |24.01.2012 16:02:59
Dla mądrali i teoretyków - wypowiedź Zacha Wahlsa - syna dwóch
kobiet.

Dyskusja przypomina z lekka te z lat 70. na temat relacji butch-femme
lub księży na temat pożycia małżeńskiego
;)

http://www.youtube.com/watch?v=FSQQK2Vuf9Q
tls  - To nie był Mao   |02.02.2012 23:06:38
Na temat rewolucji francuskiej wypowiadać się nie chciał premier Chin Chou En Lai.
Spokojny  - @ szu   |03.02.2012 00:43:38
Fajna przemowa i bardzo osobista. Tylko wiesz, tego gościa wychowały dwie
kobiety, a mnie trzy. I kiedy miałem dziewiętnaście lat to podejrzewam że mogłem
dać przemowę w tym samym duchu nawet jeszcze lepszą. Nie mówię, że na pewno
nieprawda, ale za totalnego teoretyka też się w tych sprawach nie uważam.
Pożyjemy zobaczymy.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.07803 Seconds