|
2 września 2010, czwartek
Nasza szkoła mieści się w samym sercu miasta, obok rynku. Przekraczając jej próg, „zapominamy o słońcu” (tak mówi Gucio), doświadczając w szczególny sposób elementów polityki państwa. Stoję w kolejce oczekującej na sprzedaż podręczników (dzisiaj promocja – 10% taniej). Handlujący się spóźniają, więc siłą rzeczy znajomi lgną do znajomych, żeby czas stania pozbawić przymusowości. Matki pączkują, jest ich coraz więcej, ojcowie sterczą pojedynczo (jeden przypada na jakieś 20 opiekunek). Jak na złość nie mam przy sobie żadnej książki czy gazety, pozwalam więc sobie na przysłuchiwanie się sąsiadkom:
- …słuchaj, od poniedziałku rozpoczynamy aerobik, skład taki sam jak w ubiegłym roku.
- Nie dam rady, chociaż chciałabym… pracuję codziennie do siedemnastej…
- …ale my zaczynać będziemy o osiemnastej!
- Nie będę mieć siły.
- No co ty!
- Pracuję na rzeźni w tym roku. Szef był tak dobry, że przesunął mi godzinę rozpoczęcia z 7.00 na 9.00, dzięki czemu mogę małego odprowadzać do szkoły.
Nastepnie Pani Pierwsza, wyraźnie zadbana, opowiedziała o radości córki (II klasa) z bycia uczennicą szkoły muzycznej (niemalże codzienne zajęcia dodatkowe!). Na co Druga Pani przytoczyła historię swojego syna, który po roku nauki gry na gitarze wybrał koszykówkę. Ostatnią część rozmowy stanowiły kwestie kuchni. Obie Panie usprawiedliwiały się przed nieobecnym w tym korytarzu mężem z zawieszenia czynności kucharskich z uwagi na nadmiar innych, pilniejszych obowiązków. Ciała tych kobiet (skóra na twarzy, paznokcie, postawa, uśmiech) dopełniały obrazu. Pani Pierwsza czas wolny od garów przeznacza na język niemiecki i kurs - jaki, nie dosłyszałam. Pani Druga na dogorywanie po ośmiu godzinach stania i rąbania tasakiem. Obie w rozczulający sposób przytulały swoje małe pociechy w trakcie rozmowy. Pani Pierwsza z większą swobodą, bo przecież nie wróciła właśnie z rzeźni i nie musi myśleć o zapachu spod pach, kiedy gładzi głowę córeczki.
Przestałam słuchać, bo po pierwsze, bałam się niesprawiedliwie rozdanego zrozumienia, współodczuwania, a po drugie, danych wystarczyło mi, żeby odnieść się do świata pozornie pozostawionego za drzwiami szkoły.
Szlag mnie trafia z powodu pogardy, jaką mamy dla rzekomo zaniedbanych (niedouczone) dzieci robotników, dotkniętych biedą. Jaka ich wina w tym, że po ośmiu godzinach walenia tasakiem ich rodzice nie mają dość sił i zrozumienia dla zadań tekstowych czy zdań podrzędnie złożonych? Pozostało im przenieść marzenie o awansie na swoje dzieci, ale KIEDY wmontować w młode ciała pragnienie o zajęciu innej pozycji? Być może masowe zapisywanie dzieciaków do szkoły muzycznej jest na to sposobem. Zgłasza się je całymi grupami, oddziałami, ze słuchem i bez słuchu. Nazwisko na liście przyjętych daje niebywałą przewagę symboliczną, jest dowodem na słuszne aspiracje rodziców. Masz czas na muzykę, na coś tak bezużytecznego, jesteś panisko! Pani z tasakiem naprawdę nie ma wolnego czasu, dlatego nie mogła przypilnować dyscypliny palców syna.
Akwizytorzy nie dojechali. Kolejka się rozproszyła.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...