> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
11 trylionów dolarów, 2 godziny i 21 minut Drukuj
Agnieszka Graff   
24.10.2011

„Zrobione-zapłacone” - to hasło fundacji o szlachetnej nazwie „Zadbać o świat”. Chodzi z grubsza o to, żeby państwo wymyśliło sposób na płacenie kobietom za pracę domową. Bo jest to praca nieodpłatna oraz bezskładkowa, czyli po prostu wyzysk.

Przez długie lata odnosiłam się do tego pomysłu z nieufnością. Po pierwsze, każdy sobie marchewkę skrobie. Po drugie, niby dlaczego rozmawiamy o pracy kobiet? Czy nie chodzi o równość? O to, żeby mężczyźni też te marchewki skrobali? I pytanie zasadnicze: możemy czynności opiekuńczo-domowe nazywać „pracą”, bo są męczące i pożyteczne, ale kto komu ma za tę pracę płacić? Mąż żonie? Dziecko mamie?

Załóżmy, że mamy dwie sąsiadki. Nowakowa spod dwójki tak sobie życie urządziła, że domem się zajmuje całodobowo, a że ma trojaczki, to doby jej nie starcza. Nowak haruje jak koń, w domu bywa rzadko. Pod trójką zaś Kowalska - niech będzie, że rozwódka z podchowaną dwójką - pichci i sprząta z doskoku, jak wróci z roboty. Czy podatki Kowalskiej mają opłacać czas, który na skrobanie niezliczonych kilogramów marchewki poświęca Nowakowa? I kto zapłaci za pracę domową Kowalskiej, skoro Nowakowa nie generuje zysków?

Powiedzmy, że jednej i drugiej państwo sypnie groszem podatnika Pipsztyckiego (tego spod czwórki, co nie ma dzieci, żywi się w knajpach, a zarabia krocie). Kto by tam Pipsztyckiego żałował - niech płaci! Tylko kłopot taki, że owo płacenie za pracę domową kobiet utrwali patriarchat. Układ, w którym to Nowakowa jest odpowiedzialna za dom, a Nowak zarabia szmal. Kowalski dawno poszedł w Polskę, więc go w tym eksperymencie myślowym pomijam.

Tak sobie liberalnie kombinowałam, zanim w moim życiu pojawił się mały człowiek i związane z nim zajęcia domowe. Stosy prania (5-6 par spodni dziennie, bo wychodzimy z pieluch), sterty zmywania (dziś trzy obiady, bo przerabiamy kulinarny bunt dwulatka), konieczność posiadania idealnie czystej wanny (a nuż zachoruje) i podłogi (lubi polizać). Moja kobieca świadomość klasowa wzrosła jeszcze, gdy w Jordanku poznałam realną Kowalską, czyli matkę uroczych trojaczków w wieku Stasia. Nie opowiem, jak ona sobie daje radę, bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Wiem tylko, że państwo się jej losem nie przejmuje - od czasu becikowego jedyne ułatwienie to trzy miejsca w przedszkolu.

Moje dawne wątpliwości wydają mi się dziwaczne. Nadal nie wiem, kto komu powinien płacić i z jakiego funduszu, ale wiem na pewno, że to, co się dzieje w domach, to jest praca. Praca kobiet - to też widać gołym okiem. W perspektywie makro wygląda to tak: „ONZ oszacował roczną wartość nieopłaconej pracy wykonywanej przez kobiety na 11 trylionów USD. ( ) W skali światowej kobiety wykonują dwie trzecie pracy, a otrzymują mniej niż pięć procent światowego dochodu i mają mniej niż jeden procent światowej własności”.

A skala mikro? Zanim pojawi się dziecko, bywa różnie. Jedni sprzątają i gotują razem, inni mają brudno, bo wolą brud niż awantury, a jedzą w barze. Pojawia się dzidziuś, mija parę miesięcy i po partnerstwie śladu nie ma. Wszystkie znane mi matki przejęły pełną odpowiedzialność za dom. Mężczyźni im „pomagają”. Natura? Raczej poczucie, że inaczej wszystko się zawali.

Mężczyznom rzadko przychodzi do głowy, że dom to wspólna sprawa. Rzadko robią coś tylko dlatego, że to coś jest do zrobienia. Rzadko zauważają, że coś jest do zrobienia. Więc prosisz: powieś pranie, umyj wannę, wytrzyj dżem z podłogi. Nawet działa. Ale skoro prosisz, to rezygnujesz z równości. Bo teraz on wie, że ty wiesz, że to jednak twoja sprawa, ten dom. Ten dżem, w którym młode zaraz się wytarza, to pranie i wieszanie, które nastąpią w efekcie tarzania. Znajomy feminista skarży mi się, że go to proszenie do furii doprowadza, „Bo skoro mnie prosi, to znaczy, że może wyprosić”. Coś w tym jest. Jednak jak nie poprosi, to będzie musiała zrobić to sama. Może odłożyć na później, ale zaschnięty dżem trudniej schodzi.

„Praca domowa zajmuje kobietom 4 h 54 minuty dziennie, podczas gdy ich partnerom: o połowę mniej, bo 2 h 33 minuty” - wyliczył GUS. Zastanawiam się, ile ten dodatkowy czas jest wart? I co oni z tym czasem robią? Chciałabym wierzyć, że ciężko pracują na dom i że właśnie dlatego zarabiają więcej niż my. Kilka lat temu niepracujące zawodowo gospodynie z Głogowa wyceniły swoją pracę na 1200 zł miesięcznie. Internauci je bezlitośnie wyśmiali. Może dlatego, że tekst komentowali sami mężczyźni? No tak, przecież mają więcej wolnego czasu. Dokładnie o 2 godziny i 21 minut więcej.

Źródło: miesięcznik „Dziecko”

  

Komentarze
Dodaj nowy
t.i.  - Płacenie za pracę domową…   |25.10.2011 15:08:03
Pomysł płacenia przez państwo za pracę w domu uważam za krańcowo niemądry.

Bo
niby czemu?

Czy jeśli pracujący partner pomaga swojej niepracującej partnerce
w obowiązkach domowych, tez powinien dostać płacę od państwa (w odpowiednio
mniejszym wymiarze)?

Czy osobie zarabiająca płacę minimalną, będzie się
opłacało zwolnienie się z pracy, by "pracować w domu" i z tego tytułu
zarabiać więcej? To jakiś piramidalny absurd.

To może wszyscy zwolnijmy się z
pracy, będziemy pracować w domu za państwową pensję. W ten sposób zostanie
zrealizowany podstawowy postulat lewicy - taka sama płaca za taką samą pracę. A
przy okazji zlikwidujemy nierówności majątkowe :-)
ostry  - Praca domowa   |25.10.2011 17:04:57
Jestem kawalerem i wszystkie prace domowe wykonuję sam. Zajmuje mi to około
półtorej godziny dziennie. Jest to realna praca, za którą powinienem dostawać
wynagrodzenie.
Spokojny   |25.10.2011 22:16:07
Pomysł jest bardzo płodny intelektualnie i byłbym za tym żeby go rozwijać, tylko
nie bardzo za tym żeby ograniczać go do kobiet. W końcu wszyscy wykonują coś
codziennie nieodpłatnie. Coś czego inni od nich chcą i bez czego świat by nie
istniał. Słucham kolegi którego rzuciła dziewczyna. Dwie i pół godziny. Myślę,
że mu pomogła trochę rozmowa. U Eichelbergera zapłaciłby pewnie z 600 złotych, a
u normalnego pewnie ze 240 przy warszawskich cenach. No to lu. Z podatków. Piszę
na Krytyce i piszę bloga. Ludzie czytają i wspominają, że się podoba. Wierszówka
od tekstu z podatków. Grałem z synem w kometkę. To jest opieka nad dzieckiem.
Zmywałem naczynia i umyłem okno w kuchni a jutro będę mył w pokoju. Pani Oksana
wzięłaby pewnie ze stówkę. Poszło. Sąsiadowi pchałem w zimie samochód.
Odśnieżyłem miejsce parkingowe w zimie tam gdzie pracuję. Wskazałem drogę jednej
pani do hali odlotów. I odleciała. A ilu ludziom tłumaczyłem jak się mejle
wysyła, formatuje tekst, zachowuje pliki, nagrywa muzykę.. Ilu dziewczynom
tłumaczyłem takie na przykład rzeczy, że jak się zmienia pas ruchu to warto przy
tym lekko przyśpieszyć, że jak się silnik odpala to warto najpierw w starym
samochodzie odbiorniki prądu wyłączyć.. Ile to jest warte? Ile jest warte
uczenie dziecka chodzenia? A zatrzymanie go na metr przed jezdnią na którą
gotowe było wybiec..? Nieważne, że to własne dziecko. Uratowanie dziecka to jest
uratowanie dziecka. A zaprowadzenie psa do weterynarza? Sam weterynarz za
piętnaście minut roboty bierze ze sto złotych, to ile jest warte przyprowadzenie
tego psa które trwa co najmniej godzinę, a do tego jeszcze ile w kolejce trzeba
odstać..? A wczoraj stałem w aster city w kolejce prawie dwie godziny. Mógłbym
się zgodzić za pięćdziesiąt złotych. W sumie jakby to policzyć to normalnie
jestem milionerem. Skąd to ma być płacone? Ano z podatków. Tylko czy ja od tych
zarobków za wyprowadzanie własnego psa, uczenie własnego dziecka mowy i zmywanie
własnych talerzy też powinienem jeszcze odprowadzać podatki? I z tych podatków
też ktoś powinien za takie rzeczy dostawać? Bo jeśli tak, to w sumie możemy
przyjąć, że to się już dzieje. Ja codziennie rano ścielę łóżko i za to mam
płacone po sto złotych. Ponieważ wszyscy inni też codziennie ścielą łóżka też
mają po sto złotych płacone. Ponieważ każdy opłaca każdego taką samą sumą
podatek musi wynosić sto złotych. No więc możemy przyjąć, że tak jest. Ja ścielę
swoje, a Autorka mi płaci ścieląc swoje, biorąc za to pieniądze i odprowadzając
z nich sto procent podatku aby mi opłacono moje ścielenie. Ja swoim ścieleniem
robię to samo dla niej. Nawet nie musimy się wymieniać gotówką. Powiedzmy, że to
będzie szło przelewem bez udziału banku. Taki wire transfer.
dzierzba   |25.10.2011 22:59:46
Jeśli to praca, to w takim razie kto zapłaci dzieciom wykonującym różne prace
domowe ?
Spokojny   |26.10.2011 09:20:32
Dzieci też mogą mieć płacone. Z podatków. Jak każdy będzie miał płacone za
wszystko co robi to będzie dużo podatków można od tego odprowadzić i będą dzięki
temu środki na to, żeby i dzieciom płacić. Poza tym PKB, które jest przecież
niczym innym niż tylko sumą wszystkich zawartych transakcji wzrośnie nam od razu
tak, że żaden kraj nas nie doścignie. Jak można zwiększyć PKB nie zmieniając w
istocie niczego? No to proste przecież. Trzeba każde ludzkie działanie związane
z kimkolwiek innym określić jako transakcję i wycenić. I będziemy normalnie
potentatem. Wszyscy będziemy bogaci, nawet małe dzieci jeszcze przed urodzeniem.

No i tu już bym widział na horyzoncie pewien problem, bo na przykład o ile
jest jasne, że już przed urodzeniem należy nam się pensja za kopanie w brzuch
mamy od środka (bo ileż to radości przynosi rodzicom obojgu a wiadomo, że jak
się chce tyle endorfin na przykład od Neckermana sobie zapewnić jakąś wycieczką
to trzeba się wybrać co najmniej na dzień do Pragi więc to pewnie z półtora
tysia warte takie jedno kopnięcie) to czy zygotom należy się płaca za machanie
witką? Od którego momentu zaczyna się prawo do otrzymywania płacy? Problem jest
poważny, bo czy brak płacy za pulsowanie serduszkiem będąc fasolką w typie
krewetki nie oznacza jakiejś dyskryminacji? Już nie mówię o tym, że pewnie
znajdą się tacy którzy będą chcieli więcej płacić plemnikom niż jaju i temu
trzeba stanowczo kres położyć. A te plemniki które na miejsce nie dotarły grosza
nie dostaną. To jest praca która nie zostanie nigdy wynagrodzona. Nie wiem czy
ktoś się ujmie za nimi. Może kościół powinien?
t.i.   |26.10.2011 10:58:35
A jak już sobie w ten sposób podwyższymy PKB do alpejskich rozmiarów, to spotka
nas niemiła niespodzianka: Komisja Europejska poprosi nas o zwiększenie naszej
składki na UE. W końcu tak "bogaty" kraj stać na to, by być płatnikiem
netto, jak Niemcy :-)
Spokojny   |26.10.2011 12:50:06
Niemcy nam wtedy zwiększą składkę na pewno. Ale to już jest w tym głowa
feministek niemieckich, żeby ten pomysł i u nich rozpowszechnić. Wtedy i ich PKB
wzrośnie i oni też składkę będą mieć odpowiednio większą, na czym i my zyskamy.
Płacimy i prosimy o zapłacenie.
eresus   |27.10.2011 00:58:19
Spokojny: a gdzie piszesz tego bloga, bo chętnie bym zajrzał. Polewka z Twoich
komentarzy przednia.
rosa   |27.10.2011 04:07:29
Spokojny: pelna ironia. Dodam jeszcze, ze jak ide na uniwerek na wlasnych
nogach, to panstwo powinno mi placic, bo jakbym samochodem pojechala, to emisja
spalin i ten tego i korki. Wiec nalezy sie, nie?
Wykonywanie bezplatne
obowiazkow oznacza, ze ktos wykonuje te obowiazki wzgledem ciebie. Kolega
wyplakuje sie na ramieniu, ty pomagasz mu wnosic szafke na schody. Inaczej
przyjazn sie zawala.
Przy dziecku pewne rzeczy TRZEBA robic. Nie posprzatasz
podlogi na czas: dziecko rozwali sobie glowe. Wtedy byc moze dotarloby do
partnera, ze TA PODLOGA TO CHYBA POWINNA BYC CZYSTA, ale to jakby za
pozno.
Owsze, mozna by myslec tym torem, ze praca w domu jest przecierz
wynagradzana przez meza, przynoszacego wyplate. Problem w tym, ze maz taka zone
"finansuje" a nie placi za wykonywana prace. Prawnie nie nalezy jej sie
nic.
Mozna by owszem pokombinowac, by do facetow pare rzeczy dotarlo. Zostawic z
dzieckiem na kilka tygodni, nie wtracac sie i spokojnie przygladac sie kolkom,
zatruciom i innym "skutkom ubocznym". Tylko pokaz mi matke ktora to na
dluzsza mete wytrzyma.
dzierzba: a od kiedy dzieci pracuja w domu? cos mi sie
wydawalo, ze jak sprzataja po sobie, to juz sukces.
eurypides77   |27.10.2011 09:25:57
Chronologia ewolucji poglądów, przedstawiona w artykule (tzn. od "to
idiotyczny pomysł" do "to świetny pomysł"), potwierdza moje
przeświadczenie (oparte na empirycznej obserwacji) że rodzicielstwo wywołuje u
ludzi nierównowagę hormonalno-chemiczną, która powoduje że ci przestają myśleć
racjonalnie.

Wszyscy moi znajomi po tym jak urodziło się im dziecko zaczynali
wyznawać poglądy delikatnie mówiąc odbiegające od norm wyznaczanych przez umysł
racjonalny (np. "cykl gastryczny mojego dziecka jest interesującym tematem
do rozmów towarzyskich", lub "moment w którym za mną, w kolejce do
bankomatu, czeka dziesięć osób, jest idealny na to, aby pozwolić mojemu dziecku
pobawić się klawiaturą i wpisać kod PIN po kilkunastu próbach" itp.)

Miejmy
nadzieję, że to kiedyś przechodzi, bo poza tym wszystkim bardzo lubię czytać
Pani felietony.
Spokojny  - @ rosa   |27.10.2011 14:40:33
Jeśli para żyje w takim układzie, że on pracuje i utrzymuje rodzinę finansowo a
ona zajmuje się domem i dziećmi, to prawnie należy jej się bardzo wiele. Po
pierwsze jeżeli są małżeństwem jest ona właścicielką połowy majątku uzyskanego
od momentu ślubu przez niego, przez nią i przez oboje. Chyba, że mają intercyzę,
ale taki dokument podpisuje się przecież świadomie i dobrowolnie. Tak więc
prawnie ona ma takie samo prawo do jego pieniędzy jakie ma on. Po drugie w
przypadku rozwodu jeśli dziecko zostanie przy niej należą jej się alimenty, a
jeśli rozwód jest z jego winy to należą się także alimenty na nią gdyby
pozostawała w niedostatku. Poza tym ona cały czas przecież korzysta z jego
pieniędzy tak samo jak on i chyba zakładamy, że ona jest w tym dobrowolnie, nie?
Jeśli nie są małżeństwem, to także jest to jakaś ich świadoma decyzja by tym
małżeństwem nie być. Sens zawierania małżeństw jest właśnie taki, żeby
"coś" się należało tej stronie która na przykład nie pracuje zarobkowo.
Nawet jeśli nie chcą brać ślubu to alimenty i tak się należą tej osobie która
wychowuje dziecko. Jeśli ktoś przez całe swoje życie nie zdecydował się iść do
pracy, to jest to jego świadoma decyzja. Jeżeli w takiej sytuacji męczy nas
kwestia emerytury, można przecież pieniądze odkładać na jakimś funduszu
ubezpieczeniowym, emerytalnym, kupować złoto czy cokolwiek. Jak ludzie są
małżeństwem i rozmawiają ze sobą od czasu do czasu, to myślę, że można kiedyś
poruszyć taki delikatny problem "a z czego ja będę żyła jak ty wpadniesz pod
tramwaj" i jeśli pan odpowie na to, że ma to gdzieś, to chyba rzeczywiście
jest problem ale raczej nie rozwiąże się tego problemu zmieniając definicję
pieniądza i transakcji w tak karkołomny sposób, tylko trzeba po prostu
przemyśleć swoje życie i zastanowić się kogo się do cholery wybrało i jak to
mogło się zdarzyć. Poza tym, jeżeli taki człowiek umrze a nie są ubezpieczeni i
ona nie ma żadnego funduszu wykupionego, żadnych zgromadzonych oszczędności itd.
to też dziedziczy cokolwiek on posiadał. Jakoś tam pewnie dzieli to z
ewentualnymi jego dziećmi z innych związków ale o tym się przecież wie od razu,
że partner takie dzieci ma i to też jest świadoma decyzja czy w to wchodzę czy
nie wchodzę.
Pomysł, żeby płacić ludziom za to co robią wobec własnej rodziny
jest kompletnie z kosmosu. Jeśli ktoś wyliczył wartość takich prac na jedenaście
trylionów dolarów, to oznacza to ni mniej ni więcej tylko propozycję wpuszczenia
do obiegu dodatkowych jedenastu trylionów dolarów. Oczywiście można tak zrobić,
ale nie bardzo wierzę w to, że ktokolwiek się zrobi od tego bogatszy. Równie
dobrze możemy w ogóle się umówić, że będziemy zbierać kasztany i sobie nimi
płacić. W ten sposób jesienią będzie zawsze wystarczający dochód dla każdego,
żeby starczyło na święta i zimowy wyjazd do Austrii na narty. I nowy sprzęt.
Tylko trzeba kasztanów nasadzić.
Spokojny   |27.10.2011 15:21:57
Tak się jeszcze zastanawiam nad tym pomysłem bo próbuję go zrozumieć jak mogę.
Co tu się postuluje właściwie? Bo może nie chodzi o to, żeby wprowadzić
dodatkowe jedenaście trylionów dolarów, tylko żeby tak podzielić te które są,
żeby te kobiety które nie pracują zarobkowo a wychowują dzieci te jedenaście
trylionów dostały z tego co już istnieje w obiegu. Ile istnieje w obiegu nikt
nie wie, ale można sobie wyobrazić takie podwyższenie podatków wszystkich
pracujących zarobkowo, by te jedenaście trylionów tym kobietom oddali. Tylko tu
jest kilka problemów. Po pierwsze jak udowodnić, że tylko kobiety pracują poza
pracą zarobkową? Czy mężczyźni też nie powinni czegoś dostać? Po drugie czy
pracujące kobiety też powinny zapłacić podatek? A jeśli tak, to co z tymi które
pracują zarobkowo a dodatkowo w domu? Te nie powinny płacić, czy też powinny i
najwyżej im się zwróci? Jak udowodnić, że one w domu pracują, a nie na przykład
zatrudniają panią Oksanę?
Kolejny problem - jeśli te kobiety otrzymają dochód,
to czy powinny od niego zapłacić podatek? A co z kobietami których mężowie płacą
taki podatek? Czy to nie wyjdzie tak, że te same pieniądze które ona dostanie od
państwa, to będą te same pieniądze które państwo jej mężowi zabierze w podatku,
żeby ona mogła tę zapłatę dostać? W efekcie wiele kobiet straci, bo po prostu te
które mają partnerów podzielą się ich dochodami z tymi kobietami które partnerów
nie mają. Część pewnie zyska, ale zdaje mi się, że większośc jednak partnerów ma
więc nie wiem czy będą zadowolone. Mogą się zacząć między sobą kłócić o
pieniądze w pewnym momencie. Mój mąż płaci podatki na ciebie i dlatego ja nie
mam na futro i takie tam.. Żenada siostry, żenada. No i wreszcie problem chyba
najpoważniejszy. Ile to ma naprawdę być pieniędzy? Jak to liczyć? Od ilości
dzieci? Od wieku? Od powierzchni podłogi do zmycia? Od lenistwa męża lub jego
zapracowania? Ale jak to mierzyć? Jakiś taksometr w domu miałby być? Ale to
tylko wierzchnia warstwa problemu bo jest i głębsza. To wyliczenie wartości
pracy na jedenaście trylionów odbyło się na podstawie porównania ceny tej pracy
do cen rynkowych analogicznej pracy najemnej. W pierwszym roku wiemy ile ta cena
wynosi, bo działamy w sytuacji w której kobiety nie dostają pieniędzy za tę
pracę i negocjacje ceny np. pomocy domowej odbywają się na takim rynku na którym
za zmycie talerzy nikt nie płaci. Ale już w kolejnym roku nikt nie chce zmywać
talerzy za pieniądze u kogoś, bo może zmywać talerze za te same pieniądze sam u
siebie. Ile wówczas wynosi cena rynkowa zmycia talerzy? Jak na mój rozum, to
jeśli cena zmycia dla siebie i cena zmycia dla kogoś wynosi tyle samo, to może w
ogóle nie być prawie nikogo kto zechce do tego u kogoś się nająć, więc wartość
tej pracy rośnie. Ponieważ urosła, należy się za nią więcej pieniędzy po cenie
rynkowej i w kolejnym roku efekt się nasila. W końcu dochodzi do tego, że
wartość takiej pracy rośnie wykładniczo do nieskończoności. Nie bardzo wiem jak
by to można rozwiązać i uprzejmie się dopraszam o wyjaśnienia.
dzierzba @rosa   |27.10.2011 17:17:38
Nie wiem co ci się wydaje, dzieci bardzo często wykonują różne prace domowe
(odpowiednio do wieku), opiekują się tez rodzeństwem, jeśli kobiety miałyby za
to być jakoś wynagradzane, to czemu dzieci nie ? A jak ktos tak wychował swoje,
że sukcesem jest że sprzątają po sobie to niech zrobi przegląd swoich metod
wychowawczych, bo coś mu szwankuje.
Spokojny  - Problem się rozwiązał. Na świecie nie ma tylu dola   |27.10.2011 17:18:11
Pani Agnieszko mnie ten problem tak zafascynował, że sprawdziłem ile jest na
świecie pieniędzy. No więc ilość wszystkich pieniędzy jest z wielu względów
trudna do policzenia ale dolary akurat da się policzyć. M0, czyli ilość gotówki
- banknotów i bilonu dolarowego na świecie to jest w tym momencie 908 miliardów
dolarów. Pozostałe wartości, tak zwane M1, M2 i M3 czyli w skrócie wartości na
rachunkach bankowych plus to M0 to daje w sumie nieco ponad 10,3 bilionów
dolarów. To na angielski tłumacząc będzie zdaje się 10,3 tryliona dolarów, więc
się obawiam, że jak Pani pisała o tych trylionach to chodziło o biliony. Ale tak
czy siak jest na świecie tylko 10,3 bilionów (czy też po angielsku trylionów)
dolarów więc jeśli ktoś chce dostać więcej to pozostają kasztany albo ruble
transferowe. Ewentualnie trzeba by to jednak jakoś szybko dodrukować.
Kazio  - Jest akurat odwrotnie   |27.10.2011 18:09:04
Karol Marks pisał, że to właśnie z punktu widzenia kapitalisty praca domowa nie
jest "prawdziwą" pracą, bo nie wytwarza wartości wymiennej. Propozycja,
by również pracę domową człowieka wciągać w kategorie gospodarki
kapitalistycznej, to propozycja pójścia w stronę absolutnej alienacji, totalnej
władzy kapitału. I lewica się tym zajmuje? Świat stoi na głowie!
kot   |28.10.2011 08:27:23
Gdyby coś z tego ucięło to -znajdziesz na blogu kota.
W miarę jak gospodarka
rośnie ilość pieniądza
trzeba uzupełniać.
Sposób w jaki to jest robione nie ma
charakteru
niepodważalnego prawa.
Obecna emisja pieniądza opiera się na
zaszłościach
i systemie, który jak każdy system ma swoje broniące go
zabezpieczenia.
Jednak nie jest to coś czego ruszyć nie można,
ba wygląda na
to, że -będzie trzeba.
Mogliśmy odejść od powiązania pieniądza ze złotem

-będzie można odejść od sprawiającego kłopot "pieniądza
dłużnego"
Najbardziej prospektywnym wydaje się być
powiązanie pieniądza z
wykonaną pracą

"Teraz" pieniądz jest tworzony przez prywatne
banki
-jako
pieniądz dłużny (patrz: "Szostek o pieniądzu").
W Chinach
(informacja do potwierdzenia)
emisja pieniądza jest w rękach państwa
-
powiązana z co rocznym przyrostem chińskiego PKB .

Sadzę, że
kierunkowo
emisja pieniądza powinna zostać związana
"z każdą"
wykonana
pracą.

Zalety powiązania emisji pieniądza z wykonaną pracą.
1. Będzie oznaczać
pozbycie się
zadłużeniowego perpetuum mobile, które
generuje pieniądz dłużny
2.
Przetrzymywanie pieniędzy nie będzie nagradzane
-koło zamachowe
gospodarki
będzie obracało się szybciej.
3 -I nie najmniejsza zaleta: zniknie
zmora
braku zatrudnienia.
Skoro każda pożyteczna wykonana praca
będzie generować
pieniądz.
Np. praca kobiet pozostających w domu ,
zatrudnionych przy
obsługiwaniu rodziny - będzie gratyfikowana.
4. Nie będzie bezrobocia,
bo każdy
będzie mógł znaleźć sobie
pracę do wykonania,
Rozejrzyjcie się wokół siebie ile
jest do zrobienia
tego co nie jest robione
tylko dla tego, że
nie ma pieniędzy
na gratyfikacje tej pracy.
5. Nawet "austriacy" powinni być
zadowoleni,
bo nie będą potrzebne emerytury obywatelskie.
Nikt za darmo nie
dostanie pieniędzy do reki.
6. I sytuacja socjologicznie-psychologicznie
będzie
zdrowsza,
bo praca nie jest złą rzeczą.
- i to praca
powinna być bardziej
uświęcona niż własność.
Spokojny  - @ kot   |28.10.2011 09:51:00
Kocie, odpowiedziałem na twoim blogu, wiec tu tylko pokrótce. Proopzycja
płacenia ludziom za to, co robią prywatnie to zmiana samej definicji pieniądza.
Można tak zmienić pieniądz, ale wtedy postanawiamy, że wszystko cokolwiek robimy
jest wyrażone w liczbach i w jednostkach płatniczych jest płatne. Jest to więc,
jak ktoś tu słusznie zauważył stan alienacji absolutnej. To metakapitalizm.
Zresztą na szczęście w praktyce niemożliwy, bo nie da się stworzyć systemu
płatniczego bez emitenta środków płatniczych, a tego emitenta musi coś
ograniczać. Od kiedy nie ogranicza go już złoto (zniesiono to ograniczenie w
celu prowadzenia wojny, co sprawiło, że mogła ona stać się światowa) system jest
krańcowo niestabilny. Jeśli przestanie go ograniczać cokolwiek, to naprawdę
możemy sobie zacząć płacić kasztanami.
kot  - Spokojny   |28.10.2011 12:34:52
-A co to jest praca?
Poruszając się w świecie pieniądza nie można pozwolić sobie
na niedokładności?
-"..emitenta musi coś ograniczać"
Pełna zgoda, tu nie
ma dowolności.
Reguły musza być żelazne, tu nie chodzi o życie tu chodzi o
pieniądze!
viking   |28.10.2011 13:30:57
@ Spokojny

Czytam tę dyskusję i przypomina mi się pewna obciachowa książka
(tu zgadzam się z feministkami-ona rzeczywiście JEST obciachowa) pt.
"Kobiety są z Wenus, mężczyźni są z Marsa".
Autor opisuje typowy
przypadek. Kobieta mówi o jakimś problemie, żeby zwrócić na niego uwagę a
mężczyzna od razu wyskakuje z racjonalnymi rozwiązaniami i
przemyśleniami.
Zawsze mnie dziwi, jak nienawidzące tradycyjnych ról płciowych
feministki, reprodukują je w najlepsze. Artykuł pani Graff jest i wyżalaniem
się, i próbą znalezienie jakiejś silnej ręki (w tym wypadku podatnika), czyli
ubranym w progresywny płaszczyk, XIX- wiecznym rozumieniem kobiecości.
I tak
oto, dzięki autorce, pogardzana przez nią samą męsko-damska gra toczy się w
najlepsze. Panie mówią, że są bardzo biedne i mężczyźni muszą wyciągnąć dla nich
trochę więcej z portfela. Panowie rozsądnie wyciągają kartkę i długopis, liczą
ile na świecie jest pieniędzy i przygotowują się do dyskusji na temat globalnego
kapitalizmu. I znów wracamy skąd przyszliśmy. Panie gadają o pieluchach, panowie
o kapitale.

To, że lewicowe myślenie zatacza koło, nie jest niczym dziwnym.
Lewicowcy i konserwatyści posługują się bowiem utopią. Różni ich tylko to, że ci
pierwsi projektują ją na przyszłość a drudzy na przeszłość. Otóż
"równouprawniony" związek nie oznacza automatycznie szczęścia, o czym
świadczy fakt, iż nigdzie związki nie mają takiej tendencji do rozpadania się,
jak w Szwecji (gdzie zresztą wg. najnowszego sodażu ponad 40% kobiet chce
powrotu do modelu tradycyjnego).
Związek "z podziałem ról" natomiast,
wbrew temu co sądzą bracia socjalistów w w wierze w utopię-konserwatyści, także
nie jest gwarancją rodzinnego szczęścia, o czym świadczy z kolei to, że
podtrzymywano zwykle go gwałtownym sprzeciwem wobec rozwodów, chcąc by czasem
fikcja górowała nad rzeczywistością.

Żeby wierzyć w utopię, trzeba sobie wiele
rzeczy z góry założyć. Konserwatyści zakładają np., że istnieją "tradycyjne
powołania" płci i jak choć trochę poza nie wyjdziemy, to ze szczęściem
możemy się pożegnać.
Pani Graff natomiast zakłada, że istnieje coś takiego jak
"wspólne doświadczenie kobiet". I w imię tego założenia, prowokacyjnie
proponuje rozwiązanie, które w praktyce doprowadziłoby do tego, że z podatków
kobiety pracującej na granicy wytrzymałości, finansowana byłaby pani, która
wynajmuje za kasę męża opiekunki a sama spotyka się na kawce z
koleżankami.
Niestety, jak się próbuje stworzyć zbyt ogólny opis połowy
społeczeństwa; jak się uwagi na temat kobiet, którym jest po prostu wygodniej
nie pracować, kwituje, jako "seksizm", bo się nie lubi rezygnować ze
swoich utopijnych wizji, to wielu kobietom wyrządzi się prędzej czy później
krzywdę. Dokładnie tak, jak dbając z pozycji konserwatywnej o to, by rodzice za
wszelką cenę się nie rozwiedli, można zgotować ich dzieciom, gorsze piekło, niż
gdyby to tego rozwodu doszło.
Dobre związki to te, w których dwie osoby
umawiają się, jak będą sobie układać życie i są wobec siebie nawzajem uczciwe
oraz te, które ewentualne problemy rozwiązują rozmową.
I tego nie załatwi
ludziom niestety ani konserwatywna utopia "naturalnego kobiecego
powołania" ani lewicowa utopia "nowego, równościowego mężczyzny".
austriak   |28.10.2011 18:56:41
Taki tekst, jaki popełniła pani Agnieszka Graff, może wyjść tylko spod ręki
kogoś, kto kompletnie nie rozumie funkcji pieniądza. Bo gdyby pomysł ten
wprowadzić w życie, to skutek byłby taki, że pani Agnieszka zostałaby wyżej
opodatkowana po to, by odzyskać te pieniądze wtedy, gdy przewinie pieluchę
własnego dziecka bądź odkurzy swoje mieszkanie. Ponadto część pieniędzy
zniknęłaby w kieszeni tych, którzy pobierają i dystrybuują, czyli urzędników.
Mało tego, jeśli zastosować w tym miejscu marksowską teorię laborystyczną, to
wyżej musiano by wycenić czynności ludzi, którzy do wysprzątania mają dom
jednorodzinny albo duże mieszkanie, czyli w domyśle tych o większym poziomie
zamożności, bo mają oni większą pracę do wykonania. Tak więc może się okazać, że
taki dodatkowy podatek wcale nie pełniłby funkcji redystrybucyjnej na rzecz
biedniejszych. Nie bierze przy tym pani Graff także pod uwagę, że nie wszystkie
korzyści wynikające z dokonanych czynności są przeliczalne na pieniądz. Dlaczego
ludzie myją naczynia i pomagają dziecku w odrobieniu pracy domowej? Bo wyżej
cenią sobie jedzenie z czystego talerza i chcieliby mieć dziecko bardziej
pojętne niż mniej! Efekt jest dla nich bardziej wartościowy niż czynność
prowadząca do jego osiągnięcia. To co robi pani Graff, to przypisanie
jakiejkolwiek wartości tylko i wyłącznie monecie i banknotowi!

Widzę, że
panowie kot i Spokojny są blisko standardu złota… A to się porobiło. :)
eurypides77   |28.10.2011 21:52:17
A ja tak ciagle mysle, i ciagle nie rozumiem tego pomyslu.

Jezeli w tzw.
"tradycyjnym" modelu maz pracuje zarobkowo, a zona pracuje w domu, to
przeciez jej praca jest swiadczeniem uslugi na rzecz meza i ewentualnie dzieci.
Dlaczego zatem za taka prace ma placic podatnik?

Przeciez maz ktory jest
zatrudniony gdzies tam swiadczy uslugi na rzecz kogos innego, kto mu za ta prace
placi (tutaj takze nie robi tego podatnik, tylko beneficjent tych uslug).

Tak
wiec, jesli juz (i maz de facto placi zonie za zajmowanie sie domem, dzielac sie
z nia zarobionymi gdzie indziej pieniedzmi) to mamy do czynienia z niespotykanym
uprzywilejowaniem podatkowym zarobkow tejze zony (bo ona podatku z tego tytulu
nie placi, mimo ze swiadczy uslugi) w stosunku do zarobkow meza.
Kazio  - @eurypides77   |29.10.2011 02:24:38
to mamy do czynienia z niespotykanym
uprzywilejowaniem
podatkowym zarobkow tejze zony


Bardzo słuszna uwaga! Feministki jakoś nie chcą dostrzec, że w przypadku
pracy domowej kobiet mamy do czynienia niejako z zalegalizowaną
szarą strefą, czy też raczej z gremialnym i generalnym zwolnieniem
podatkowym. W czasach, gdy urzędy podatkowe upominają się nawet o podatek
od "korzyści" podatnika polegającej na możliwości
(możliwości!) uczestniczenia w nieodpłatnej imprezie w firmie, mąż może
swobodnie zabrać żonę na kolację i ona od tej korzyści żadnego podatku
płacić nie musi.

Jak widać, kobiety mają lepiej niż są sobie w
stanie uświadomić :-)
kot  - Spokojny   |29.10.2011 08:14:35
-Niepoważnie.
Uprawianie seksu (miłosne obcowanie…)
jest to dla mężczyzny
(traci sporo kalorii) pracą -czy czymś innym?
Dla prostytutki (prostytuta)-to
praca czy coś innego?
-Poważnie
Oczywiście pieniądz musi być z czymś związany -
kiedyś z ilością złota w obiegu. -Dziś z regułami tworzenia pieniądza w bankach
komercyjnych.
A więc można go wiązać na dwa całkiem różne sposoby.Jeżeli zatem
można pieniądz wiązać z regułą, którą trzeba z żelazną konsekwencją przestrzegać
( to pozwala zrozumieć dlaczego pieniądz mogą tworzyć -praktycznie- banki
prywatne, kierujące się wyłącznie żelazną, bo jedyną zasadą -zyskiem.-Jak w
wypadku złota chodzi o uniknięcie arbitralności.)
-Jeżeli można tworzyć
pieniądz w oparciu o regułę, to czemu nie ma nią być reguła
oparta o ilość
wykonanej pracy?!
-Także dla austriaka, który poza klepaniem swojego
austriackiego pacierza niech trochę popracuje i sprawdzi czy dla współczesnej
ilości masy towarowej i usług oparcie o złoto jest perspektywą wykonalną, czy
tylko "gadaniem" panu bogu w okno.
kobieta   |29.10.2011 13:49:34
Rzadko który felieton wzbudza tyle komentarzy, czy to nie świadczy o wadze
poruszonej w nim kwestii?
Panie raczej nie zabierają głosu. Może gotują obiad,
albo rozwieszają pranie, podczas gdy ich szanowni partnerzy dwoją się i troją
uprawiając retoryczną akrobatykę. Tyle energii wpuszczonej w wirtualny kanał
austriak  - re: kot   |29.10.2011 15:28:01
Ze standardem złota nie ma problemu jeśli chodzi o stosunek kruszcu do ilości
wytworzonych towarów i usług. Jest to system z natury deflacyjny, tak samo jak
przed 1914 r. Nie oznacza to, że pieniądz musiałby być wykonany ze złota, ale że
każdy banknot byłby na nie wymienialny w równej, stałej proporcji. Ceny złota
musiałyby zatem sporo wzrosnąć. Powiązanie zwiększania podaży pieniądza z
przyrostem PKB nie jest najgorszym pomysłem, ale to trochę jakby dać wilkowi do
pilnowania stado owiec - zbyt łatwo dodrukować trochę więcej, niż potrzeba. Jest
jeszcze ciekawa alternatywa w postaci likwidacji prawnego środka płatniczego.
Wtedy obywatele sami znaleźliby sobie odpowiadającą im walutę. Jeżeli ktoś
zechce stwierdzić, że to niemożliwe, to zawczasu uprzedzam - w taki naturalny
sposób pieniądzem stawało się złoto, a np. na Rusi skórki zwierzęce.
Spokojny  - @ Kot   |29.10.2011 15:48:42
> -Jeżeli można tworzyć
pieniądz w oparciu o regułę, to czemu nie ma nią być
reguła
oparta o ilość
wykonanej pracy?!

bo człowiek strzela, ale nie
człowiek kule nosi. Kiedy przeczytałem co tu napisałeś stanął mi przed oczami
obraz mojej córki z czasów, kiedy ona jeszcze mówić nie umiała i zderzenie jej
wtedy z rzeczywistością keybordu. Obserwując granie chciała grać. Miała pomysł
na melodię, naciskała klawisze ale melodia nie wychodziła taka jaką ona sobie w
głowie zaplanowała. Bo oprócz jej intencji była jeszcze inna rzeczywistość. Ta,
która nie była nią. Rzeczywistość wewnątrzkeybordowa z innymi regułami niż te
które były w jej głowie. W tym wieku zdaje się nie do końca ona jeszcze to mogła
ogarnąć, więc przyciskała klawisze z coraz większą złością. Dlaczego skoro ja
naciskam w intencji grania na rzecz która służy do grania i wkładam w to
energię, to granie się nie pojawia?!
Najgorsze, że ona jeszcze wtedy nie umiała
mówić i nie było jej jak wytłumaczyć istoty jej błędu.

Albo inaczej jeszcze.
Są ludzie, którzy chcieliby by ich słowa były tak, tylko tak i wyłącznie tak
rozumiane, jak oni chcieli gdy je mówili. Chcą też, by być dla innych tym, tylko
tym i wyłącznie tym czym oni chcą być sami dla siebie. Czyli jeśli na przykład
ja dla siebie w danym momencie nie jestem ponętną kobietą tylko wykładowczynią,
to czemu ty widzisz we mnie ponętną kobietę a nie wykładowczynię? Czemu skoro
moja intencja jest taka i działam w tej intencji, to świat mi oddaje coś całkiem
innego? Bo doskonała fuzja się skończyła. Macica została opuszczona i żyjemy w
świecie bytów wzajemnie od siebie oddzielnych. Dla siebie możesz być
wykładowczynią, ale ja w tobie mogę widzieć tylko biust. Ja dla siebie mogę być
wielkim maczo, ale Ona widzi tylko mój portfel. W porównaniu z jednością Macicy
świat jest fustrującym miejscem.
To jest kocie to samo pytanie. Nie wystarczy
wykonać pracę. Ona jeszcze musi sie udać. Ale i to nie wystarczy. Ktoś jeszcze
musi chcieć tego co było tej pracy wynikiem. Dopiero wtedy powstaje wartość.
Różnica między naszą intencją, staraniem a wynikiem, czy też między intencją a
odbiorem to jest właśnie ta różnica między nirwaną a samsarą. Żyjemy niestety w
samsarze.
Kazio  - @Spokojny   |29.10.2011 16:24:18
Żyjemy niestety w samsarze.

I dlatego jest popyt na szybkie ersatz-nirwany w rodzaju Wendo :-)
Spokojny  - @ Viking, @ Kobieta   |29.10.2011 17:26:45
Rzeczywiście odtwarzamy tu prastary taniec. Panie, jak to panie zażądały
niemożliwego. Daj mi więcej pieniędzy niż w ogóle jest na świecie. Nie zmuszaj
mnie do niczego ale bądź mężczyzną. No i panowie, jak to panowie sfrustrowani że
chcą dać radę w czymś, w czym dać rady nie sposób żeby zobaczyć u niej to, czego
u niej się nie zobaczy nigdy uruchomili Logikę, za co od pań, jak to od pań
dostaną pod sam koniec to co zwykle. Ale za to Was kochamy. No i przy okazji
wychodzi dyskusja o definicji pieniądza o czym niedługo będzie artykulik na moim
blogu. Bo tak to jest i w życiu. Kiedy panie żądają niemożliwego, panowie
zastanawiają się jak zrobić pieniądze. No to się będziemy zastanawiać.
kobieta   |29.10.2011 17:30:35
Ja konkretnie, bo nie mam czasu na gimnastykę intelektu w świetle reflektorów
Krytyki Politycznej, którą czytuję z pasją, w krótkich przerwach w pracy, która
właściwie pracą nie jest. A czym jest? Tu pojawia się słowo kluczowe
kot  - Spokojny   |29.10.2011 17:31:17
-Przenośnie piękne ale powiązania nie widzę. Może byś wyłożył się -bardziej
bezpośrednio. Jeżeli pieniądz tworzy się w oparciu o regułę, to dlaczego nie
możliwe jest stworzenie sztywnej reguły tworzenia pieniąca w oparciu o
pracę.
-austriak -tak.
Szymon  - Dowiedziałem się   |29.10.2011 20:47:33
Dowiedziałem się, że tacy faceci jak ja, którzy biorą na siebie znaczną część
pracy domowej nie istnieją. Stanowimy tak niewielką mniejszość, że można uznać,
że nas nie ma.

Dotąd mi się wydawało, że pracujący w domu mężczyźni, którzy
robią swoje, a nie tylko "pomagają" są naturalnymi sojusznikami sprawy o
którą walczy Graff. Teraz wiem, że stanowimy jedynie problem - rysę na
martyrologicznym losie kobiet polskich - więc znikamy.
viking   |30.10.2011 02:37:11
@ kobieta

Pytasz, co to jest praca: Jest to relacja pracodawcy z
pracownikiem, regulowana Kodeksem Pracy.
To taka przyjęta powszechnie,
wyjaśniająca wiele definicja tego, co za pracę uznaje państwo.
Potoczne
znaczenia słów bywają inne, ale to nie zmienia postaci rzeczy, iż wprowadzając
rozwiązania podatkowe musielibyśmy trzymać się definicji prawnych a nie języka
codziennego.
To, że ja swój konflikt z sąsiadem nazwę "wojną" a nawet
to, że w moich i jego oczach, jak również w oczach innych sąsiadów będzie on
wojną par excellence, nie oznacza, że mogę się starać o interwencję NATO.
viking   |30.10.2011 02:09:31
Jeszcze jedna rzecz jest tu ciekawa.
Mężczyźni pracują w domu ok. 2 i pół
godziny dziennie, kobiety 5 godzin.
Powiedzmy, że dane są wiarygodne.
Co one nam
tak naprawdę mówią?
Moja samotna ciocia sprząta 10 godzin dziennie, ponieważ
lubi sobie odkurzać każde zdjęcie na szafce, czyścić różne pamiątki, godzinami
układać różne rzeczy.
Mój kumpel, singiel, sprząta godzinę dziennie, bo lubi
mieć dosyć higienicznie i nie chce się wstydzić przed dziewczyną, którą
ewentualnie zaprosi do siebie po imprezie.

Starsze panie, mają zwykle inne
pojęcie porządku niż młodzi, dwudziesto/trzydziestoletni faceci.
Wcale nie
chodzi mi tu o "naturalizowanie" pewnych spraw. Powiedzmy nawet, że ma
tu pewien wpływ kultura, wychowanie. Tak czy inaczej: skąd ta pewność, że te
liczbowe różnice mówią cokolwiek o rzeczywistej nierówności?
Co nam mają mówić
te liczby skoro nie mają żadnego odniesienia? 2,5 godziny na wysprzątanie willi
J. Pieńkowskiej to obiektywnie za mało. 5 godzin na pokój z kuchnią byłoby
zdecydowanym przegięciem.
Kazio  - @kobieta   |30.10.2011 03:59:29
w pracy, która
właściwie pracą nie jest. A czym jest?


To są Twoje życiowe zajęcia, z których część lubisz, a część nie. I za
te, których nie lubisz, oczekujesz może jakiejś specjalnej rekompensaty
(w dobrym małżeństwie zazwyczaj jako rekompensata wystarczy widok
zadowolonego współmałżonka; w złym - każda rekompensata będzie za mała…).


Ja na przykład bardzo lubiłem zajmowanie się moim synem (żona
chodziła do pracy). Byłem doceniany, nawiązałem fantastyczną więź z
dzieckiem i przeczytałem furę książek, na które w innym wypadku
mógłbym nie znaleźć czasu. Natomiast nie lubiłem i nie lubię odkurzania.
Odkurzałem zawsze niechętnie i niedbale i może dlatego moje
dziecko liżąc na podłodze od małego bardzo bogaty zestaw alergenów
uodporniło się na wszystkie i na nic nie było ani nie jest uczulone.

Żeby
nikt nie myślał jednak, że było mi za dobrze (bo zajęcia domowe to w
sumie bajka), dodam, że ja wtedy też pracowałem zarobkowo - jako stróż
nocny.
kot  - viking   |30.10.2011 09:58:01
Wsadziłeś to do przepisów kodeksowych.
Dla Ciebie rzeczywistość zbyt łatwo
sprowadza do prostoty konstrukcji cepa.
Spokojny  - @ Kot   |30.10.2011 10:58:58
Pytasz czemu wykonana czynność nie może być podstawą do emisji pieniądza i żeby
prosto. No to prosto. Bo nie każda wykonana czynność mająca sens w oczach
działąjącego ma taki sam sens w oczach innych osób. Ktoś może przez osiem godzin
dziennie codziennie robić ozdoby których nikt nigdy nie zechce nosić. Wykonał
pracę, ale ona nie tworzy żadnej wartości wymiennej. Ktoś inny może włożyć trzy
lata pracy w budowanie domu. Który mu sie po tych trzech latach zawali bo nie
mial pojęcia o architekturze. To ma mu się należeć tyle samo co takiemu który
zbudował dobry dom? Lotnictwo amatorskie ma w ogóle taką zmorę. To są właśnie
kolesie którzy latami w domach budują samoloty albo inne (nie)latające
konstrukcje w ogóle bez żadnej znajomości teorii i próbują tym polecieć, chcą to
rejestrować itd. To są olbrzymie ilości włozonej pracy bez żadnego sensu. W
Polsce swego czasu aferę wokół siebie zrobił taki projekt "śmigłowca
osobistego" gigant 2. Coś w rodzaju latającego roweru. Wiele osób pracowało
nad tym bez pojęcia i na nic. Nie każda praca tworzy wartość, bo nie każda
przyczynia się do sumy pożytku.
viking   |30.10.2011 16:04:12
@ kot

Ilość wykonanej pracy nie świadczy o niczym, gdyż jak słusznie
stwierdza w trzecim już poście Spokojny, istotna tu jest "wartość
wymienna" a, jak równie mądrze mówi kodeks, powstaje ona w relacji
pracobiorcy i pracodawcy.
To rzeczywiście proste, jak cep. Tym bardziej żenujący
jest fakt, iż tego nie rozumiesz. A NIE ROZUMIESZ, bo nawet nie podejmujesz
jakiejś polemiki, tylko pytasz w kółko o to samo.

Co do mojego "prostego
myślenia":
Wszystko, jest kwestią definicji.
Ty (sądząc z różnych Twoich
postów) masz wrażenie, że uczestniczysz w jakimś dziejowym wydarzeniu, ponieważ
walniesz parę postów i czasem ktoś Ci odpowie.
Pani Graff myśli, że dwie liczby
i jedno doświadczenie z forum, są wystarczającym powodem dla redefinicji pracy i
podatków.
A część tutejszych publicystów wierzy, że społeczeństwo się
liberalizuje obyczajowo nie przez kontakty z zagranicą czy popkulturę, tylko
dlatego, że Krytyka Polityczna od kilku lat "zmienia w Polsce dyskurs"
(czytaj: organizuje wykłady na temat Lacana, postmodernizmu i tożsamości
queer).
Wiesz jak to się wszystko w moim prostym, racjonalnym umyśle
nazywa?
FANTAZMATY.
Tu jest pewna różnica pomiędzy socjaldemokratyczną polityką
(która bywa pragmatyczna) a lewicowością, jako formą myślenia.
Ta druga to taki
taniec, w którym panowie sobie walczą z kapitalizmem a panie z patriarchatem, w
którym de facto nie chodzi o nic więcej niż o to, żeby tańczyć.
Nie ma większego
znaczenia, że pomysły: koalicji gejowsko-kibolskiej, powszechnej zamiany
katolicyzmu na protestantyzm, uczenia się kobiecej samoobrony w ciągu 2 dni,
parytetów, "odpłatnej pracy domowej kobiet" i wiele innych, nie mają
żadnego poza-fantazmatycznego uzasadnienia i nigdzie poza fantazmatami nie mogą
się spełnić.
Czyż nie chodzi o to, żeby "pomyśleć niemożliwe"?
Przykro
mi, kot. Ja należę do tych, którzy od Marksa wolą Berlina, Poppera a nawet nie
wiem czy nie Hegla. A już szczególnie wolą Oświecenie, od Horkheimera i
"fallogocentryczną" metafizykę od Derridy.
Możesz się z tym nie zgadzać,
śniąc na jawie o rewolucji oraz "możliwości niemożliwego", ale bardzo
bym prosił, żebyś na przyszłość nie recenzował mojego postrzegania
rzeczywistości w oparciu o jego kompatybilność z Twoimi marksistowskimi
mrzonkami.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ viking i fantazmaty   |30.10.2011 20:37:26
Viking celnie przedstawił w czym rzecz, tyle że jako ten wyznawca metafizyki,
Hegla i socjaldemokracji być może wyobraża sobie, że żyje poza tym, wobec czego
żyją np. wyznawcy Marksa, Horkheimera czy kot, któremu przetrzepał ogon.
Myli
się, gdy mówi, że jedni są a drudzy nie są, fantazmatyczni, gdyż nie ma tak
naprawdę życia poza FANTAZMATAMI, jak mu się chyba wydaje. Jak poczyta lepiej
Lacana, a na pewno go całkiem nieźle zna, to zobaczy, co ten mówi: nie ma życia
poza fantazmatami, bo samo życie to niejako jakiś tam fantazmat: a to katolicki,
a to protestancki, a to gejowski, a to queer i tak dalej. Ergo: trzeba się
niejako w życiu jakoś mylić, bo gdybyśmy byli nieomylni bylibyśmy nadludźmi albo
samym bogiem. Bóg nie jest fantazmatyczny (dla tych, co w niego wierzą). Nie ma
życia choćby dlatego, że te fantazmaty to ni mniej ni więcej tylko PRAGNIENIE.
Tylko poprzez fantazmaty wiemy, że ono jest. Ergo: każdy pojedynczy, mały
fantazmat, jest takim upostaciowaniem w imieniu i nazwisku, całości pragnienia.
Problem polega w czym innym, mianowicie w MEDIACJI owego fantazmatu (o czym
pisze nie wprost Spokojny) z rzeczywistością. Jeśli ona jest, jest dobrze, a i w
portfelu się znajdzie nieco więcej. Graff fantazmatem jest taki, że jej się
wydaje, że ona się wypowiada w imieniu CAŁEGO SPOŁECZEŃSTWA kobiet, co jest
naiwne do bólu. Jak się o tym w końcu przekona, czy da sobie spokój? Otóż nie,
przejdzie w inny fantazmat, na przykład takiej treści: "to, że w ogóle tyle
pisałam na KP i tylu moje pisanie komentowało, już świadczyć może o tym, że i
tak miałam rację", etc., etc. gonitwa za króliczkiem trwa, a nazywa się
historią czy duchem dziejów. Takim samym fantazmatem jest jej tłumaczenie, jak
to przeszła do Palikota: usensowniła po prostu to, co tam sobie wymyśliła i
tyle, a innym się spodobało. Ale to i tak Palikot tworzy kierunek pragnienia,
czyli jakiegoś tam politycznego fantazmatu o wielkim formacie, do którego Graff
może sobie tylko dopisywać teorię i swoje małe fantazmaciki. Jak się Palikotowi
jego fantazmat wymknie i zrobi mu psikusa, Graff szybko znajdzie inny fantazmat,
typu: "dlaczego Palikot się pomylił i dlaczego od niego odeszłam" i
będzie kręcić lody wokół tego przeciwstawienia się Palikotowi. Ważne, by się
interes kręcił i by były pieniądze.
Jeśli mówisz dziś, że socjaldemokracja nie
jest fantazmatem a myślenie lewicowe jest, to się mylisz tak samo jak faszyści w
37 roku, gdy pisali plan zagłady części populacji i wydawało im się to konieczne
i normalne jak kromka z masłem, tyle że o nich wiemy dobrze, a o
socjaldemokracji w Polsce jeszcze nic nie wiemy, bo jeszcze jej nie wprowadzono.
Wówczas wytłumaczeniem była czystość rasy niemieckiej. Normy się zmieniły ale
skąd wiesz na przykład, że ten "pragmatyzm" o którym mówisz, jest mniej
fantazmatyczny od utopii lewicy? Nie wiesz tego a to, że Twoje myślenie cechuje
więcej "normalności" niż utopie lewicowe, o niczym nie świadczy, po
prostu Twój fantazmat łagodniej się definiuje bo masz łagodniejszy temperament.
kot  - Spokojny   |30.10.2011 23:48:41
Bezpośrednio nie znaczy prosto.
Znaczy nie da się rozmawiać przy pomocy
przenośni.Może nawet
-bezpośrednio znaczy mniej prosto.
Jedne przenośnie
zastąpiłeś innymi.
Porozmawiałeś sobie z samym sobą.
kot  - odszczekanie   |31.10.2011 00:08:50
viking
Miałeś rację.
Coś może być pracą -może winnej sytuacji może nią nie być.
Konkretne jest rozstrzygniecie kodeksowe.
viking   |31.10.2011 10:49:42
@ Twórzmy idee

Bardzo ciekawa wypowiedź;)

Szczerze powiedziawszy moje
rozróżnienie na lewicę i socjaldemokrację było pewną przenośnią. Zdefiniowałbym
swoje poglądy, jako "socjalliberalizm", w tym sensie, że jestem za
lewicowym programem gospodarczym, ale zgadzam się z A.Bielik-Robson, że jedyną
tradycją myślową, która ma prawdziwy potencjał emancypacyjny jest
antykonserwatywny i antymarksistowski liberalizm.
Oczywiście on też jest w
jakimś sensie utopią a nawet fantazmatem, ale posiadającym pewien "wentyl
bezpieczeństwa", w postaci krytyczności wobec całościowych ideologii,
wiedzących lepiej od jednostki, czego ona chce.
Konserwatyzm i socjalizm
kochają kolektyw rozmywający indywidualizm oraz projektują potrzeby własne na
potrzeby innych.
Np. Michał Karnowski (Uważam rze) nie pojmuje, jak można nie
wierzyć w Boga i jest pewny, że nawet, jak ktoś nie wierzy to trochę wierzy albo
chciałby wierzyć. Agnieszka Graff natomiast, nie rozumie, że są takie kobiety,
które po prostu chcą się zajmować domem i "wie", że tak naprawdę, w
głębi duszy nie chcą a do deklaratywnego "chcenia" zmusza je
patriarchat. Tu zresztą dochodzimy do Poppera i do tego, że krytyka marksizmu
jest dla niektórych dowodem na jego słuszność:) I oczywiście, masz rację, że nie
ma takiej sytuacji, w której pani Graff mogłaby uznać, iż jej tezy są błędne,
ponieważ rzeczywistość nawet, jak im przeczy, to tym przeczeniem je, w jej
przekonaniu, potwierdza.

Czy "pragmatyzm" może być fantazmatyczny?
To
już pytanie na doktorat z filozofii:)
Powiedziałbym inaczej: zgadzam się z tym,
że liberalizm ma dużą wadę polegającą na pułapce racjonalizacji aktualnego stanu
rzeczy i szukaniu obszarów wolności wyłącznie w nim a nie poza nim. To coś jak
myślenie Szostkiewicza o świeckim państwie: twórzmy tolerancję dla ateistów i
innowierców, no ale przyznajmy też, że kościół "odegrał wielką rolę". I
tak sobie przyznawaliśmy przez 20 lat.
Drugi problem, który widzę czasem w
Liberte, to takie "przywalmy Marksowi Berlinem", w którym z krytyki
ideologii, wyłania się nowa ideologia i nowy fantazmat.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ viking   |31.10.2011 15:14:08
Rozumiem.
Podobnie zatem jak Robson masz dobre serce i chcesz połączenia tego, o
czym Wyspiański już pisał w Weselu. Ale to raczej nie wyjdzie, a jeśli, to
pewnie na krótko a w efekcie możesz umrzeć jako mizantrop (co nie znaczy, że
mnie to na przykład nie dotyczy). Jak umrzesz mizantropem niekochanym przez
tych, którym chcesz pomagać, to dzięki temu co nazywasz wentylem bezpieczeństwa
(o ile dobrze rozumiem Twoją wypowiedź), umrzesz przynajmniej z nadzieją, że
"dobrze" robiłeś i tak dalej. W efekcie i fantazmatach nijak Cię to w
tym momencie nie różni od Graff, która wieńczy zawsze swoje przekonania
zadowoleniem, bo jak tak nie to i tak tak. Mogła by tu czasem zabrać zresztą
głos i spróbować obronić kierowane przeciwko jej tezom rzucanym ludowi, zarzuty,
wówczas byłaby bliżej tego ludu, któremu chce tak bardzo pomagać. To nie jest
fantazmatyczne bo jest określane jako działanie par excellence. Wiadomo w czym
rzecz.
To, że tworzysz nowe, że tak się wyrażę oględnie, pojęcia, jak np.
"socjalliberalizm", świadczy o tym, że jesteś tak samo w jakimś
fantazmacie jak wszyscy inni. Tyle że wybierasz jakieś nowe fantazmaty, które
tworzysz w swoim własnym języku (i jesteś emancypacyjny, a jakże), a co z kolei
predysponuje Cię do bycia powiedzmy filozofem, i z kolei przeciwstawiasz się
przykładowo konserwie katolickiej, która bezmyślnie w jakieś fantazmaty się
wpisuje, rozsiewając zbiorową histerię jak ta pod krzyżem, czy wcześniej w
trakcie palenia czarownic, czy feministycznej, która tworzy je sobie bez
świadomości a na ostrym "analnym" spidzie. Mówię "analnym"
posługując się porównaniem bardzo znaczącym zresztą, Spokojnego, który
przyrównał postulaty Graff i jej ciągłe pomysły na felietony do grania na
pianoli swojej córki, która jeszcze nawet mówić nie umiała.

Agnieszka Graff
nie jest taka głupia jak sądzicie dowcipnie ze Spokojnym, chcąc jej po prostu
zdrowo dowalić (robicie to bardzo dowcipnie dlatego "it makes sens"),
broniąc jakiegoś swojego fantazmatu, a nie jest taka głupia dlatego, że ona
dobrze wie, że bardzo wiele, może większość kobiet uwielbia się zajmować domem,
czerpiąc poczucie szczęścia z posiadania dzieci, rodziny itd., itp., ale właśnie
dlatego robi to, co robi, żeby ten rozdział między jej życiem a innymi kobietami
zasypywać, bo sobie szuka jakiegoś tam planu na dalsze życie. Co różni Ciebie w
takim przypadku od Karnowskiego? Tylko inteligencja, przypuszczam. I to że
trzymasz nerwy na wodzy.

Pragmatyzm może być fantazmatyczny, bez pisania o tym
doktoratu. Bo może podążać za jakimś fantazmatem i go realizować. Amerykański
pragmatyzm jest jak najbardziej fantazmatyczny.
Twórzmy idee, nie CO2  - P.S.   |31.10.2011 15:20:33
P. S. Bo de facto chodzi o inną postawę wobec fantazmatu, a nie, że nie ma
fantazmatu. Twoja postawa jest taka jaka jest: "wyższa", "bardziej
wysublimowana", czyli fantazmat tkwi w jakiejś otoczce, w pragmatyzmie
Shustermana jest pragnienie odzyskania cielesności dla człowieka Zachodu, a
zatem przez zmianę myślenia, postawy estetycznej, wiary, że powróci do jakiegoś
stanu natury. Czy jednak do tego potrzebny jest pragmatyzm? To też jakiś
wymykający się obiekt, bo Schustermann mówi jak Ty o Karnowskim czy Graff, że
"do końca sobie nie uświadamiamy, tak to już zaszło głęboko", etc. Bycie
człowiekiem Zachodu to, zważ, już jest jakiś FANTAZMAT i zawsze będziemy mieć z
tym problem, bo język wokół tego jest fantazmatyczny już z góry. Jesteś jednak
bardziej marxowski niż heglowski, bo 1) chciał zmieniać rzeczywistość, 2) chciał
to robić za pomocą filozofii, a więc tworzyć projekt , który miał być użyteczny.
Czyli tak jak Ty na początku.
Kazio  - Fantazmaty fantazmaty   |31.10.2011 16:20:33
gdyż nie ma tak
naprawdę życia poza FANTAZMATAMI


Co to zdanie znaczy? Kto je wypowiada? Kto je może sensownie wypowiedzieć? Bóg jakiś stojący poza życiem? Kto przypieczętowuje je
słowem "naprawdę"? Kto od kogo otrzymał to objawienie?

A może
FANTAZMAT to po prostu inne imię Boga, w którym wszyscy żyjemy,
poruszamy się i jesteśmy (cytat oczywiście)?

Apostole, odkryj swe
oblicze!
kot  - Spokojny, viking, Twórzmy idee   |31.10.2011 16:56:58
"Jeżeli można tworzyć
pieniądz w oparciu o regułę,
to czemu nie ma nią być
reguła
oparta o ilość
wykonanej pracy?!"
Jest to wypowiedź jednoznacznie
zamkniętą
- formalnie zdeterminowana,
sprowadzona do następujących
możliwości:
- Czy można tworzyć pieniądz w oparciu o regułę,
a nie parytet np
złota.
- Odpowiedź wydaje się być zweryfikowana
ale nie wyklucza
zakwestionowania
(co byłoby poznawczo ważne.
Wówczas potrzebna byłaby ścieżka
dowodu
na niewykonalność projektu).

-W wypadku odpowiedzi twierdzącej:

odpowiadający nie może wyjść poza kolejne ograniczenia:
-dlaczego nie można
pieniądza związać z ilością
wykonanej pracy.

- Spokojny pisze
-"Nie każda
praca tworzy wartość, bo nie każda
przyczynia się do sumy pożytku."

-
Jeżeli zgodzimy się(definicyjnie) ze Spokojnym,
że nie każda praca tworzy
wartość i
nie każda przyczynia się do zwiększenia sumy pożytku
(a są to dwa
różne porządki,
które umieścił pod jednym mianownikiem)
-to w oparciu o jaka
podstawę Spokojny uznał,
że chodziło mi właśnie o taką pracę, która nie
zwiększa,
a nie o taką, która zwiększa sumę pożytku.
Powiedziałem "ilość
pracy"- To co zrobił Spokojny jest
wprowadzeniem dodatkowego założenia,
że
chodzi o pracę nie dającą pożytku,
co pozwoliło mu na sprowadzenie omawianej
tezy do absurdu.

@viking pisze
-"……istotna tu jest "wartość
wymienna" a, jak
równie mądrze mówi kodeks, powstaje ona w
relacji
pracobiorcy i pracodawcy."

Mówimy o powstawaniu pieniądza, a nie
o relacjach
pracobiorca pracodawca.
Nie jest tak jak sobie wyobraża
@viking!
Pieniądz powstaje w banku komercyjnym
najczęściej
prywatnym.
Idziesz do banku, który udziela Co pożyczki i co się dzieje?
Powstaje
pieniądz o wartości, którą Ci bank pożyczył
zwielokrotnionej o mnożnik i o
procent dłużny.
Nie została wykonana żadna użyteczna praca,
a tu masz -powstał
pieniądz!
Oparty o dług i o jakiś mnożnik wyjęty z kapelusza.
-praca ma być
wykonana dopiero w przyszłości.
Czy nie jest to kuriozalne i tylko historycznie,

a nie racjonalnie uzasadnione

Postuluję coś odwrotnego :
wykonanie
użytecznej pracy, pracy wymiennej,
(żeby nie było niczyich wątpliwości) i

wygenerowanie w tym momencie pieniądza.
Żeby zakwestionować tę idee musiałbyś
udowodnić,
że tylko reguła tworzenia pieniądza
przez komercyjne banki jest
możliwa,
a każda inna reguła jest nie możliwa.
Jednak ani Ty ani Spokojny nie
próbowaliście
przeprowadzić takiego dowodu.
Do czego obligowało was postawienie
problemu.

@Twórzmy idee, nie CO2
Rozumiem że- @Twórzmy idee -nawołuje
do tworzenia idei
Lecz nowe idee potrzebują:
1. Odejścia od uznanych autorytetów
i poglądów,
bo z definicji nie są w stanie
ich tworzyć działając jako część
systemu,
zaangażowani w podtrzymywanie status quo,
(mimo nawoływania do
tworzenia nowych idei).
2. Żyjemy w kulturze powierzchownych poglądów
Politycy,
media mówią byle co ,
na byle co, odpowiadają byle co.
To uczy
powierzchownego, krótkotrwałego,
lekceważącego stosunku do czytanego
tekstu.(np. że Agnieszka Graff nie zna kobiet, które lobią być w domu i
zajmować się rodziną).
viking   |31.10.2011 18:26:42
@ Twórzmy idee

Nie, nie rozumiesz:)
Po pierwsze socjalliberalizm to
termin Hobhouse’a, nie mój.
Po drugie, i najważniejsze, przywołuję go po to,
żeby jakoś zdefiniować moje poglądy a nie po to, żeby przedstawić mój projekt
zmiany społeczeństwa, bo takiego w zasadzie nie mam.
Po trzecie, wcale nie
mówię, że utopia Graff jest nieświadoma. Wręcz przeciwnie. Gdyby np. pani Graff
nie wiedziała, że są takie sytuacje, w których parytety mogą się stać
dyskryminacją mężczyzn, to nie musiałaby nazywać sprzeciwu wobec nich
"seksizmem", czy niezrozumieniem dla idei, która nie ma wad, tylko
podjęłaby dyskusję z takim poglądem, w momencie, w którym by go usłyszała.
A
czy Pospieszalski wierzy w to, że prezydenta zabili "Ruscy"?
Wątpię. On
po prostu chce jakiegoś kolektywu i wspólnego przeżywania. Dlatego wzruszają go
opowieści zatroskanych Polską obrońców krzyża, tak, jak panią Graff kręci
pisanie o jakimś wspólnym kobiecym doświadczeniu, którego istnienie jest tyleż
wątpliwe, co istnienie antypolskich spisków.
Wspólne doświadczenie podnieca,
jak seks. A to czy się je woli oprzeć na uczuciu "Polacy przeciwko
bolszewikom" czy "kobiety przeciwko mężczyznom", to już, że tak
powiem, tylko kwestia "pozycji".
Jaki to ma wpływ na jednostkę? W obu
przypadkach, trzeba jej dorobić gębę i ją upupić.
Np, w dyskursie
konserwatywnym dobry ojciec to ten, który utrzymuje rodzinę i "spełnia swą
rolę mężczyzny". W dyskursie feministycznym dobry ojciec przewija pieluszki
tyle samo razy, co matka.
Czyli miarą dobroci ojca, staje się to, na ile
spełnia normatywny ideał kościoła lub feministek a nie jego rzeczywista relacja
z dzieckiem.

Czy da się powrócić do nie-fantazmatycznego stanu natury? Też
myślę, że nie. Właśnie o to mi chodzi z tym LIBERTE. Im się tam wydaje, że jak
zdemaskują czyjś fantazmat, to sami w niego nie wpadną a ja też nie mam takiej
pewności.
Ale jednocześnie, jestem prosty chłopak, który prosto myśli i uważa,
że jendak jakieś kryterium prawdy istnieje. Np. T.Piątek zaproponował gejom
wizyty w fabrykach, ale gdy z kolei jemu zaproponowano, żeby razem z jakimś
działaczem LGBT, na takie spotkanie się wybrał, to dziwnym trafem, pomysł umarł.

Pani Środa stwierdziła na Kongresie, że "doświadczenie kobiet" jest
ważniejsze niż podziały partyjne. A potem przeczytała blog "aniołka z
PiS", gdzie "aniołek" stwierdził, iż kobieta "powinna
opromieniać męski geniusz" i jednak bardziej polubiła złożony w 98% z
mężczyzn Ruch Palikota, niż panie z PiS.
kot   |31.10.2011 19:37:17
W tym złożeniu tekstu -stał się nieczytelny. Odsyłam do blogu,w którym
mam nadzieje jest bardziej czytelny.http://kot-blogkota.blogspot.com
bm  - Żenada   |01.11.2011 00:29:21
Niezła żenada z tymi 12 trylionami dolarów. Ostatnio taki błąd popełnił bankier
BofA Merrill Lynch (mówił po polsku), ale on nie żył w Polsce jakieś 15 lat,
więc da się takie błędy wybaczyć. W tym wypadku jednak ehh… brak słów.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ Kazio   |01.11.2011 03:47:10
Fantazmat to nie Bóg. Ale za to Bóg może być fantazmatem. I właściwie to jest
bardzo dobra definicja, która przyszła mi na myśl po Twoim pytaniu.
Ale jeśli
pytasz poważnie to dochodzi i to, że Bóg to FANTAZMAT ale i SYMBOLICZNE.


Fantazmat to wyraz pragnienia, droga do osiągania pewnej wyobrażonej
iluzji/utopii (jak chcesz), i uważasz, że jesteś w stanie to pragnienie
zrealizować. Żiżek na przykład uważa, że fantazmat może być przekroczony, choć
właściwie mówi dziwnie, bo to "trwanie w miłości choć miłość już nie
istnieje jako to, o czym marzy każdy". Oto fantazmat przekroczony (u Żiżka).
Jedne fantazmaty przekraczasz, innych nie. Jak masz fantazmat posiadania Porsche
to w ciągu roku czy iluś tam jesteś w stanie to zrealizować, ale nie osiągniesz
Boga, bo Boga się nie osiąga ale do niego dąży.
Fantazmat to ruch jakiegoś
pragnienia, tak samo jak pod nickiem "Kazio" kryje się jakieś życie.
Pragnienie możesz zgłębić, tak jak możesz się dowiedzieć że pod nickiem Twórzmy
idee skrywa się apostoł, ale nie dojdziesz skąd ruch fantazmatu, bo to cię nie
odeśle do żadnej pierwszej przyczyny, ale do innego fantazmatu, tak jak po
odkryciu kto jest pod nickiem dojdziesz człowieka, ale nie dojdziesz sceny
pierwotnej, która spłodziła człowieka. Tak więc, mistrzu Bartłomieju, gonitwa za
króliczkiem trwa.
Oczywiście to bardzo skrótowo ale nie ma sensu inaczej.

A
jeszcze: to coś, co tworzy fantazmat to jest to, co jest wręcz "przed"
Bogiem (definicja dla niewierzących). Dlatego Biblia o tym nie mówi wprost ale
mówi od drugiego kroku, że to Bóg stworzył świat; ale to normalna pisarska
(przepraszam wierzących) dobra sztuka pisania, by tak pokazać rzeczywistość, by
Bóg był pierwszą przyczyną. Choć tam oczywiście jest "to coś", pogrzeb w
Piśmie/piśmie i zobaczysz.
Jeśli zapytasz mnie "a co to znaczy, że TO jest
przed Bogiem" to odsyłam do św. Augustyna, który na to pytanie odpowiedział,
że dla ciekawskich już czeka gotowe wybrukowane piekło.

Nie dyskutuję tu
teraz, skoro naznaczono mnie mianem "apostoła", z protestantem, bo gdyby
tak było, a więc z kimś, kto wyznaje predestynację, ta definicja upada.
Protestant czy ortodoksyjny Żyd nigdy się nie zgodzi na to "przed"
Bogiem. Ale to i tak nie oznacza, że można wyjść poza fantazmat…
Twórzmy idee, nie CO2  - @ viking   |01.11.2011 05:04:32
"Wspólne doświadczenie podnieca,
jak seks".

Ani Graff ani
Pospieszalskiego seks nie interesuje. Ich kręci sprawowanie władzy. To jest może
i metafora jakiegoś rodzaju seksu, ale seksu swoistego rodzaju. Bo seks polega
na wymianie, a jak sam powiedziałeś, Piątkowi zaproponowano wymianę i sprawa
ucichła w mig. Później pisał coś jeszcze, że "to miało ważny skutek i to ja
to zacząłem", ale to to samo co fantazmat Graff, że jak jej nie pójdzie jako
zwolenniczce Palikota, to i tak jej pójdzie jako jego przeciwniczce.

Co do
tego socjalliberalizmu odwróciłeś tym razem kota ogonem, ale w zasadzie zgoda.
Nie ma o co toczyć sporów. Chyba że wykażesz sensowną różnicę między:
"zdefiniować swoje poglądy" a nie "przedstawić projekt zmiany
społeczeństwa". W sumie ciekawe jak byś to zrobił i gdzie widział granicę; w
napisaniu całościowego planu? Jeśli tak, to przecież nie udowodnię Ci, że tak
naprawdę nigdy się nie ma planu całości projektu społeczeństwa a definiuje się
poglądy po prostu w kontekście pisania na przykład poszczególnych ustaw. Tak jak
z pisaniem całości książki - masz wizję, socjalliberalizm, czyli pojęcie, temat,
ale poszczególne rozdziały piszesz definiując poglądy. Nie tak, prosty chłopaku?


Co do Graff to nie Ty, ale Spokojny. To po pierwsze. Po drugie tak albo siak,
problem kobiet, które wychowują dzieci jest, i nie jest nieistotny. Oczywiście
to co mówi Graff to są naiwne głupotki, bo zamiast napisać poważnie jak kwestię
rozwiązać wysuwa liczby z kosmosu i pomysły znikąd, i jeszcze pogarsza sytuację.


Nie warto tu wchodzić na tematy ogólne, bo jesteś obcykany w retoryce i zawsze
masz wiele do powiedzenia, ale pomyśl przykładowo: dziewczyna po studiach (firma
nie odprowadza podatku), dochodzi z mężem do wniosku, że chcą mieć trójkę
dzieci. To sytuacja fair, prawda? On pracuje, ona nie, ale wychowuje je minimum
5-6 lat. Tylko błagam, nie mów, że mogli zrobić sobie przerwę w robieniu dzieci,
bo kto przyjmie kobietę tylko na rok, licząc, że między urodzeniem 1 a 2/2 a 3
mijają dwa lata. Etc. No więc wychowuje dzieci 6 lat, skończyła studia i co
dalej? Przez ten czas nic? Emerytury po mężu nie dostanie, pracy może szukać
zatem już po 30tce, co i tak jest kłopotliwe, tym bardziej, że ją szef/owa od
razu zapyta: czy jest Pani mobilna? Tak jestem, choć mam trójkę dzieci… -Aha,
to my oddzwonimy.
Teraz pytanie: jak Ty byś to przykładowo rozwiązał. Proszę,
ZDEFINIUJ SWOJE POGLĄDY wobec konkretnego przykładu. Nie myśl już o Graff,
pomyśl o jakiejś drogiej Ci kobiecie i wyobraź sobie, że ona jest w takiej
sytuacji. I co? Nie przeszkadza Ci choćby to, że o wszystko Cię prosi? Mężu daj
na mleko bo się skończyło, daj na pieluchy? Samo takie proszenie jest z natury
konfliktogenne. A poza tym to jest nie fair. Niszczy podstawę mentalną związku.
Do tego dochodzi kredyt, bankierzy u drzwi, choroby etc., normalnie jak to w
życiu.

Podpowiem tylko, że to jest już wymyślone: kobieta dostaje zasiłek na
dziecko i może sobie z niego odprowadzać podatek. Jest to w miarę sprawiedliwe,
na każde dziecko dostaje sumę pieniędzy, jak to na Zachodzie. Która ma jedno
dostaje sumę X, która ma dwójkę dostaje X x 2, i tak dalej x 3, x 4. Ma jedno
dziecko, dostaje minimum przynajmniej, więc chyba jakoś 1300 zł w Polsce. To
jest chyba jakoś tam ok, prawda? Jak się słyszy Polaków w Anglii, którzy
normalnie w ludzkich warunkach zakładają rodziny i nie chcą do Polski wracać, bo
zwyczajnie pada argument, że tam mają na życie i na dom, to jednak jest to
poważny problem w naszym społeczeństwie. Bo jak masz bank i kredyt na głowie,
dzieci, problemy nie daj boże z nerkami, i jeszcze masz "za kobietę"
płacić podatek to można sfiksować. I w końcu aspekt psychiczny: jeśli kobieta
dostaje zasiłek na dziecko a później dzieci idą przykładowo do przedszkola a ona
przykładowo szuka pracy, i idzie do jakiegoś przykładowo buca, który patrzy na
jej dekolt a nie na jej preferencje, to ten potencjalny szef wie, że nie gada z
dziadówką, która musi wziąć jakąkolwiek pracę, bo mogła sobie potencjalnie
odłożyć choć jakąś sumę. A to jej daje jakąś tam pewność, że jest, choćby w
myślach, wolna i może poczekać tydzień albo i dwa.

Widzisz, gadu gadu my tu
sobie o fantazmatach, a w efekcie to jest też kwestia pewnej już i symboliki,
wyjścia w stronę SYMBOLICZNEGO, czyli już nie tylko pogaduszek ale odwagi i
wyjścia w świat (o które naprawdę wielu komentatorów namawia Krytykę P. od
dawna). I mają rację. Symboliki polegającej na uznaniu wychowywania dziecka za
pracę w wymiarze społecznym, ważną jak każda inna, a nie tylko pracy w obrębie
jakiejś X komórki rodzinnej, która "a niech se robią co chcą" bo i tak
nie ma żadnego społeczeństwa a tylko pojedynczy ludzie. W takim świecie dobrze
się wie, że państwo gówno obchodzą ludzie. W tym roku jest ujemny przyrost
naturalny. To coś mówi.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ kot i jego blog   |01.11.2011 05:08:47
To co piszesz to tylko fikołek retoryczny, a moim skromnym zdaniem ma to sens o
tyle, że w końcu powinno się i u nas ową władzę pociągnąć do odpowiedzialności
za obietnice, które złożyła. I przestanie być już tak płytko, jak się za 4 lata
Tuskowi powie FUCK w kontekście jego startu w wyborach prezydenckich. Nie
sądzisz?
kot   |01.11.2011 13:47:12
-Nie sadzę, bo Tusk jest równie bezradny i równie dobry, jak porównując,
politycy europejscy.Jednym są nowe idee, a drugim możliwości i horyzont
ich realizacji.
Obama chcący zmian zderzył się ze ścianą
bezwładnej
rzeczywistości, Merkel prawdopodobnie politycznie zapłaci za
próbę ratowania Europy. Rozliczanie polityków nie ma większego sensu
gdy nie ma kim i czym (ideami dającymi się zrealizować -już)
zastąpić.
Wygląda na to,że po epoce Oświecenia, która
rozbudziła nadzieje na racjonalne
ułożenie rzeczywistości nie tyle
wróciliśmy do zachowań dyktowanych pobudkami nieracjonalnymi ale
spotęgowaliśmy nie racjonalność w stopniu w
historii niespotykanym.
Ten -Leszek Czarnecki o tym pisze.
Losy
państw zawisły od dość przypadkowego kliknięcia ENTER.
http://wyborcza.pl/1,75248,10522691,Zlotym_ciel…
Twórzmy idee, nie CO2  - @ kot   |01.11.2011 15:08:30
Pokaż albo udowodnij gdzie to te losy państw zawisły do kliknięcia Enter. Na
pewno nie Francji i Niemiec, gdzie oświecenie się zaczęło.
I gdzie
spotęgowaliśmy racjonalność w stopniu w historii niespotykanym.
viking   |01.11.2011 17:48:58
@ Twórzmy idee

Różnica między poglądem a całościową ideologią, jest taka,
że ideologia składa się z różnych poglądów i musi utrzymać ich spójność, w
związku z czym musi też zawsze iść na pewien kompromis z rzeczywistością i olać
sobie miliony życiowych przykładów, które do niej pasują mniej, niż te, które
uznała za "typowe".
Inna sprawa, że jak sobie wygłoszę kilka
antyfeministycznych poglądów, to może się zdarzyć, że mi one urosną do rangi
mojej ideologii i, że ja także będę zauważał to, co chcę zauważać. Nie mówię, że
nie ma takiego ryzyka.
A więc: jest jakieś ryzyko i ja je widzę. Strasznie bym
marzył, żeby pani Graff napisała kiedyś, gdzie jest ta pułapką, w którą może
kiedyś wpaść JEJ myślenie.

A teraz o Twoim przykładzie:
90% problemów, które
opisujesz wynika z tej jednej niesprawiedliwości, że to kobiety rodzą dzieci. Ja
nie ironizuję. To w wielu wypadkach JEST problem.
Pytanie tylko czy można
rozwiązywać jedną niesprawiedliwość przez nakładanie na nią następnych.
Załóżmy,
że pani z Twojego przykładu znajduje pracę, ale coś się dzieje z jej mężem i
musi utrzymać sama tę trójkę dzieci. I teraz podatki, które płaci, służą nie
tylko takim kobietom, jak ona, ale też takim, które po prostu nie chcą pracować.
Sprawiedliwe? Moim zdaniem nie.
Przypadkowo, Twój przykład pokazuje dokładnie w
czym problem. Otóż pomysł Graff opiera się właśnie na tym, że najpierw sobie
stwarzamy hipotetyczną Kobietę X, która ma takie same aspiracje, jak my. Potem
analizujemy wszystkie problemy, jakie może ona napotkać w ich realizacji i
wymyślamy, coś co z punktu widzenia naszej Kobiety X będzie świetne. Dziury i
przerwy pomiędzy aspiracjami a możliwościami, zapychamy jeszcze różnymi
subiektywnymi sądami (w rodzaju "to upokarzające dawać się utrzymywać"
lub "związek tradycyjny jest konfliktogenny"). No i Kobieta X wychodzi
nam taka, że nie dać jej kasy za pranie, nie obdarować ją parytetem byłoby
rzeczywiście straszliwym brakiem empatii. Problem w tym, że oprócz Kobiety X
istnieją mężczyźni oraz bardzo, bardzo wiele kobiet, które nie pasują do tych
licznych założeń i presupozycji.

Czy po wprowadzeniu "płatnej pracy
domowej" pracodawca tym bardziej nie powie kobiecie "przecież może Pani
zarabiać pracą domową?". Bo jednak powiedzieć kobiecie,żeby poprosiła o kasę
faceta zamiast szukać pracy, dziś już nie bardzo wypada. Ale gdyby taki bucowaty
szef mógł ubrać tę myśl w oficjalny, usankcjonowany prawem język, czy nie
robiłby tego częściej?
I gdzie jest ten moment, w którym uznanie
"wychowywania dziecka za pracę w wymiarze społecznym" przemieniłoby się
w normatywny obowiązek posiadania dzieci dla dobra społeczeństwa? Dyskursy żyją
własnym życiem, puszczasz słówko A i za kilka dni w społeczeństwie ma już ono
określoną kontynuację.
Meduza   |01.11.2011 18:55:37
Wspaniała dyskusja (przynajmniej do momentu, w którym zeszło na fantazmaty).
Spokojny, gdzie znajdę twojego bloga??

Jak dla mnie lektura waszych postów
unaocznia, że problem trzeba analizować nie na poziomie pieniądza, tylko na
poziomie wartości. Wiadomo, że pieniądz jest wartością wtórną w stosunku do
wartości pierwotnych (czyli zdrowia, szczęścia, dóbr itp.) i, co również wyszło
w dyskusji, jest narzędziem stworzonym aby ułatwić wymianę jednych wartości na
drugie. Osobiście nie uważam postulatów przedefiniowania pieniądza za śmieszne,
w końcu jeśli narzędzie przestaje dobrze służyć do spełniania celów, to trzeba
je zmienić i ulepszyć - a nie starym młotkiem walić w nową rzeczywistość. Tylko
oczywiście pieniądz jest dużo bardziej finezyjnym i złożonym narzędziem, niż
młotek…

Poniżej dwa cytaty z dyskusji, które skłoniły mnie do
odpowiedzi:
"Ale już w kolejnym roku nikt nie chce zmywać talerzy za
pieniądze u kogoś, bo może zmywać talerze za te same pieniądze sam u
siebie."
"Propozycja, by również pracę domową człowieka wciągać w
kategorie gospodarki kapitalistycznej, to propozycja pójścia stronę absolutnej
alienacji, totalnej władzy kapitału."
Moja perspektywa jest dokładnie
odwrotna: Wartością pierwotną jest to, co człowiek robi dla szczęścia swojego i
swoich bliskich. Jeśli robi coś dla pieniędzy, a nie bezpośrednio dla szczęścia,
to jest pierwsze stadium alienacji. Alienacja absolutna jest wtedy, kiedy
kobieta lub mężczyzna muszą siedzieć w pracy, której nienawidzą i robić wstrętne
sobie czynności, aby zarobić pieniądze, które następnie posłużą im do kupienia
sobie kawałka szczęścia. Wtedy pieniądz stoi dokładnie w poprzek wartości.
Tymczasem nasz system ciąży ku sytuacji, kiedy wszyscy będziemy iść zmywać
talerze do sąsiada i pobierać za to opłatę, bo w ten sposób rośnie PKB. Jest
wymiana, jest impreza, a jak nie ma wymiany, to się nie liczy. Najlepiej, żeby
każda matka szła opiekować się czyimiś dziećmi, a do swoich zatrudniała na ten
czas opiekunkę, dzięki temu będzie miała niezłą emeryturę (tylko czyje dzieci
będą ją odwiedzać na tej emeryturze?).

Mnie się podoba integracja zamiast
alienacji, taka żeby dobre życie moje i moich bliskich było moją pracą. Tylko z
tym pieniądzem jest coś nie tak, jak by go nie przykładać do sytuacji, to nie
udaje się osiągnąć pożądanej wartości.
Twórzmy idee, nie CO2   |01.11.2011 23:34:48
Użyłem zaprzeczenie przymiotnika.
Czy prawidłowo -to wie viking.
I taki
odpowiadający na Twoje pytanie przydługi cytacik: Jednym naciśnięciem klawisza
Enter makler Jérčme Kerviel pozbawił bank Société Générale prawie 5 mld euro.
Ponad 2 mld dol. stracił szwajcarski UBS przez swojego maklera Kweku Adobolego.
Nie wspominając o "ikonie" tego rankingu, czyli Nicku Leesonie, który
doprowadził do upadku najstarszy na świecie inwestycyjny bank Barings.
Zagrożone są atakiem spekulacyjnym:Włochy i Hiszpania wychwalany przez
Gadomskiego amerykański
finansista wieszczy także atak na Francję i Japonię.
Wystarczy,że oprocentowanie na długu Japońskim zwiększy się ponad dotychczaswe
-procent składany załatwi resztę.
To wszystko nazywa się grą na spadki.
Musisz
niestety trochę poczytać na blogu,bo tego jest trochę.
Świat finansów
wyalienował się od gospodarki, która produkuje -nie jest już na usługach
gospodarki ale podporządkowuje sobie gospodarkę i los państw.
Czy to jest
racjonalne?!
kobieta  - @meduza   |02.11.2011 01:14:00
Całkowicie zgadzam się z meduzą. Dodam, że sytuacja w której kobieta oddaje
dziecko do żłobka po to by opiekować się zarobkowo cudzym dzieckiem jest w
naszym kraju zjawiskiem faktycznym a nie spekulatywnym. Nawet jeśli jest to na
swój sposób racjonalne, to niewątpliwie jest to chore. Nie oczekujmy więc, że
ludzie wychowywani przez obcych sposób stworzą zdrowe społeczeństwo.
Twórzmy idee, nie CO2  - ?   |02.11.2011 17:00:50
Poprzednia "moja" wypowiedź nie jest moja. Albo ktoś podpisał się tym
samym nickiem, albo jest jakiś problem ze stroną KP.
kot   |02.11.2011 17:31:27
Nie korygowałem oczywistości bo,z kontekstu wynika w sposób jednoznaczny,że jest
to wpis kota, a adresatem: Twórzmy… CO2 Jeżeli to nie jest jasne -to co jest.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ kot   |02.11.2011 23:42:45
Nie interesuje mnie co jest a co nie jest dla Ciebie oczywiste, użyłeś cudzego
nicka i to wszystko. Moja wypowiedź nie zawierała dywagacji na temat
oczywistości bądź kontekstów.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ viking   |03.11.2011 00:32:08
1. Co do różnicy między ideologią a wyrażeniem opinii zgoda. W zasadzie tutaj
można dyskutować w nieskończoność i nigdy się nie znajdzie wspólnego punktu.

2.
Żadna to dla mnie "niesprawiedliwość", że kobiety rodzą dzieci. I nie
zgadzam się, że to JEST jakiś problem. Tego się ani nie wartościuje ani z tym
nie dyskutuje a jeśli ktoś dostrzega problem na takim poziomie, powinien
ewentualnie pójść do psychologa. Rozumiem, że wypowiedziałeś to ironicznie.
Graff go może i ma, u mnie nie ma tego rodzaju rozważań. Mój przykład tego nie
dotyczył. Skoro o tym mowa, dotyczył przykładu, że kobieta mająca dziecko
powinna otrzymywać pieniądze, przecież to stoi wyraźnie. Tak jak dostaje
alimenty, przykładowo, od mężczyzny, z którym dziecko ma ale z nim nie żyje, tak
samo powinna dostawać pomoc od państwa, CHOĆBY przez wzgląd na nierówności w
kwestiach emerytalnych. Wychowując dzieci nie może pracować.
Nie było mowy o
praniu czy myciu podłogi, problem wymyślony przez Graff po prostu nie jest
żadnym problemem i nie sposób go faktycznie na poważnie i sprawiedliwie
opracować. Tutaj z Twoimi wywodami się zgadzam. Na poziomie mojego przykładu
nie.

3. Tym razem, że spostponuję Ciebie, Ty "nie rozumiesz". To, że
wychowywanie dzieci przez matki, że życie na tzw. macierzyńskim ani nikogo nie
zmusza do ich posiadania na siłę, ani nie jest żadnym "normatywem", jest
jasne i nie wiem, skąd wziął się ten Twój "moment, w którym posiadanie […]
przemieniłoby się w normatywny obowiązek". Rozumiem znów, że może idziesz za
rozumowaniem Graff, która de facto zakłada sobie pętelkę na szyję, bo w
zasadzie, gdyby iść za jej rozumowaniem, w końcu pada to sakramentalne pytanie:
no dobrze, ale w końcu gdzie tu miłość i poświęcenie względem dziecka (jeśli
nawet za zmianę pieluch trzeba płacić…). Graff doprowadziłaby do Orwellowskiej
sytuacji, w której faktycznie doszłoby do sytuacji "normatywnego
obowiązku" posiadania dzieci.

Powtarzam:
Matka wychowująca dziecko winna
dostawać zasiłek na dziecko (zapomogę, jak zwał tak zwał), tak jak jest to na
Zachodzie, choćby z tego względu, że wówczas nie jest w stanie podjąć pracy. A
bądź co bądź dzieckiem ktoś się musi zajmować. Jako że dziecko jest małe i
potrzebuje matki, choćby dlatego, że matka karmi, poza tym że każde dziecko, że
się już tak prostacko wyrażę, jest dobrem samym w sobie, no to osoba/matka,
wychowująca to dziecko powinna otrzymywać pomoc od państwa. Nie umiem tego
wyrazić prościej. Jeśli matka wychowująca dziecko będzie miała przykładowo
przeżyć z samych alimentów to nie przeżyje bez pomocy rodziny. A to nie jest już
takie dobre. Bo dziadki i teściowe są dobrem naddanym a nie koniecznym, a jeśli
są koniecznym to prowadzi do wielu tragedii czy komplikacji życia.

A co do tego
"symbolicznego" uznania wychowywania dziecka za pracę, chodzi o to, że
nie każdemu można powiedzieć na przykład, żeby dzieckiem zajęła się babcia albo
teściowa. Albo rzucić: "a co to za praca, wychowywać dziecko". Nie
żyjemy w czasach Wikingów, gdzie kobieta wychowywała dzieci i jeszcze wykonywała
orkę, bo mąż, Sigurd, popłynął zdobyć złota i poużywać.
Opieka nad dzieckiem
jest równie ważna jak każda inna praca, cóż, może nawet i ważniejsza, bo w
wymiarze aksjologicznym wychowuje się nowe społeczeństwo; i w efekcie kobiecie
powinno się umożliwić wszelką pomoc na jaką stać to społeczeństwo, by dziecko/
dzieci wychowywała. Mówiąc to nadmieniam, że głupawe pomysły Graff nie są tu
brane pod uwagę.
Jeśli już tak się wychowa to społeczeństwo, w horyzoncie
pewnej sprawiedliwości społecznej, wówczas będzie można rozmawiać o problemach
stricte etycznych, jakie poruszyła choćby Meduza. Bo to są problemy "jak być
powinno". Gdy wychowamy społeczeństwo na takim poziomie wówczas już nie
będziemy wynajdywać przykładów contra "kobietom, które nie pasują do tych
założeń czy presupozycji", ale po prostu będziemy sprawiedliwie traktować
kobiety, które 1. mają dzieci, 2. muszą się nimi opiekować i je wychowywać, 3.
chcą się nimi opiekować, bo są matkami, etc.
kot   |03.11.2011 07:14:16
-viking własnie straciłeś okazje do intelektualnego uwiarygodnienia się
przyznając się do błędu.
-Wchodząc na domenę publiczną, na której wyrażasz
swoje opinie, krytykujesz innych, wystawiasz siebie na krytykę, ocenę itp.
Nie
ma łatwo!
viking   |03.11.2011 16:18:16
@ Twórzmy idee

Ja się z Tobą zgadzam.
I choć kot, w swej niesamowitej
wręcz przenikliwości intelektualnej powie, że "tracę okazję do
intelektualnego uwiarygodnienia się" (WTF!?!?), to przyznam, że popełniłem
błąd zapominając napisać, iż zgadzam się z pomysłem zasiłku na dziecko.
Jest jak
najbardziej słuszny właśnie dlatego, że jest "pragmatyczny" a nie
ideologiczny ;) Nie chodzi w nim o tworzenie jakiejś narracji na temat
"Kobiety", tylko racjonalną próbę rozwiązania pewnych problemów, za
którą stoją racjonalne, podane już przez Ciebie argumenty.

Nie rozumiem tylko,
dlaczego sam piszesz o szczególnej roli matki, o karmieniu piersią a moje zdanie
o ciąży, odebrałeś , jako ironię?
Nie. Ja to pisałem na serio. Otóż poza
wszelkimi dekonstrukcjami, genderową krytyką naturalizujących dyskursów i
wszystkim tym, co lubi feminizm, mamy jednak pewną rzeczywistość.
To kobiety
rodzą dzieci, to one je karmią. Z tego wynika też część ich potencjalnych
problemów. Z tego a nie z "patriarchatu". Kobieta w ciąży może mieć
kłopoty nie tylko z "szefem-bucem", ale też z "szefową-bucem",
którzy w obu przypadkach będą ją dyskryminować z powodu własnej chciwości a nie
chęci podtrzymywania męskiej dominacji społecznej.
Właśnie dlatego, uprę się na
koniec, że propozycja Graff, jest tym, czym ją nazwałem na początku, czyli
fantazmatyczną walką z fantazmatem.
Ideologicznie okrojonym rozpoznaniem
rzeczywistości, z którym się następnie chce bić za pomocą równie ideologicznych
metod. Wszystko po to, by utrzymać koherencję fantazmatycznej ideologii. A
rzeczywistość? Im mniej do niej pasuje, tym gorzej dla niej.
W świecie Graff
mamy patriarchat nie sprzątających mężczyzn i martyrologię pracujących w domu
kobiet. Mamy tylko to i niczego więcej. I w tym świecie jej rozwiązanie jest
świetne. W realnym natomiast do d… .
Można sobie być świadomym faktu, iż
także "racjonalność" jest pewnym konstruktem a co za tym idzie
fantazmatem, ale zupełnie od niej abstrahując, tworzy się pomysły, które
działają tak, jak działałby ten podany przez Graff.
A więc tak! Uznajmy, że
kobiety mają pewien problem z wejściem na rynek pracy, którego nie mają
mężczyźni, ale zamiast śpiewać na manifie hymny do Macicy i zamiast poszukiwać
"wspólnego doświadczenia kobiet", zastanówmy się nad dobrymi
rozwiązaniami. Twórzmy idee (ale nie ideologie), nie CO2 ;)
Spokojny  - @ Meduza, uczestnicy   |03.11.2011 16:28:37
Ktoś zażądał więcej pieniędzy niż ich istnije na świecie. W reakcji na to można
pójść w dwu kierunkach - albo yskutować o definicji pieniądza, albo o definicji
histeryczności. Wejście w dyskusję o uczciwości wobec kobiet bez rozmowy o
jednym lub drygim wydaje mi się pełną akceptacją finansowego status quo przy
jednoczesnym podążaniu za histerycznym stanowiskiem. Takie połączenie zawsz
prowadzi do bankructwa.
Meduza, mój blog jest
tutaj:
http://spokojny-blog.blogspot.com/
kot  - viking   |03.11.2011 19:36:25
…e..tam…
Marta  - @eurypides77   |08.11.2011 00:08:54
Jeśli w towarzystwie znajdują się co najmniej dwie pary młodych rodziców, to
obranie przez jedną z nich na temat rozmowy omawiania cyklu gastrycznego dzieci
jest bardzo racjonalną decyzją - z dużym prawdopodobieństwem ten temat
zainteresuje innych rodziców, co pozwoli spędzić przyjemnie czas na ożywionej
rozmowie.
Podobnie pozwolenie małemu dziecku na pobawienie się PIN-em jest
bardzo często niezwykle racjonalną decyzją - przytrzymywanie jedną ręką
wyrywającego się, rozhisteryzowanego dwulatka, a drugą wstukiwanie PIN-u i
wybieranie pieniędzy może być niewykonalne przy nieco bardziej energicznym
dziecku.

Ogólnie jest tak, że niezrozumiałe zachowania innych często stają się
jasne i oczywiste, kiedy człowiek znajdzie się na miejscu tych innych.

Ale w
jednym się zgadzam - pomysł płacenia za prace domowe jest nierozsądny i
niewykonalny.
Stanisia  - Miejsce dla kobiet?   |18.11.2011 12:27:09
Po pobieżnym, przyznaję, przejrzeniu powyższej dyskusji doszłam do wniosku,
że do KP zaglądają przede wszystkim ludzie młodzi i raczej
płci męskiej. Nie dopatrzyłam się żadnej wypowiedzi z punktu widzenia
rzeczonej Kowalskiej czy Nowakowej, a nawet samej autorki. Tak się
składa, że jestem matką, dzieci mam już z grubsza odchowane i w
dodatku uważam się za feministkę. Dlatego poczułam silną potrzebę zabrania
głosu z zupełnie innej perspektywy.

Kiedy mój starszy syn miał trzy
lata, na zajęciach genderowych, które szanowna autorka prowadziła razem z
Kazią Szczuką, miałam szczęście trafić na Miejsce dla kobiet Marylin French. Dla mnie ta lektura stała się wspaniałym, wyzwalającym
odkryciem. Bo ja też, jak większość matek, dałam się wkręcić w
takie myślenie, że jeśli nie przejmę pełnej odpowiedzialności to
Cytat:
wszystko się zawali.
Było mi z tym źle, ale właśnie dlatego czułam się złą matką. I French na
jakiś czas to zmieniła.

Nie zgadzam się z Twórzmy idee, nie CO2, że większość kobiet uwielbia pracę domową, chociaż z pewnością wiele
kobiet tak mówi, a nawet tak myśli. Presja z zewnątrz sprawia, że
mało która ma odwagę powiedzieć i choćby uświadomić sobie, że
spędzanie czasu non stop z dzieckiem, nastawienie wyłącznie na zaspakajanie
jego potrzeb, przy notorycznym pomijaniu własnych, oraz ponoszenie
pełnej odpowiedzialności za wszystko, co się z nim dzieje, włącznie z tym,
jakim będzie człowiekiem, może być tylko źródłem frustracji, a nie
zadowolenia. Poddajemy się tej presji, bo taki mamy przekaz, takie są
powszechne oczekiwania i od kiedy zaczynamy myśleć jesteśmy karmione
takimi właśnie stereotypami przez własną rodzinę, przez media, a potem
przez partnerów. I co gorsza same stajemy się gorącymi zwolenniczkami
takiej postawy. To nieprawda, że z chwilą urodzenia dziecka musi
skończyć się partnerstwo. Są mężczyźni, którzy chcą wykonywać pracę w domu
i czują się za nią odpowiedzialni (patrz gorzka wypowiedź Szymona). Nam, kobietom, a zwłaszcza feministkom, powinno chodzić o to, żeby było
ich jak najwięcej. Tymczasem wygląda na to, że według wielu z
nas sfera domowa stanowi wyłącznie nasze terytorium. Stąd te pomysły,
żeby nam za tę pracę płacić. Nie jestem ekonomistką, ale na pierwszy rzut
oka widać (i wynika to z dyskusji), że takie rozwiązanie jest
niewykonalne. I całe szczęście, bo zdecydowanie nie tędy droga. W ten
sposób dom pozostałby już na zawsze jedynym właściwym miejscem dla kobiet. Myślimy tak jak myślały nasze matki: że kobieta musi, że nawet jak
pracuje, to i tak dom będzie na jej głowie. I takie wzorce otrzymują nasze
córki i nasi synowie. Jeśli nie przerwiemy tego łańcucha, jeśli nie
wyjdziemy z domu, mówiąc do partnera: teraz twoja kolej, jeśli okaże się to
niemożliwe z powodu niestartego dżemu i przekonania, że jesteśmy w
naszej roli perfekcyjne i niezastąpione, to nikt inny za nas tego nie
zrobi. A już na pewno nie państwo płacąc za pracę domową. Zadaniem
państwa może być jedynie edukacja na rzecz prawdziwego partnerstwa.

I
jeszcze jedno: zdaję sobie sprawę, że dla wielu kobiet praca w domu
jest przyjemnością i że całkowicie się w ten sposób spełniają. Mogą nawet
czuć się doceniane i szanowane przez partnera oraz ufać, że nigdy
nie zostaną przez niego oszukane, np. finansowo. W tym sensie ich
praca domowa jest układem partnerskim i nie ma podstaw, by za nią płacił
ktoś z zewnątrz. Ale chodzi o to, żeby była możliwość wyboru i żeby te
z nas, które chcą realizować się także lub głównie poza domem miały pełne
wsparcie otoczenia i nie czuły się z tego powodu winne. Przepraszam za
ten truizm, ale dla dziecka najważniejsze jest, żeby jego mama była
szczęśliwa. A płaca za pracę domową stworzy tylko dodatkowy argument za
tym, by każda matka została w domu, również ta, która nie będzie z
tego powodu szczęśliwa.
Anonimowy   |10.01.2012 01:26:54
Jem codziennie 3 posiłki.
Również poproszę 1200.
Pracuję przecież. Ciężko. Mam
anoreksje. No staram się bardzo.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.10.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.28760 Seconds